W ciągu lat, które upłynęły od chwili, gdy opuścił gruzy Minnesoty, napotykał coraz częściej oznaki zdziczenia ogarniającego ten ciemny wiek. Teraz jednak znalazł się w nowym zlewisku rzecznym. Ongiś był to piękny stan z wieloma zakładami przemysłu lekkiego, z wydajnymi farmami oraz o wysokim poziomie kultury. Być może po prostu zaraził się entuzjazmem Abby, ale — logicznie rzecz biorąc — dolina Willamette była miejscem, w którym należało szukać cywilizacji, o ile ta w ogóle gdzieś jeszcze istniała.
Ponownie ujął dłoń starszej pani.
— Pani Thompson, nie jestem pewien, czy będę mógł kiedykolwiek wynagrodzić wam to, co zrobiliście dla mnie.
Potrząsnęła głową. Jej twarz była intensywnie opalona i pomarszczona tak mocno, że Gordon był pewien, iż kobieta musi mieć więcej niż pięćdziesiąt lat, do których się przyznawała.
— Nie, Gordon, odpracowałeś swój wikt. Chciałabym, żebyś mógł zostać i pomóc mi w uruchomieniu szkoły, teraz jednak widzę, że może nie będzie nam tak trudno zrobić to samym. — Popatrzyła w dal, nad swą małą doliną. — Wiesz, przez te ostatnie kilka lat, gdy zaczęły rodzić się plony i wróciła zwierzyna, żyliśmy w swego rodzaju oszołomieniu. Najlepszym dowodem, jak bardzo wszystko podupadło, jest to, że banda dorosłych mężczyzn i kobiet, którzy kiedyś mieli pracę, czytali gazety — którzy sami wypełniali kwestionariusze podatkowe, u licha — zaczyna traktować biednego, zmaltretowanego wędrownego aktora tak, jakby był czymś w rodzaju wielkanocnego zajączka. — Ponownie spojrzała na niego. — Nawet Jim Horton dał ci parę listów do doręczenia, prawda?
Gordon poczuł na twarzy gorąco. Przez chwilę był zbyt zawstydzony, by spojrzeć na kobietę. Nagle wybuchnął niepohamowanym śmiechem. Otarł sobie oczy, czując ulgę, że zdjęto z jego barków ten wytwór grupowej wyobraźni.
Pani Thompson również zachichotała.
— Och, myślę, że to było nieszkodliwe. A nawet więcej. Posłużyłeś jako… no wiesz, takie stare, samochodowe słowo… chyba katalizator. Wyobraź sobie, że dzieci już teraz przeszukują ruiny w promieniu wielu mil stąd — w przerwie między pracą na gospodarstwie a kolacją — i przynoszą mi każdą książkę, jaką znajdą. Bez żadnych trudności będę mogła uczynić ze szkoły przywilej. Wyobraź sobie: zakaz przychodzenia na lekcje jako kara! Mam nadzieję, że Bobbie i ja damy sobie z tym radę.
— Życzę pani szczęścia, pani Thompson — odparł szczerze Gordon. — Boże, dobrze byłoby gdzieś na całym tym pustkowiu ujrzeć światło.
— Masz rację, synu. To byłoby błogosławieństwo.
Pani Thompson westchnęła.
— Radziłabym ci, żebyś odczekał rok, ale potem wrócił. Jesteś porządnym człowiekiem… dobrze potraktowałeś moich ludzi. Umiesz też zachować dyskrecję w pewnych sprawach, takich jak ta z Abby i Michaelem. — Zmarszczyła na moment brwi. — Sądzę, że rozumiem, co się wydarzyło. Tak pewnie będzie najlepiej. Trzeba się przystosować. Tak czy inaczej, jak już mówiłam, zawsze będziesz tu mile widziany.
Pani Thompson odwróciła się, postąpiła dwa kroki i zatrzymała nagle. Na wpół odwróciła się, by znowu spojrzeć na Gordona. Przez chwilę na jej twarzy widać było cień dezorientacji i ciekawości.
— Nie jesteś przecież prawdziwym listonoszem? — zapytała nagle.
Gordon uśmiechnął się. Włożył na głowę czapkę z jej jaskrawym, mosiężnym emblematem.
— Przekona się pani, gdy wracając, przyniosę parę listów.
Skinęła głową, po czym ruszyła przed siebie zniszczoną, asfaltową szosą. Gordon spoglądał za nią, dopóki nie minęła pierwszego zakrętu. Następnie zwrócił się na zachód i rozpoczął długi marsz w dół, ku Pacyfikowi.
8
Barykady dawno już porzucono. Stojąca na wschodnim krańcu Oakridge zapora przegradzająca Autostradę 58 zwietrzała i zawaliła się, tworząc rumowisko betonowych odłamków i powykręcanej, zardzewiałej stali. W samym mieście panowała cisza. Przynajmniej w tej jego części dawno już chyba nikt nie mieszkał.
Gordon spojrzał w dół, na główną ulicę, odczytując jej historię. Stoczono tu dwie, a może nawet trzy walne bitwy. W środku wielkiego kręgu zniszczenia ujrzał wystawę sklepową z pochyłym szyldem, na którym przeczytał: KLINIKA NAGŁYCH PRZYPADKÓW.
W trzech nietkniętych szybach najwyższego piętra hotelu odbijało się poranne słońce. Gdzie indziej jednak, nawet w pobliżu miejsc, gdzie okna sklepów zabito deskami, na pokrytej wybrzuszeniami nawierzchni widziało się pryzmatyczny połysk odłamków szkła.
Co prawda Gordon nie oczekiwał wiele, ale część uczuć, które zabrał ze sobą z Pine View, wzbudziła w nim nadzieję odnalezienia następnych wysp pokoju, zwłaszcza teraz, gdy znalazł się na żyznym zlewisku doliny Willamette. Choć Oakridge nie było zbyt żywym miastem, może znajdzie w nim coś, co skłoni go do optymizmu. Na przykład mogły tu pozostać ślady po poszukiwaniach surowców. Jeśli w Oregonie istniała przemysłowa cywilizacja, miasta takie jak to powinny zostać ograbione ze wszystkiego, co nadawało się do użytku.
W odległości zaledwie dwudziestu jardów od punktu, w którym się znajdował, Gordon dostrzegł jednak ruiny stacji benzynowej. Duża szafka z narzędziami mechanicznymi leżała przewrócona na bok. Cały zapas kluczy, kombinerek oraz zapasowych przewodów wysypał się na poplamioną olejem podłogę. Cały rząd nigdy nie używanych opon nadal wisiał wysoko na hakach nad podjazdem stacji obsługi.
Gordon zrozumiał, że Oakridge jest miastem najgorszym z możliwych, przynajmniej z jego punktu widzenia. Przedmioty przydatne w cywilizacji posługującej się maszynami walały się wszędzie pod ręką, nietknięte i niszczejące… co świadczyło, że nigdzie w pobliżu nie ma żadnego, władającego techniką społeczeństwa. Jednocześnie Gordon będzie musiał grzebać w resztkach pozostawionych przez pięćdziesiąt poprzednich fal rabusiów, by znaleźć cokolwiek użytecznego dla takiego jak on samotnego wędrowca.
“Cóż — westchnął. Robiłem to już przedtem”.
Jeszcze w Boise, gdy przeszukiwał ruiny śródmieścia, odkrył, że szabrownicy, którzy zjawili się przed nim, przeoczyli mały skarb złożony z puszek z żywnością ukrytych na poddaszu za sklepem z butami… łupy jakiegoś chomika, zupełnie nietknięte. Takimi rzeczami rządziły pewne reguły, które w ciągu lat rozszyfrował. Miał własne metody prowadzenia poszukiwań.
Ześliznął się z barykady po stronie lasu i skrył w nadmiernie wybujałej roślinności. Posuwał się zygzakiem, z uwagi na mało prawdopodobną możliwość, że ktoś go obserwuje. W miejscu, w którym dostrzegał trzy wyraźne punkty orientacyjne, porzucił skórzaną torbę i czapkę pod pokrytym jaskrawym, jesiennym listowiem żywotnikiem. Zdjął ciemnobrązową kurtkę listonosza i położył ją na wierzchu, po czym naścinał gałązek krzewów, by okryć nimi swój skarb.
Był gotów na wszystko, by uniknąć konfliktu z podejrzliwymi tubylcami, lecz tylko głupiec nie zabrałby ze sobą broni. Istniały dwa typy walki, do których mogło dojść w podobnej sytuacji. W pierwszym z nich lepszy mógł się okazać bezgłośny łuk, w drugim zaś warto byłoby poświęcić cenne, niemożliwe do zastąpienia naboje do jego trzydziestkiósemki. Gordon sprawdził działanie rewolweru i schował go z powrotem do kabury. Wziął też ze sobą łuk wraz ze strzałami i płócienny worek na łupy.
W pierwszych kilku domach, na peryferiach, rabusie z początkowej fali byli raczej entuzjastyczni niż dokładni. Ślady zniszczeń, które pozostawiali, często zniechęcały tych, którzy zjawiali się później, dzięki czemu w środku mogły się uchować użyteczne przedmioty. Gordon przekonał się o tym już wiele razy.