W pierwszym tygodniu października Oskar i Bankier odwiedzili w jakimś celu Płaszów i jak zwykle poszli zobaczyć się ze Sternem do Biura Budowlanego, znajdującego się w głębi korytarza za nie istniejącym już gabinetem Amona. Teraz można tu było rozmawiać swobodniej niż dawniej. Stern powiedział Schindlerowi o astronomicznej cenie żytniego chleba. Oskar zwrócił się do Bankiera:
– Trzeba dać Weichertowi pięćdziesiąt tysięcy złotych.
Dr Michał Weichert był przewodniczącym Żydowskiego Biura Pomocy, dawniej Samopomocy Żydowskiej. Pozwalano jemu i jego urzędowi działać ze względów kosmetycznych i częściowo z powodu koneksji Weicherta w Niemieckim Czerwonym Krzyżu. Wielu polskich Żydów nie miało do niego zaufania, co nawiasem mówiąc spowodowało, że po wojnie Weichert stanął przed sądem. Zresztą został uniewinniony. Ale wtedy Weichert był jedynym człowiekiem, który potrafił szybko znaleźć chleb za pięćdziesiąt tysięcy złotych i dostarczyć go do Płaszowa.
Rozmowa Sterna i Oskara potoczyła się dalej. Suma pięćdziesięciu tysięcy złotych była jedynie obiter dicta ich rozmowy o niespokojnych czasach i o tym, jak się miewa Amon we wrocławskiej celi. Jeszcze tego samego dnia, pod ładunkami materiałów, węgla, złomu żelaznego, przeszmuglowano z miasta czarnorynkowy chleb. W ciągu jednego dnia cena spadła do zwykłego poziomu.
Był to przykład wspólnej działalności Oskara i Sterna, po nim przyjdą dalsze.
XXXII
Tylko jeden z więźniów „Emalii”, skreślony przez Goldberga na rzecz innych – krewnych, syjonistów, specjalistów czy mogących zapłacić – będzie za to winił Oskara.
W 1963 roku Stowarzyszenie Martina Bubera otrzymało od pewnego nowojorczyka, byłego więźnia „Emalii”, list, w którym rozżalony autor pisał, że Oskar obiecywał więźniom wolność, w zamian za co ludzie swą pracą uczynili go bogatym – a mimo to niektórzy z nich nie znaleźli się na liście. Człowiek ten uważał, że niewpisanie jego nazwiska na listę było równoznaczne ze zdradą, w związku z czym z furią kogoś, kto musiał odbyć drogę przez ogień za cudze kłamstwo, obwiniał Oskara za wszystko, co działo się później: za Gross-Rosen, za straszną skałę w Mauthausen, z której zrzucano więźniów, wreszcie za śmiertelny marsz, którym zakończyła się wojna.
Ciekawe jest to, że ów list, pełen sprawiedliwego skądinąd gniewu, w sposób bardzo obrazowy dowodzi, że lista oznaczała życie, a poza nią czyhała śmierć. Poza tym nie byłoby sprawiedliwe winić Oskara za kombinacje Goldberga. W chaosie ostatnich dni Płaszowa władze obozowe podpisywały każdą listę, jaką przedstawił im Goldberg, o ile zbytnio nie przekraczała ona tysiąca stu przyznanych Oskarowi nazwisk. Sam Oskar nie mógł pilnować Goldberga przez całą dobę. Dnie spędzał na rozmowach z urzędnikami, a wieczory na ich obłaskawianiu.
Musiał na przykład uzyskać zezwolenie na transport swych wielkich maszyn. Zezwolenie to załatwiali starzy znajomi z biura generała Schindlera, którzy jednak wynajdywali różne drobne problemy, mogące pogrzebać całą akcję.
Jeden z urzędników Inspektoratu zauważył, że Oskar otrzymał maszyny do amunicji z sekcji zaopatrzenia berlińskiego Inspektoratu i że zostały one dopuszczone do użytku w Polsce za zgodą sekcji koncesji; jednak żadnej z tych sekcji nie powiadomiono o proponowanym przeniesieniu na Morawy. Zanim udzielą one zezwolenia, może upłynąć miesiąc. A Oskar nie miał tyle czasu. Pod koniec października Płaszów będzie już pusty, a jego więźniowie znajdą się w Gross-Rosen albo w Oświęcimiu. Ostatecznie problem rozwiązano za pomocą prezentów.
Oprócz tego Oskar musiał jeszcze mieć na uwadze śledczych z SS, którzy aresztowali Amona. Mógł przecież spodziewać się, że jego też aresztują lub – co na jedno by wyszło – dokładnie przesłuchają na okoliczność stosunków z byłym komendantem. Było to rozsądne z jego strony, jednym bowiem z wyjaśnień Amona na temat osiemdziesięciu tysięcy marek znalezionych przez SS wśród jego rzeczy było: „Pieniądze te dał mi Oskar Schindler, żebym popuścił Żydom”. Oskar musiał zatem utrzymywać kontakt ze znajomymi na Pomorskiej, ponieważ d informowali go, w jakim kierunku zmierza śledztwo Biura V w sprawie Amona. A że obóz w Brinnlitz miał być nadzorowany przez KL Gross-Rosen, więc Oskar musiał już wchodzić w układy z jego komendantem, sturmbannführerem Hassebroeckiem. Pod rządami Hassebroecka zginie w systemie Gross-Rosen sto tysięcy ludzi, lecz gdy Oskar, po uprzedniej rozmowie telefonicznej, pojechał na Dolny Śląsk spotkać się z nim, komendant wydał mu się najmniejszym zmartwieniem. Schindler był już przyzwyczajony do czarujących morderców. Na dodatek zauważył, że Hassebroeck był mu niemalże wdzięczny za rozszerzenie imperium Gross-Rosen na Morawy. Komendant bowiem naprawdę myślał w kategoriach imperialnych. Kontrolował sto trzy podobozy (Brinnlitz miało być sto czwartym; z ponad tysiącem więźniów i precyzyjnym przemysłem stanie się ważnym nabytkiem). Siedemdziesiąt osiem obozów Hassebroecka znajdowało się w Polsce, szesnaście w Czechosłowacji, dziesięć w Rzeszy. To było znacznie więcej niż miał Amon.
Przy całym tym przymilaniu się, pochlebianiu i wypełnianiu formularzy Oskar nie mógłby znaleźć czasu na pilnowanie Goldberga, nawet gdyby miał taką władzę. W każdym razie relacje więźniów z ostatniej doby obozu mówią o chaosie i zamieszaniu, w środku którego Goldberg – Władca Listy – nadal przyjmował oferty.
Dr Idek Schindel zwrócił się do Goldberga, chcąc załatwić dla siebie i dwóch młodszych braci miejsce w Brinnlitz. Goldberg nie chciał dać odpowiedzi i Schindel aż do wieczora 15 października, a więc do chwili, kiedy mężczyzn zaczęto kierować do wagonów, nie wiedział, że on i jego bracia nie figurują na liście. Mimo to dołączyli do kolumny ludzi Schindlera. Była to scena jak z moralizatorskiego fresku o Sądzie Ostatecznym: do szeregu sprawiedliwych próbują się wśliznąć ludzie bez właściwego znaku, a tu przyłapuje ich anioł zemsty, w tym przypadku Oberscharführer Müller, który podszedł do doktora z batem i spoliczkował go skórzanym trzonkiem raz i drugi, i jeszcze raz, pytając ze zdziwieniem: „A czemu to chciałbyś się znaleźć w tej kolumnie?”