Выбрать главу

Trzy­ma­no ich na pla­cu przez całą noc, bo nie było dla nich ba­ra­ków. Do­pie­ro na­stęp­ne­go dnia przed po­łu­dniem otrzy­ma­li dach nad gło­wą. Kie­dy po­tem opo­wia­da­li o tych sie­dem­na­stu go­dzi­nach na mro­zie, o tym nie da­ją­cym się opi­sać zim­nie, któ­re ści­ska­ło ser­ce, nie wspo­mnie­li o żad­nych ofia­rach śmier­tel­nych. Być może ży­cie pod okiem SS, czy na­wet w „Ema­lii”, od­po­wied­nio ich za­har­to­wa­ło. Wpraw­dzie ta noc była ła­god­niej­sza niż po­przed­nie, trud­no jed­nak wy­obra­zić so­bie bar­dziej mor­der­czą pró­bę. Nie­któ­rzy byli oczy­wi­ście zbyt prze­ję­ci per­spek­ty­wą Brin­n­litz, by dać się zmóc zim­nu.

Póź­niej Oskar tra­fi na więź­niów, któ­rzy prze­trwa­li jesz­cze dłuż­szy po­byt na mro­zie. Na pew­no prze­ży­li go star­szy pan Gar­de, oj­ciec Ada­ma, a tak­że mały Olek Ro­sner i Ry­sio Ho­ro­witz.

Przed je­de­na­stą rano na­stęp­ne­go dnia więź­niów za­bra­no pod prysz­nic. Po­ldek Pfef­fer­berg wci­snął się ra­zem z in­ny­mi, ale po­dejrz­li­wie przy­glą­dał się na­try­skom, za­sta­na­wia­jąc się, czy try­śnie z nich woda, czy gaz. Oka­za­ło się, że woda. Za­nim jed­nak od­krę­co­no kur­ki, mię­dzy więź­nia­mi prze­szli ukra­iń­scy fry­zje­rzy, go­ląc gło­wy, owło­sie­nie ło­no­we i pa­chy. Trze­ba było stać pro­sto, pa­trzeć przed sie­bie, a Ukra­iniec cho­dził wo­ko­ło z nie na­ostrzo­ną brzy­twą.

– Jest za tępa – po­skar­żył się je­den wię­zień.

– Nie – od­parł Ukra­iniec i prze­je­chał brzy­twą po no­dze więź­nia, de­mon­stru­jąc, że jed­nak tnie.

Po prysz­ni­cu wy­da­no im obo­zo­we pa­sia­ki i stło­czo­no w ba­ra­ku. Es­es­ma­ni usa­dzi­li ich rzę­da­mi, jak wio­śla­rzy na ga­le­rze: każ­dy sie­dział mię­dzy no­ga­mi są­sia­da z tyłu, opie­ra­jąc się na nim i da­jąc ta­kie samo opar­cie na­stęp­ne­mu przed sobą. Tą me­to­dą stło­czo­no dwa ty­sią­ce lu­dzi w trzech ba­racz­kach. Nie­miec­cy kapo, uzbro­je­ni w pał­ki, sie­dzie­li na krze­słach pod ścia­ną i pa­trzy­li. Wszy­scy byli za­kli­no­wa­ni tak moc­no – a zaj­mo­wa­li całą pod­ło­gę – że wyj­ście do la­tryn, na­wet je­śli kapo po­zwo­lił, ozna­cza­ło cho­dze­nie po cia­łach in­nych i zbie­ra­nie za to prze­kleństw.

W środ­ku jed­ne­go ba­racz­ku znaj­do­wa­ła się kuch­nia, gdzie wła­śnie go­to­wa­no zupę z rze­py i pie­czo­no chleb. Wra­ca­jąc z la­try­ny Po­ldek Pfef­fer­berg za­stał kuch­nię pod nad­zo­rem pod­ofi­ce­ra woj­ska pol­skie­go, któ­re­go po­znał na po­cząt­ku woj­ny. Pod­ofi­cer dał Po­ld­ko­wi chle­ba i po­zwo­lił spać przy pa­le­ni­sku. Po­zo­sta­li mu­sie­li spę­dzić noc za­kli­no­wa­ni w tym ludz­kim łań­cu­chu.

Każ­de­go dnia sta­wia­no ich na bacz­ność na pla­cu ape­lo­wym, gdzie sta­li w ci­szy przez dzie­sięć go­dzin. Ale po ko­la­cji, po cien­kiej zu­pie, wol­no było cho­dzić w po­bli­żu ba­ra­ków i roz­ma­wiać. Gwiz­dek o dzie­wią­tej wie­czo­rem był sy­gna­łem do za­ję­cia tej oso­bli­wej noc­nej po­zy­cji.

Dru­gie­go dnia na plac ape­lo­wy przy­szedł ofi­cer SS i szu­kał tego, kto spo­rzą­dził li­stę Schin­dle­ra. Naj­wy­raź­niej nie przy­sła­no jej z Pła­szo­wa. Drżą­ce­go z zim­na, ubra­ne­go w szorst­ki pa­siak Gold­ber­ga za­pro­wa­dzo­no do kan­ce­la­rii i po­pro­szo­no o od­two­rze­nie li­sty z pa­mię­ci i na­pi­sa­nie jej na ma­szy­nie. Do wie­czo­ra nie skoń­czył pra­cy, więc gdy zna­lazł się z po­wro­tem w ba­ra­ku, oto­czy­ła go fala próśb o wpi­sa­nie. Tu, w tym su­ro­wym zmierz­chu, li­sta na­dal wa­bi­ła i za­chę­ca­ła, na­wet je­śli je­dy­nym, jak do­tąd, jej osią­gnię­ciem było spro­wa­dze­nie wpi­sa­nych na nią do Gross-Ro­sen. Pem­per i inni na­tar­li na Gold­ber­ga, by rano umie­ścił na kart­ce na­zwi­sko dok­to­ra Alek­san­dra Bi­ber­ste­ina. Był to brat Mar­ka Bi­ber­ste­ina, tego pierw­sze­go, opty­mi­stycz­ne­go prze­wod­ni­czą­ce­go kra­kow­skie­go Ju­den­ra­tu. W ubie­głym ty­go­dniu Gold­berg wpro­wa­dził Bi­ber­ste­ina w błąd, mó­wiąc mu, że jest na li­ście. Do­pie­ro przy za­ła­dun­ku dok­tor do­wie­dział się, że nie ma go w gru­pie Schin­dle­ra. Na­wet w ta­kim miej­scu Mie­tek Pem­per był na tyle pe­wien przy­szło­ści, że za­gro­ził Gold­ber­go­wi po­wo­jen­ny­mi re­pre­sja­mi, je­śli nie doda na­zwi­ska Bi­ber­ste­ina.

Na trze­ci dzień ośmiu­set lu­dzi z od­no­wio­nej li­sty Schin­dle­ra od­dzie­lo­no od resz­ty, za­bra­no do od­wszal­ni na ko­lej­ną ką­piel, po­zwo­lo­no roz­my­śla­ją­cym i ga­da­ją­cym jak chło­pi przed swy­mi cha­ta­mi po­sie­dzieć kil­ka go­dzin i od­pro­wa­dzo­no na bocz­ni­cę. Za­opa­trze­ni w małe ra­cje chle­ba, znów wdra­pa­li się do by­dlę­cych wa­go­nów. Ża­den ze straż­ni­ków pil­nu­ją­cych za­ła­dun­ku nie przy­znał się, że wie, do­kąd mają po­je­chać. W prze­pi­so­wy spo­sób kuc­nę­li na pod­ło­dze. Wszy­scy mie­li w gło­wach mapę Środ­ko­wej Eu­ro­py, więc nie­ustan­nie ob­ser­wo­wa­no zmia­ny po­zy­cji słoń­ca na pod­sta­wie re­flek­sów świa­tła pa­da­ją­cych przez małe, odru­to­wa­ne wen­ty­la­to­ry pod da­chem wa­go­nów. Pod­nie­sio­no do wen­ty­la­to­ra Olka Ro­sne­ra. Po­wie­dział, że wi­dzi lasy i góry. Spe­cja­li­ści od na­wi­ga­cji orze­kli, że ogól­nie utrzy­mu­ją kurs na po­łu­dnie. Wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że sta­cja do­ce­lo­wa bę­dzie w Cze­cho­sło­wa­cji, ale nikt tego nie chciał po­wie­dzieć na głos.

Ta stu­kil­ku­dzie­się­cio­ki­lo­me­tro­wa po­dróż trwa­ła dwa dni. Gdy drzwi się otwar­ły, był wcze­sny ra­nek dru­gie­go dnia. Znaj­do­wa­li się na sta­cji Zwit­tau. Kie­dy wy­sie­dli, po­pro­wa­dzo­no ich przez nie roz­bu­dzo­ne jesz­cze mia­sto, mia­sto, któ­re­go nie do­się­gnę­ła woj­na. Na­wet na­pi­sy na mu­rach: „TRZY­MAĆ ŻY­DÓW Z DALA OD BRIN­N­LITZ” wy­da­wa­ły im się dziw­nie przed­wo­jen­ne. Żyli w świe­cie, gdzie ich od­dech był nie­po­żą­da­ny. Za­baw­ną na­iw­no­ścią ze stro­ny miesz­kań­ców Zwit­tau było ża­ło­wać im na­wet miej­sca.

Szli wzdłuż bocz­ni­cy ko­le­jo­wej. Po pię­ciu czy sze­ściu ki­lo­me­trach do­szli do po­ło­żo­nej wśród wzgórz prze­my­sło­wej osa­dy Brin­n­litz. Tam, w sła­bym po­ran­nym świe­tle, zo­ba­czy­li dużą bry­łę pa­wi­lo­nu Hof­f­ma­nów, zmie­nio­ne­go w Ar­be­it­sla­ger Brin­n­litz – z do­da­ny­mi wie­ża­mi straż­ni­czy­mi, dru­ta­mi kol­cza­sty­mi, ko­sza­ra­mi stra­ży we­wnątrz ogro­dze­nia. Da­lej wi­dać było bra­mę i kwa­te­ry więź­niów. Gdy ma­sze­ro­wa­li przez ze­wnętrz­ną bra­mę, na dzie­dziń­cu fa­brycz­nym uka­zał się Oskar w ty­rol­skim ka­pe­lu­szu na gło­wie.

XXXIII

Obóz Brin­n­litz, po­dob­nie jak „Ema­lię”, wy­po­sa­żo­no na koszt Oska­ra. We­dług biu­ro­kra­tycz­nej teo­rii wszyst­kie obo­zy fa­brycz­ne bu­do­wa­no na koszt wła­ści­cie­la. Uwa­ża­no, że dla każ­de­go prze­my­słow­ca nie­wol­ni­cza siła ro­bo­cza uza­sad­nia mały wy­da­tek na dru­ty i bu­du­lec. W rze­czy­wi­sto­ści tacy ulu­bień­cy prze­my­sło­wi jak Krupp i IG Far­ben bu­do­wa­li obo­zy z ma­te­ria­łów po­da­ro­wa­nych przez przed­się­bior­stwa SS i przy po­mo­cy ob­fi­tej, wy­po­ży­czo­nej im siły ro­bo­czej. Oskar nie był ulu­bień­cem SS i nie do­stał nic. Uda­ło mu się wy­rwać od Bo­scha parę wa­go­nów ese­sow­skie­go ce­men­tu po ce­nie, któ­rą Bosch uwa­żał za zniż­ko­wą czar­no­ryn­ko­wą. Z tego sa­me­go źró­dła Oskar otrzy­mał dwie czy trzy tony ben­zy­ny i ole­ju opa­ło­we­go na cele pro­duk­cyj­ne i trans­por­to­we. Część dru­tu kol­cza­ste­go zo­sta­ła przy­wie­zio­na z „Ema­lii”.