Выбрать главу

Problemem okazały się buty, których grube podeszwy dodawały Prestimionowi dwa cale wzrostu. Koronal już dawno pogodził się z faktem, że był niższy od wielu mężczyzn i wcale mu to nie przeszkadzało. Właściwie nie zwracał na to uwagi. Poczuł się dotknięty, że dodaje mu się wzrostu specjalnymi butami i poprosił o normalną parę. Po piętnastu minutach okazało się jednak, że w jego garderobie nie było niepodwyższonych butów, pasujących kolorem do reszty stroju, co oznaczało, że musiałby ubierać się od nowa w dublet w innym odcieniu złota. Wywołało to w nim wybuch gniewu, gdyż na przebranie się było za późno, musiał więc założyć buty na grubej podeszwie, choć sprawiały, że czuł się dziwacznie, patrząc na świat ze znacznie podwyższonej perspektywy.

Na skroni miał wielką koronę rozbłysku gwiazd Lorda Confalume’a, groteskowo skomplikowane połączenie szmaragdów, rubinów, fioletowych dinibów i wycyzelowanych metali, która z siłą grzmotu ogłaszała światu, że ten, kto ją nosi, jest prawowitym władcą królestwa. Na jego piersi spoczywał złoty medalion, który otrzymał od Confalume’a w dzień koronacji, zdobiony pośrodku odciskiem sygnetu Lorda Stiamota. Mówiło się, że to współczesna reprodukcja medalionu, który nosili dawni Koronalowie. Była to nieprawda. Sam Prestimion, wraz z Septachem Melaynem i zapomnianym księciem Korsibarem, wymyślił historię o medalionie i wspólnie zaprojektowali przekonująco wyglądającą „reprodukcję” rzekomo dawno zagubionego oryginału, którą wręczyli Confalume’owi na obchodach jego czterdziestej rocznicy panowania. Teraz przeszedł on na Prestimiona i można się było spodziewać, że będzie przekazywany z Koronala na Koronala przez stulecia. Za kilkaset lat za niepodważalny fakt uzna się, że na wpół legendarny Lord Stiamot nosił dokładnie ten sam ponad wszelką wątpliwość medalion eon wcześniej. Tak oto, myślał Prestimion, rodzą się wielkie tradycje.

Lord Confalume wyposażył salę tronową w trójnogi, kadzielnice i maszyny astrologiczne swoich nadwornych magów. Nie uczynił tak dlatego, że przyrządy te odgrywały jakąkolwiek rolę w dworskim ceremoniale, lecz po prostu z tej przyczyny, że na starość lubił się nimi otaczać. Prestimion był jednak mniej zabobonny niż Confalume. Na chłodno rozumując, zdawał sobie sprawę z wartości i zastosowań magii we współczesnym świecie, ale nigdy nie potrafił zaakceptować faktu, że lud tak fascynował się zwykłym zabobonem i szarlatanerią.

Z tego powodu rozkazał usunąć wszystkie przyrządy Confalume’a z sali tronowej. Pozwalał magowi lub dwóm na obecność przy audiencjach, ale tylko po to, by zaspokoić potrzebę ludu. Jeśli lud chciał wierzyć, że Prestimion rządzi nie tylko z łaski Pani, ale też z pomocą demonów, duchów czy jakichkolwiek ponadnaturalnych sił, które akurat poważano w Majipoorze, nie zamierzał temu zaprzeczać.

Maundigand-Klimd był tego dnia dyżurnym magiem — Su-Suheris zawsze był przydatny, bo wzbudzał podziw — i, na specjalną prośbę Septacha Melayna, obecnych było również dwóch geomantów z Tidias, ubranych w wysokie hełmy z mosiądzu i lśniące metalicznie szaty. Swego czasu Lord Confalume sprowadził ich do Zamku wraz z wielką grupą innych przedstawicieli tej profesji i jakimś sposobem wciąż tu pozostawali i opłacano ich z publicznej kasy, choć nie pełnili żadnej funkcji w administracji nowego Koronala. Podobno tych dwóch poskarżyło się na swoją bezczynność Septachowi Melaynowi, który sam pochodził z Tidias. Skutkiem tego stali teraz po obu bokach Maundiganda-Klimda jak ubrane w mosiężne hełmy imponujące symbole ponadnaturalnych sił, które na Majipoorze współistniały z widzialnym światem. Nie pozwolono im jednak wypowiadać inkantacji, malować niewidzialnych linii mocy na podłodze ani spalać kolorowych proszków o magicznych właściwościach. Byli zaledwie dekoracją, jak kiście kamieni księżycowych, turmalinów, ametystów i szafirów, które Lord Confalume, mimo astronomicznych kosztów, nakazał umieścić na ogromnym złoconych przyporach sufitu, kiedy budowano tę salę.

— Wasza wysokość — powiedział majordomus Nilgir Sumanand — pora na audiencję.

Faktycznie. Prestimion, czując się fatalnie w butach o grubej podeszwie, opuścił gotowalnię i ruszył korytarzami starożytnego Zamku o niezliczonych pomieszczeniach, który odziedziczył po swoich poprzednikach. Wiedział, że kiedyś, gdy przyjdzie jego czas, sam pozostawi swój ślad na Zamku Koronala. W końcu do tradycji należało, by każdy władca coś dodał lub zmienił.

Na przykład ciąg niewielkich pomieszczeń pomiędzy gotowalnią a salą tronową Lorda Confalume’a sprawiał wrażenie, że źle wykorzystano przeznaczoną nań przestrzeń. Prestimion planował usunąć je wszystkie i wybudować obok tronowej wielką salę sądową, imponującą rozmiarami i splendorem, z kryształowymi kandelabrami i oknami z matowego szkła. Surowa, lecz majestatyczna kaplica, umieszczona opodal, by Koronal mógł oddawać się osobistej refleksji, również była warta przemyślenia. Obecna kaplica była małym, nieciekawym pokojem pozbawionym zalet architektonicznych, zbudowanym jakby na odczepnego. A poza rdzeniem Zamku, może obok wieży strażniczej, którą wybudował Lord Arioc dawno temu, Prestimion chciał wznieść muzeum historii Majipooru, archiwum, które zawierałoby pamiątki długiej przeszłości świata i gdzie przyszli Koronalowie mogliby poznawać osiągnięcia swoich poprzedników i kontemplować swoje własne plany. Ale to wszystko należało do przyszłości. Jego panowanie dopiero się rozpoczęło.

Bez uśmiechu, nie spoglądając na boki, idąc sztywno, żeby nie potknąć się w swoich kłopotliwych butach, z powagą pochylając głowę, gdy jego poddani witali go znakami gwiazd, Prestimion wkroczył do sali tronowej i wszedł po licznych schodach na mahoniowy piedestał, na którym ustawiony był tron.

Powaga. To był klucz. Lepiej niż ktokolwiek inny wiedział, jak pustą farsą był w rzeczywistości ten spektakl. Jego nadrzędnym i być może jedynym celem było zadziwić łatwowiernych. A jednak, mimo swojej inteligencji, wyrafinowania i odrobiny lekceważenia, której miał nadzieję nigdy nie stracić, Prestimion sam był bardziej niż trochę zadziwiony. Wiedział, że Koronal musi wierzyć w farsę, którą odgrywa, inaczej nigdy nie uwierzą w nią ludzie.

Był przekonany, że ta wiara w wielkość i potęgę Lorda Koronala, zakorzeniona w tej właśnie pompie, tym pokazie szat, tronów i koron, miała wiele wspólnego ze spokojem i dobrobytem, którymi ten ogromny świat cieszył się przez trzynaście tysięcy lat, odkąd przybyli tu pierwsi ludzie. Koronal uosabiał nadzieje, lęki i pragnienia całego świata. Wszystko to zostało teraz powierzone Prestimionowi z Muldemar, który aż za dobrze wiedział, że jest tylko zwykłym śmiertelnikiem, ale musiał zachowywać się, jakby był czymś znacznie większym. Jeśli dla publicznego dobra musiał zakładać wyszukane, zielone i złote szaty i z poważną miną siedzieć na olbrzymim, lśniącym bloku czarnego opalu przecinanego żyłkami krwiście czerwonego rubinu, niech i tak będzie. Odegra swoją rolę tak, jak powinien.

Po jego lewej stronie stał szambelan Zeldor Luudwid, tuż obok stolika, na którym ułożone były odznaczenia przeznaczone do przyznania tego dnia. Nieco dalej stał Maundigand-Klimd, mający po bokach dwóch geomantów z Tidias. Z prawej strony tronu stali pomniejsi szambelani, dwóch Skandarów wielkich nawet według standardów swojej rasy, trzymających symbolizujące ich pozycję laski. W cieniu tuż za nimi Prestimion dostrzegł Septacha Melayna, który uważnie mu się przyglądał. Było rzeczą dość niezwykłą, że Wysoki Doradca przybył na audiencję, lecz Prestimion dobrze wiedział, czemu zjawił się akurat dziś.