Выбрать главу

Wcześniej przemawiała lewa głowa Su-Suherisa. Teraz prawa powiedziała spokojnie:

— Jestem obdarzony darem podwójnego widzenia. Raport z Bailemoony brzmi dla mnie prawdziwie, więc postanowiłem dać mu wiarę. Nie musisz się ze mną zgadzać.

Abrigant burczał pod nosem, wymyślał jakąś odpowiedź, ale Navigorn, głosem ostrym i wręcz zaczepnym, powiedział:

— Czy mogę kontynuować? — Przeciągnął ręką nad podświetlonymi punktami na mapie. — Jest więcej informacji, mniej lub bardziej wiarygodnych, że widziano go tu, tu i tu. Jak widzicie, porusza się na południe. Nic nie zyska wracając na wschodnie rubieże. Tutaj zaś mamy wyraźną trasę, prowadzącą go na południowe wybrzeże.

— Co to za miasta? — zapytał Abrigant, wskazując na czerwone kropki, wyglądające jak świetliste koraliki nanizane na zielone linie ciągnące na południe.

— Tutaj jest Ketheron — odparł Navigorn — dalej Arvyanda. To Kajith Kabulon, gdzie nigdy nie przestaje padać deszcz. Kiedy przebędzie dżunglę, dostanie się na południowe wybrzeże, a tam ma setkę portów, w których łatwo wsiądzie na statek do Zimroelu.

— Które porty są główne?

— Na południe od tropikalnej puszczy — odpowiedział Navigorn — mamy Sippulgar, o tutaj. Dalej na zachód wzdłuż wybrzeża może dotrzeć do Maximin, Karasat, Gunduby, Slail i Porto Gambieris. — Przemawiał suchym, rozkazującym tonem. Porządnie przygotował się do tego spotkania, może chcąc zadośćuczynić za fakt, że pozwolił Dantiryi Sambailowi uciec. — Poza Sippulgarem, żaden z nich nie ma bezpośredniego połączenia z Zimroelem, ale w każdym z nich oraz w miastach sąsiednich, wzdłuż północnego wybrzeża półwyspu Stoienzar, można wsiąść na łódź, która zaniosłaby go do Stoien, Treymone albo nawet do Alaisor. Tam mógłby załatwić podróż przez morze do Piliploku, a stamtąd rzeką do Ni-moya.

— Nie tak prosto — powiedział Gialaurys. — Jak pamiętasz, objąłem porty od Stoien po Alaisor ścisłym nadzorem. Nie ma mowy, by ktoś tak charakterystyczny jak on, przemknął niezauważony koło najgłupszego nawet celnika. Możemy rozciągnąć blokadę na wschód aż do Sippulgaru. Nawet dalej, jeśli zechcesz, Prestimionie.

Prestimion, uważnie studiujący mapę, odpowiedział nie od razu.

— Tak — odparł po długiej chwili. — Sądzę również, że moglibyśmy ustanowić wojskowe patrole wzdłuż linii zaczynającej się na północ od Bailemoony i ciągnącej się na zachód aż do miasta Stoien.

— Czyli wzdłuż płotu na klorbigany — powiedział Septach Melayn i zaczął się śmiać. — Jakież to odpowiednie do sytuacji! W końcu tym właśnie jest, czyż nie? Paskudny jak klorbigan i pięć razy groźniejszy!

Prestimion i Abrigant również się roześmiali. Gialaurys, zdezorientowany, powiedział:

— Proszę, powiedzcie, o czym wy mówicie?

— Klorbigany — powiedział Prestimion, wciąż chichocząc — to grube, leniwe, niezdarne, kopiące nory zwierzęta z południowocentralnego Alhanroelu, z różowymi nosami i wielkimi, włochatymi łapami. Żywią się korą i korzeniami drzew i tam, skąd pierwotnie pochodzą, jedzą tylko niektóre, nikomu niepotrzebne gatunki. Ale jakieś tysiąc lat temu zaczęły migrować na północ, w rejony, gdzie rolnicy sadzą stajję i glein, i odkryły, że bulwy stajji smakują im nie mniej, niż nam. Nagle więc w centralnym Alhanroelu pojawiło się pół miliona klorbiganów, wykopujących stajje. Farmerzy nie nadążali z zabijaniem tych potworów. Ktokolwiek był wtedy Koronalem, wpadł w końcu na pomysł zbudowania specjalnego płotu przez środek kontynentu. Jest wysoki tylko na kilka stóp, więc każde zwierzę trochę mniej ospałe niż klorbigan przejdzie nad nim z łatwością, ale za to jest wkopany na sześć czy siedem stóp w ziemię i wygląda na to, że skutecznie powstrzymuje je od przekopywania się dołem.

— Lord Kybris. On go zbudował — powiedział Septach Melayn.

— Tak, Kybris — powtórzył Prestimion. — Cóż, teraz my zbudujemy własny płot na klorbigany. Nieprzerwana linia patroli, która złapie Dantiryę Sambaila, jeśli postanowi zawrócić na pół… — przerwał w pół słowa — Navigornie? Navigornie, co ci jest?

Wszyscy spojrzeli w tamtą stronę. Wysoki, czarnobrody Navigorn odwrócił się od mapy i kucał z pochyloną głową i rękoma na brzuchu, jakby szarpał nim potworny spazm bólu. Po chwili uniósł głowę i Prestimion zobaczył, że jego rysy zlały się w upiorny grymas. Przerażony Prestimion przyzwał gestem stojących najbliżej Gialaurysa i Septacha Melayna, by mu pomogli. Ale Maundigand-Klimd był szybszy. Su-Suheris podniósł rękę i pochylił obie głowy do siebie. Coś niewidzialnego przepłynęło w powietrzu między nim i Navigornem i po chwili cała dziwaczna sytuacja się skończyła. Navigorn stał prosto jakby nigdy nic, mrugając oczami jak ktoś, kto zapadł niechcący w drzemkę. Twarz miał spokojną.

— Mówiłeś coś, Prestimionie?

— Działo się z tobą coś bardzo dziwnego i pytałem, co ci jest. Wyglądało, jakbyś miał jakiś atak.

— Atak? — Navigorn był zszokowany. — Nie pamiętam nic takiego. — Po chwili jakby coś zrozumiał. — Ach! Czyli to znowu się stało, a ja nic nie wiedziałem!

— Miewasz takie ataki częściej? — spytał Septach Melayn.

— Zdarzyło się więcej niż raz. — Navigorn wyglądał teraz na zakłopotanego. Wstydził się przyznawać do słabości, to było jasne. Mimo to kontynuował: — Nachodzą mnie potworne bóle głowy, które nagle pojawiają się i znikają, a czuję się wtedy, jakby miała mi pęknąć czaszka. Mam też paskudne sny. Bardzo często. Nigdy wcześniej nie miewałem takich snów.

— Opowiesz je nam? — zapytał łagodnie Prestimion.

Delikatną sprawą było prosić kogoś, szczególnie arystokratę i wojownika, by opowiedział swoje sny takiej grupie. Mimo to Navigorn streścił mu je bez wahania.

— Za każdym razem stoję na polu bitwy, na wielkim, błotnistym polu. Ze wszystkich stron umierają ludzie, a pod nogami płyną strumienie krwi. Któż z nas stoczył kiedyś bitwę, mój panie? Któż z nas może ją stoczyć? Przecież to taki spokojny świat. A jednak stoję tam, w zbroi i z bronią, siejąc spustoszenie moim mieczem. Zabijam każdym ciosem. Zabijam obcych, zabijam też przyjaciół, mój panie.

— Zabijasz może mnie? Albo Septacha Melayna?

— Nie, ciebie nie. Nie znam tych ludzi, ale padają pod moimi ciosami. Nie rozpoznaję ich twarzy kiedy się budzę i wspominam mój sen. Ale we śnie wiem, że zabijam drogich przyjaciół i nie daje mi to spokoju. Nie daje mi to spokoju. — Navigorn wzdrygnął się, choć w pokoju było ciepło. — Mówię ci, mój panie, wciąż i wciąż śnię ten sen, czasem przez trzy noce z rzędu, tak że teraz boję się w ogóle zamykać oczy.

— Jak długo to trwa? — spytał Prestimion.

Navigorn odparł, wzruszając ramionami:

— Dni? Tygodnie? Ciężko mi powiedzieć. Czy mógłbym na parę minut wyjść?

Prestimion skinął głową. Navigorn wyszedł z pokoju, zarumieniony i mokry od potu. Prestimion szepnął do Septacha Melayna:

— Słyszałeś? Bitwa, w której zabija przyjaciół. To kolejna rzecz, za którą ponoszę winę.

— Mój panie, to wina Korsibara, nie twoja — powiedział Septach Melayn.

Ale Prestimion tylko potrząsnął głową. Opadły go ponure myśli. Bitwa, w której zginęło tylu ludzi, faktycznie była winą Korsibara. Ale straszne sny Navigorna, jego spazmy bólu, jego zagubienie na długo potem, to wszystko stanowiło część nowego szaleństwa, a kto był za nie odpowiedzialny, jeżeli nie sam Prestimion? To szaleństwo sprowadzili na świat czarownicy na jego żądanie, choć nie wiedział, że takie będą konsekwencje.