Płomienie lizały rozżarzoną kratę pieca niczym tańczące rzędy świateł. Słowami raczej widzianymi niż słyszanymi urządzenie zapytało:
“…Kto weźmie na siebie odpowiedzialność…?”
Franklin wykonał ruch białym skoczkiem.
— Celne pytanie — powiedział, odchylając się do tyłu. — Bardzo celne pytanie. Oczywiście możemy ustanowić konstytucyjne gwarancje, lecz nie będą one nic znaczyć, jeśli obywatele nie dopilnują, by traktowano je poważnie. Chciwi i żądni władzy zawsze będą szukali sposobów na złamanie zasad bądź naciągnięcie ich zgodnie z własnym interesem.
Język płomieni wysunął się na zewnątrz. W trakcie tego procesu w jakiś sposób poruszył się czerwony pion.
“…Kto…”
Franklin wyciągnął chusteczkę i otarł sobie czoło.
— Nie kto inny, jak kandydaci na tyranów. Mają do dyspozycji zestaw starych jak świat metod: manipulację szarym człowiekiem, okłamywanie go bądź miażdżenie jego wiary w siebie. Mówi się, że władza korumpuje, lecz w rzeczywistości bardziej prawdziwa jest teza, że władza przyciąga tych, którzy pragną być skorumpowani. Zdrowych na umyśle ludzi zwykle pociągają inne rzeczy. Kiedy podejmują działanie, traktują je jak służbę, która ma swoje granice. Tyran natomiast dąży do panowania i jest w tym nienasycony i nieubłagany.
“…niemądre dzieci…” — zamigotały płomienie.
— Tak. — Franklin skinął głową, przecierając dwuogniskowe szkła. — Niemniej jestem przekonany, że pewne innowacje mogłyby okazać się pomocne. Na przykład: odpowiednie mity. Wtedy, o ile dobro będzie gotowe do poświęceń…
Wyciągnął rękę, ujął królową, zawahał się chwilę, po czym przesunął delikatną figurę z kości słoniowej aż na drugi koniec szachownicy, prawie pod rozgrzaną do czerwoności kratę.
Gordon pragnął ostrzec go krzykiem. Pozycja królowej była całkowicie odsłonięta. W pobliżu nie było nawet pionka, który by ją osłaniał.
Jego najgorsze obawy niemal natychmiast stały się rzeczywistością. Płomienie wyszły na zewnątrz. Po chwili czerwony król stał na stosie popiołów tam, gdzie przed chwilą była smukła, biała figura.
— O Boże, nie — jęknął Gordon. Nawet we śnie, gdy jego krytycyzm był osłabiony, wiedział, co się dzieje, i co to symbolizuje.
“…Kto weźmie na siebie odpowiedzialność…?” — zapytał po raz kolejny piec.
Franklin nie odpowiedział. Przesunął się tylko i zasiadł wygodniej w krześle, które zaskrzypiało, gdy się odwracał. Popatrzył prosto na Gordona nad oprawkami okularów.
“Ty też?” Śniącego opuściła odwaga. “Czego wszyscy ode mnie chcecie?”
Falująca czerwień. I uśmiech Franklina.
Obudził się nagle. Wytrzeszczył oczy, aż wreszcie dojrzał przykucniętego obok Johnny’ego Stevensa, który właśnie miał szarpnąć go za ramię.
— Gordon, lepiej chyba na to popatrz. Coś się stało ze strażnikami.
Usiadł i potarł powieki.
— Daj mi zobaczyć.
Johnny poprowadził go do wschodniej ściany szopy, w pobliże drzwi. Potrwało chwilę, nim jego oczy przyzwyczaiły się do światła księżyca. Wreszcie Gordon dostrzegł dwóch surwiwalistycznych żołnierzy, którzy mieli ich pilnować.
Jeden leżał oparty o ławę z kłód. Usta miał szeroko rozdziawione, a szkliste oczy wbite w niskie chmury, od których dobiegały pomruki grzmotów.
Drugi holnista bulgotał jeszcze. Darł dłońmi ziemię, usiłując doczołgać się do swego karabinu. W jednej dłoni trzymał wydobyty z pochwy, wypolerowany nóż, lśniący w słabym blasku ogniska. Obok jego kolan leżał przewrócony gliniany kufel z pokrywką. Wokół ułamanego dziobka rozlało się brązową plamą piwo.
W kilka sekund po tym, jak zaczęli obserwować tę scenę, głowa drugiego ze strażników opadła na ziemię. Jego zmagania dobiegły końca.
Johnny i Gordon popatrzyli na siebie. Jak jeden pomknęli ku drzwiom, by sprawdzić, były jednak zamknięte. Johnny wysunął rękę przez szparę między deskami, usiłując dosięgnąć munduru strażnika. Klucze…
— Cholera! Jest za daleko!
Gordon zaczął podważać deski. Szopa z pewnością była tak słaba, że można by ją rozwalić ręcznie. Gdy jednak zabrał się do dzieła, zardzewiałe gwoździe zaskrzypiały. Włosy na karku stanęły mu dęba.
— Co zrobimy? — zapytał Johnny. — Jeśli pociągniemy mocno, obaj jednocześnie, może uda się nam szybko wydostać i pognać ścieżką do czółen…
— Psst!
Gordon nakazał gestem ciszę. W ciemności na zewnątrz coś się poruszyło.
Mała, obdarta postać, zdradzając nerwowość i niepewność, pomknęła ku oświetlonej blaskiem księżyca, położonej tuż obok szopy polance, na której leżeli obaj strażnicy.
— To ona! — wyszeptał Johnny. Gordon również rozpoznał ciemnowłosą wyrobnicę, tę samą, która napisała mały, żałosny dodatek do listu Deny. Widział, jak przezwycięża zniewolenie i choć jest przerażona, podchodzi do każdego ze strażników, by sprawdzić, czy oddychają.
Kobieta trzęsła się jak liść. Jęczała cicho, gdy szukała kółka z kluczami za pasem drugiego z mężczyzn. By się do nich dobrać, musiała przecisnąć palce przez sznur makabrycznych trofeów. Zamknęła jednak oczy i wydobyła pobrzękujący cicho przedmiot.
Każda sekunda była udręką, gdy ich wybawicielka zmagała się z zamkiem. Zeszła z drogi obu mężczyznom, gdy ci wypadli na zewnątrz i podbiegli do strażników, by pozbawić ich noży, pasów z amunicją oraz karabinów. Wciągnęli ciała do szopy i zamknęli za sobą drzwi.
— Jak masz na imię? — zapytał Gordon, przykucnąwszy obok skulonej kobiety. Oczy miała zamknięte, gdy odpowiedziała:
— H… Heather.
— Heather. Dlaczego nam pomogłaś?
Jej oczy otworzyły się. Były zdumiewająco zielone.
— Twoja… twoja kobieta napisała… — Opanowała się z widocznym wysiłkiem. — Nigdy nie kapowałam tego, co staruszki mówiły o dawnych czasach… Ale paru nowych więźniów opowiadało, jak jest na północy… a potem przyprowadzili ciebie… N… nie zbijesz mnie za mocno za to, że przeczytałam twój list, co?
Skuliła się, gdy Gordon wyciągnął rękę, by dotknąć jej policzka. Cofnął dłoń. Czułość była dla niej czymś zupełnie obcym. Przyszły mu do głowy różne możliwe zapewnienia, wybrał jednak najprostsze. Takie, jakie mogła zrozumieć.
— W ogóle cię nie zbiję — odparł. — Nigdy.
Obok niego pojawił się Johnny.
— Przy czółnach jest tylko jeden strażnik, Gordon. Chyba mam pomysł, jak go podejść. Może być znad Rogue, ale nie będzie się niczego spodziewał. Damy radę go załatwić.
Gordon skinął głową.
— Musimy ją zabrać ze sobą — stwierdził.
Johnny sprawiał wrażenie rozdartego między współczuciem a wymogami rozsądku. Najwyraźniej uważał, że jego głównym obowiązkiem jest wydostać stąd Gordona.
— Ale…
— Zorientują się, kto otruł strażników. Jeśli zostanie, ukrzyżują ją.
Johnny zamrugał powiekami, po czym skinął głową. Sprawiał wrażenie zadowolonego, że jego dylemat znalazł tak proste rozwiązanie.
— Dobra. Ale już ruszajmy!
Zaczęli się podnosić, lecz Heather złapała Gordona za rękaw.
— Mam przyjaciółkę — powiedziała i kiwnęła ręką w kierunku ciemności.
Z cienia drzew wyszła szczupła postać odziana w spodnie i w koszulę o kilka numerów za dużą, ciasno przewiązaną wielkim pasem. Mimo to kobietę tę łatwo było rozpoznać. Kochanka Charlesa Bezoara związała jasne włosy do tyłu. Niosła mały pakunek. Wyglądała na jeszcze bardziej podenerwowaną niż Heather.