Выбрать главу

Schin­del mu­siał po­zo­stać w obo­zie ra­zem z gru­pą, któ­ra była prze­zna­czo­na do li­kwi­da­cji Pła­szo­wa, a po­tem po­je­chał z trans­por­tem cho­rych ko­biet do Oświę­ci­mia. Umiesz­czo­no ich w ma­łym ba­racz­ku w ką­cie Brze­zin­ki i po­zo­sta­wio­no śmier­ci. Jed­nak więk­szość z nich, za­po­mnia­nych przez urzęd­ni­ków obo­zo­wych i wol­nych od obo­wią­zu­ją­ce­go tam re­żi­mu, prze­ży­je. Schin­del zo­sta­nie wy­sła­ny do Flos­sen­bur­ga, a po­tem, ra­zem z brać­mi – na marsz śmier­ci. Prze­ży­je cu­dem. Naj­młod­szy Schin­del zo­sta­nie za­strze­lo­ny pod­czas mar­szu w przed­ostat­ni dzień woj­ny. Oto są przy­czy­ny, dla któ­rych li­sta Schin­dle­ra – bez zło­śli­wo­ści ze stro­ny Oska­ra, za to z wy­star­cza­ją­cą zło­śli­wo­ścią Gold­ber­ga – cią­gle wzbu­dza na­mięt­no­ści oca­la­łych więź­niów, i wzbu­dza­ła je w tam­te de­spe­rac­kie, paź­dzier­ni­ko­we dni.

Każ­dy ma swo­ją hi­sto­rię w związ­ku z li­stą. Hen­ryk Ro­sner usta­wił się z więź­nia­mi Schin­dle­ra, ale ja­kiś pod­ofi­cer zo­ba­czył jego skrzyp­ce i wie­dząc, że Amon bę­dzie żą­dał mu­zy­ki, je­śli zo­sta­nie wy­pusz­czo­ny z wię­zie­nia, ode­słał Ro­sne­ra z po­wro­tem. Wte­dy ten ukrył skrzyp­ce pod płasz­czem, na boku, gry­fem pod pa­chą. Znów sta­nął w ko­lum­nie i tym ra­zem prze­pusz­czo­no go do wa­go­nów Schin­dle­ra. Ro­sner na­le­żał do tych, któ­rym Oskar ro­bił obiet­ni­ce, a za­tem od po­cząt­ku był na li­ście. Po­dob­nie było z Je­re­tha­mi – sta­rym Je­re­them z fa­bry­ki opa­ko­wań i jego żoną Cha­ją, okre­ślo­ną na li­ście nie­do­kład­nie i na­zbyt opty­mi­stycz­nie – jako Me­tal­lar­be­ite­rin – ro­bot­ni­ca me­ta­lur­gicz­na. Per­l­ma­no­wie też tu byli, jako sta­rzy pra­cow­ni­cy „Ema­lii”, i tak­że Le­war­to­wo­wie. Wła­ści­wie to Oskar otrzy­mał na ogół tych, o któ­rych pro­sił, nie­za­leż­nie od tego, cze­go chciał Gold­berg. Oczy­wi­ście mo­gło się też zda­rzyć parę nie­spo­dzia­nek. Czło­wiek świa­to­wy, ja­kim był Oskar, nie mógł się zdzi­wić, kie­dy zna­lazł wśród miesz­kań­ców Brin­n­litz sa­me­go Gold­ber­ga.

Ale były też i mil­sze do­dat­ki. Na przy­kład Po­ldek Pfef­fer­berg, przy­pad­kiem prze­oczo­ny i od­rzu­co­ny przez Gold­ber­ga z po­wo­du bra­ku dia­men­tów, roz­pu­ścił wia­do­mość, że chce ku­pić wód­kę – za­pła­ci ubra­niem albo chle­bem. Gdy zdo­był bu­tel­kę, do­stał po­zwo­le­nie za­nie­sie­nia jej do bu­dyn­ku służ­bo­we­go na Je­ro­zo­lim­skiej, gdzie peł­nił służ­bę Schre­iber. Dał mu bu­tel­kę i pro­sił go, by zmu­sił Gold­ber­ga do wpi­sa­nia Mili i jego.

– Schin­dler – mó­wił – za­pi­sał­by nas, gdy­by so­bie o nas przy­po­mniał.

Po­ldek nie miał wąt­pli­wo­ści, że tu cho­dzi o ży­cie.

– Tak – zgo­dził się Schre­iber – wy dwo­je mu­si­cie się na nią do­stać.

Swo­ją dro­gą jest to ta­jem­ni­ca, dla­cze­go lu­dzie tacy jak Schre­iber nie za­da­wa­li so­bie w ta­kich chwi­lach py­ta­nia: „Je­śli tego czło­wie­ka i jego żonę war­to ura­to­wać, to dla­cze­go nie wszyst­kich in­nych?”

Gdy nad­szedł czas, Pfef­fer­ber­go­wie sta­nę­li w ko­lum­nie Schin­dle­ra. Sta­nę­ły tam tak­że, ku ich zdzi­wie­niu, He­le­na Hirsch i jej młod­sza sio­stra, któ­rej prze­trwa­nie było ob­se­sją He­le­ny.

Męż­czyź­ni z li­sty Schin­dle­ra za­ła­do­wa­li się do po­cią­gu na bocz­ni­cy w Pła­szo­wie w nie­dzie­lę, 15 paź­dzier­ni­ka. Upły­nie cały ty­dzień, za­nim wy­ja­dą ko­bie­ty. Tych ośmiu­set męż­czyzn trzy­ma­no pod­czas wsia­da­nia osob­no i wpusz­czo­no ich do od­dziel­nych, spe­cjal­nie przy­zna­nych per­so­ne­lo­wi Schin­dle­ra, wa­go­nów. Po­tem jed­nak po­łą­czo­no je z wa­go­na­mi, któ­re wio­zły ty­siąc trzy­stu więź­niów prze­zna­czo­nych do Gross-Ro­sen. Nie­któ­rzy, zda­je się, spo­dzie­wa­li się przejść przez Gross-Ro­sen w dro­dze do obo­zu Schin­dle­ra, lecz wie­lu in­nych uwa­ża­ło, że po­dróż bę­dzie bez­po­śred­nia. Byli przy­go­to­wa­ni na dłu­gą dro­gę na Mo­ra­wy, po­go­dzi­li się z tym, że nie będą mo­gli opusz­czać wa­go­nów na sta­cjach i bocz­nych to­rach. Że być może trze­ba bę­dzie cze­kać pół dnia na prze­jazd bar­dziej uprzy­wi­le­jo­wa­ne­go trans­por­tu. W po­przed­nim ty­go­dniu ochło­dzi­ło się i spadł śnieg. Każ­de­mu więź­nio­wi wy­da­no tyl­ko po 300 gra­mów chle­ba na całą dro­gę, a każ­dy wa­gon za­opa­trzo­no w jed­no wia­dro wody. Po­trze­by na­tu­ral­ne po­dróż­ni mie­li za­ła­twiać w ką­cie wa­go­nu, a je­śli bę­dzie zbyt cia­sno, to tam, gdzie kto stał. W koń­cu jed­nak, po­mi­mo wszyst­kich zmar­twień, zna­leź­li się wresz­cie na Schin­dle­ro­wym po­dwór­ku. Trzy­sta ko­biet z li­sty wej­dzie do wa­go­nów na­stęp­nej nie­dzie­li w po­dob­nie opty­mi­stycz­nym na­stro­ju.

Więź­nio­wie za­uwa­ży­li, że Gold­berg po­dró­żu­je z tak samo małą ilo­ścią ba­ga­żu jak wszy­scy. Na pew­no więc miał kon­tak­ty poza Pła­szo­wem, gdzie mógł zo­sta­wić swo­je dia­men­ty. Ci, któ­rzy na­dal za­cho­wa­li na­dzie­ję, że zdo­ła­ją wpły­nąć na nie­go w spra­wie wuj­ka, bra­ta czy sio­stry, zro­bi­li mu miej­sce, aby mógł wy­god­nie sie­dzieć. Po­zo­sta­li ku­ca­li z ko­la­na­mi pod bro­dą. Do­lek Ho­ro­witz trzy­mał swe­go sze­ścio­let­nie­go Ry­sia na rę­kach. Hen­ryk Ro­sner zro­bił ze szmat na pod­ło­dze „gniaz­do” dla dzie­wię­cio­let­nie­go Olka.

Po­dróż trwa­ła trzy dni. Cza­sem, gdzieś na bocz­nym to­rze, od­dech za­ma­rzał na ścia­nach. Po­wie­trza bra­ko­wa­ło, a gdy się je wcią­gnę­ło, było lo­do­wa­te i śmier­dzą­ce. W koń­cu po­ciąg za­trzy­mał się. Był zmierzch po­nu­re­go je­sien­ne­go dnia. Otwar­to drzwi, a pa­sa­że­ro­wie mie­li wy­ska­ki­wać szyb­ko jak prze­my­słow­cy spie­szą­cy na umó­wio­ne spo­tka­nie w in­te­re­sach. Es­es­ma­ni bie­ga­li wśród nich wy­krzy­ku­jąc wska­zów­ki i wi­niąc za to, że śmier­dzą.

– Roz­bie­rać się! – wrzesz­cze­li. – Wszyst­ko do de­zyn­fek­cji!

Więź­nio­wie rzu­ci­li ubra­nia na sto­sy i nago po­ma­sze­ro­wa­li do obo­zu. O szó­stej wie­czo­rem sta­nę­li jak ich Pan Bóg stwo­rzył w sze­re­gach na po­nu­rym pla­cu ape­lo­wym. W oko­licz­nych la­sach le­żał śnieg, po­wierzch­nia pla­cu była po­kry­ta lo­dem. To nie był obóz Schin­dle­ra. To było Gross-Ro­sen. Ci, któ­rzy za­pła­ci­li Gold­ber­go­wi, wpa­try­wa­li się w nie­go wście­kle, gro­żąc mor­dem, a es­es­ma­ni w płasz­czach cho­dzi­li wzdłuż sze­re­gów i roz­da­wa­li ude­rze­nia w po­ślad­ki tym, któ­rzy otwar­cie trzę­śli się z zim­na.