Septach Melayn rzucił Akbalikowi pytające spojrzenie. Nikt go nie poinformował, że przybędzie też Dekkeret. Wskazując na swojego towarzysza, Akbalik powiedział:
— Pomyślałem, że zabiorę go ze sobą na Zimroel. Jak sądzisz, czy Koronal miałby coś przeciwko temu?
Septach Melayn odparł złośliwie:
— Ach, więc tak szybko się zaprzyjaźniliście?
Akbalik nie wyglądał na rozbawionego.
— Nic z tych rzeczy, Septachu Melaynie, i dobrze o tym wiesz.
— O co więc chodzi? Czyżby ten chłopak już potrzebował wakacji? Dopiero rozpoczął szkolenie.
— I to właśnie byłaby część jego szkolenia — odparł Akbalik. — Zapytał mnie, czy może mi towarzyszyć i sądzę, że mogłoby mu to dobrze zrobić. Jak wiesz, młody kandydat powinien poznać świat poza Górą Zamkową. Doświadczyć podróży przez ocean, poczuć, jak ogromny jest nasz Majipoor. Zobaczyć miejsce tak spektakularne, jak Ni-moya. I popatrzeć, jak machina rządowa radzi sobie z tak olbrzymimi odległościami.
Odwracając się do Dekkereta, Septach Melayn powiedział:
— Olbrzymie odległości, tak. Czy zdajesz sobie sprawę, chłopcze, że nie będzie cię przez dziewięć miesięcy, może nawet przez rok? Uważasz, że twoje szkolenie może tyle czekać?
— Lord Prestimion powiedział w Normork, że moje szkolenie powinno być przyspieszone. Taka podróż na pewno uczyni je szybszym, panie.
— Tak, zapewne tak. — Septach Melayn wzruszył ramionami. Czy Prestimionowi będzie przeszkadzało, jeśli chłopak zniknie na rok na Zimroelu? A skąd niby miał to wiedzieć? Tysięczny raz przeklął Prestimiona za zrzucenie na niego odpowiedzialności. Cóż, Prestimion sam uczynił go regentem, niech więc tak będzie, zrobi, co uważa za słuszne. Czemu zatrzymywać chłopaka tutaj? Jeśli pojedzie, będzie zawracał głowę Akbalikowi, nie jemu. Poza tym Akbalik miał rację: młody człowiek powinien dowiedzieć się czegoś o prawdziwym świecie.
Dekkeret patrzył na niego podejrzliwie. Septach Melayn uznał, że w jego pytającym, pełnym woli działania spojrzeniu było coś uroczo niewinnego. Pamiętał czasy, kiedy sam był chętny do działania. To było dawno temu, zanim postanowił skryć się za maską wytwornego lekkoducha, która teraz przestała być maską, a stała się istotą jego osoby. Patrząc na tego chłopaka dostrzegał powagę i siłę, które zobaczył w nim Prestimion.
Niech będzie, pomyślał. Niech jedzie na Zimroel.
— Doskonale. Twoje dokumenty są już gotowe, Akbaliku. Dopiszę tu tylko imię rycerza kandydata Dekkereta, i złożę parafę.
Już zazdrościł temu chłopakowi. Wyrwać się z Zamku, wyruszyć w dalekie rejony królestwa, uciec choć na chwilę od politykowania i napełnić płuca świeżym powietrzem odległej krainy!
Zerknął na Dekkereta i powiedział:
— Jeśli łaska, pozwól, że udzielę ci drobnej rady. Jeśli nie będziesz zbyt zajęty w Ni-moya, powinieneś wybrać się z Akbalikiem na północ, na bagna Khyntoru, i zapolować na stitmoje. Słyszałeś o stitmojach, prawda, chłopcze?
— Widziałem ich futra.
— Noszenie etoli z futra stitmoja to nie całkiem to samo, co spojrzenie temu zwierzęciu prosto w oczy. O ile mi wiadomo, stitmoj jest najbardziej niebezpiecznym stworem świata. Piękna bestia: gęste futro, płonące ślepia. Sam na nie kiedyś polowałem, kiedy wybraliśmy się z Prestimionem na Zimroel. Wynajmuje się zawodowych myśliwych w Ni-moya i wyrusza daleko na północ, na bagna. To zimne, pokryte śniegiem miejsce, niepodobne do niczego, co kiedykolwiek widziałeś, pełne mglistych lasów i dzikich jezior pod niebem jak żelazny talerz. Tropi się tam watahę stitmojów, a to wcale nie jest łatwe, znaleźć białe zwierzęta na białym śniegu, i podchodzi się do nich bliziutko, z puginałem w jednej ręce i maczetą w drugiej…
Oczy chłopca aż błyszczały z podekscytowania, choć Akbalik sprawiał wrażenie mniej zachwyconego.
— Obawiałeś się, że jadąc ze mną Dekkeret zaniedba szkolenie. A teraz nagle chcesz, by biegał po Khyntorze i uganiał się w śniegu za stitmojami. Och, przyjacielu, nigdy nie umiałeś na długo zachować powagi!
Septach Melayn poczerwieniał. Zrozumiał, że stracił panowanie nad sobą.
— To również będzie częścią jego szkolenia — rzucił urażonym tonem i przybił swoją pieczęć pod dokumentami Akbalika. — Życzę wam obu udanej podróży. I, Akbaliku, wypuść go na tydzień do Khyntoru — dodał, kiedy wychodzili. — Cóż złego mogłoby się stać?
Książę Serithorn z Samivole był ostatnią osobą, z którą Septach musiał się tego dnia spotkać, a później mógł udać się do sali treningowej we wschodnim skrzydle na codzienny, popołudniowy trening szermierczy z jednym z oficerów gwardii. Codziennie ćwiczył inną bronią — rapierem, dwuręcznym mieczem, szablą z koszem, krótkim mieczem z Narabalu, palcatem, ketherońską piką — i z nowym przeciwnikiem, ponieważ tak szybko uczył się ruchów innych szermierzy, że więcej niż dwa, trzy sparingi z tą samą osobą nudziły go. Tego dnia jego przeciwnikiem miał być nowy, młody gwardzista z Tumbrax, imieniem Mardileek, ponoć dobry w szabli, zarekomendowany przez samego diuka Sparlisesa. Najpierw jednak trzeba było zmierzyć się z Serithornem.
Książę umówił się na audiencję u Septacha Melayna zaledwie dziś rano. Normalnie niemożliwym było załatwić widzenie z regentem w tak krótkim czasie, jednak dla Serithorna, największego spośród arystokracji Zamku, robiono wyjątek od tej reguły, podobnie jak od wszystkich innych. Poza tym, Septach Melayn, jak wszyscy, uważał Serithorna za osobę przyjemną i ciekawą. Nieistotne było, że po długich deliberacjach poparł w wojnie domowej stronę Korsibara. Ciężko było długo chować urazę wobec Serithorna. A wojna nie była już nawet kwestią zamierzchłej historii, gdyż w ogóle do historii nie należała.
Zazwyczaj Serithorn spóźniał się na spotkania. Dziś jednak, z jakiegoś powodu, przybył punktualnie. Ciekawe czemu, zastanawiał się Septach Melayn. Serithorn ubrany był prosto i bez ostentacji, w rdzawą pelerynę narzuconą na ciemnofioletową tunikę i proste skórzane buty obrębione futrem. Najbogatszy obywatel Majipooru nie potrzebował obnosić się ze swym bogactwem. Może ktoś inny wybrałby krzykliwy kapelusz z szerokim rondem, z ozdobami z metalu i piór tiruvyna, ale książę Serithorn nosił dziwną, sztywną, żółtą czapkę, wysoką i kwadratową, którą założyć mógłby liimeński handlarz kiełbaskami. Zdjął ją właśnie i rzucił na biurko Koronala takim gestem, jakby znajdował się we własnym salonie.
— Jak rozumiem, przed chwilą był tu mój bratanek. Wspaniały chłopak z tego Akbalika. Duma rodziny. Słyszałem, że Prestimion wysyła go na Zimroel. Zastanawiam się, po co?
— Przypuszczam, że pragnie dowiedzieć się, jak miejscowa ludność zareagowała na wieść o nowym Koronalu. Zgodzisz się chyba, że to dobry pomysł, by Prestimion miał dostęp do najnowszych informacji o tamtejszych nastrojach.
— Tak, zapewne tak jest — i, wskazując gruby plik dokumentów na biurku, Serithorn dodał: — Ciężko pracujesz jak na takiego lekkoducha, prawda? Przedzieranie się przez te wszystkie papiery! Jestem pod wrażeniem twojej nowo nabytej pracowitości, Septachu Melaynie.
— Niezasłużony komplement, książę Serithornie. Te dokumenty wciąż wymagają mojej uwagi.
— Ale im ją poświęcisz, jestem pewien! To godne podziwu, Septachu Melaynie! Ja sam, jak doskonale wiesz, jestem jak ty człowiekiem lekkiego ducha, a jednak widzę cię bohatersko zmagającego się z obowiązkami regenta dzień po dniu, podczas gdy ja nie umiem poświęcić się poważnym sprawom dłużej niż trzy minuty. Moje gratulacje są najszczersze.