Bankier wciąż sprawiał wrażenie przytłoczonego wydarzeniami. Ledwo był w stanie składać zdania, kiedy wypluwał z siebie podziękowania dla Koronala, które po chwili zmieniły się w bezsensowną, pozbawioną ładu i składu paplaninę o własnych osiągnięciach, chaotyczną, za to z towarzyszeniem ciężkiego oddechu i zaczerwienionej twarzy. Symptomatyczne połączenie wysokiego mniemania o sobie i wielkiego braku pewności siebie. Zachowanie bankiera utwierdziło Prestimiona w przekonaniu, że szansa, iż Simbilon Khayf skojarzył brodatego gościa w Stee ze stojącym przed nim Koronalem była nikła. Varaile ze swojej strony dotrzymała umowy i zachowała prawdę dla siebie.
Gadanina Simbilona Khayfa zdawała się nie mieć końca. W końcu Prestimion zdołał się od niego uwolnić i zaczął przemieszczać się przez tłum, choć dotarcie do Varaile zajęło mu kolejnych dziesięć minut.
Ich spojrzenia spotkały się i przez chwilę było dokładnie tak, jak kiedyś, w domu jej ojca w Stee: Prestimion poczuł niepokojące mrowienie niczym łagodny elektryczny szok, dreszcz podniecenia, niepewności, zagubienia. Był pewien, że ona poczuła to samo. Widział, jak rozszerzają się jej nozdrza, jak drżą jej kąciki ust, jak gwałtownie rzuca oczami na boki, jak po jej doskonałej twarzy rozlewa się rumieniec.
To nie złudzenie, pomyślał. To coś bardzo prawdziwego.
Szybko jednak przeminęło. W mgnieniu oka znów była spokojna, skupiona i panowała nad sobą całkowicie — jak ideał dobrze wychowanej, młodej kobiety, która nie ma wątpliwości, jak zachować się w obecności swego króla. Khayf był niezręczny i nerwowy, ona opanowana i doskonale poprawna: powitała Koronala z czcią, czyniąc znak gwiazd i prostymi, lecz ciepłymi słowami, swym głębokim, melodyjnym głosem, który tak dobrze pamiętał ze Stee, podziękowała za zaszczyt, który spotkał jej ojca. W podobnej sytuacji nie trzeba było robić nic więcej. Prestimion mógł z łatwością odpowiedzieć na jej podziękowania paroma słowami i oddalić się do następnego gościa.
Widział jednak Septacha Melayna, stojącego z boku z założonymi ramionami, przyglądającego się uważnie, ze sprytnym uśmieszkiem i wiedział, że w tej sytuacji jego przyjaciel ma w ręku wszystkie atuty. Mistrz pojedynków zepchnął go do obrony. Najlepszy przyjaciel nie zamierzał pozwolić mu na łatwą, tchórzliwą ucieczkę.
Varaile czekała. Prestimion szukał w głowie słów, które zasypią przepaść między Koronalem i poddaną, dopuszczą normalną rozmowę między mężczyzną a kobietą. Nic nie znajdował. Zastanawiał się, czy taka rozmowa w ogóle jest możliwa. Nie miał pojęcia, co powiedzieć. Od dziecka uczono go, jak zachować się w każdej sytuacji wymagającej dyplomacji, ale nie przygotowano go na coś takiego. Stał oniemiały i niezdolny wydać z siebie głosu.
W końcu uratowała go Varaile. Pozwoliła, by przez lodowatą ciszę i chłodną, formalną pozę przebiło coś innego, coś cieplejszego i mniej sztywnego. W jej oczach pojawił się cień rozbawienia, na jej ustach niezauważalny prawie, leciutki uśmieszek, milczące potwierdzenie, że widzi komizm ich obecnej sytuacji. Tylko tyle było trzeba. Natychmiast znów pojawiło się między nimi połączenie, gwałtowne, niepokojące, silne.
Prestimion poczuł wielką ulgę i zachwyt.
Ciężko mu było zachować powagę i aurę królewskości, gdy czuł to wszystko. Pozwolił sobie na lekkie rozluźnienie swojej oficjalnej pozy, subtelną zmianę poważnej miny, a ona to dostrzegła. Przemówiła cicho, codziennym, nieoficjalnym tonem i patrząc mu głęboko w oczy, czego jeszcze przed chwilą nie odważała się zrobić:
— Jesteś wyższy teraz, niż byłeś w Stee. Wtedy twoje oczy były na równi z moimi.
Był to olbrzymi skok ponad tym wszystkim, co ich rozdzielało. Natychmiast odsunęła się, wciągając powietrze i zakrywając usta dłońmi, jakby dopiero zdała sobie sprawę z własnej bezpośredniości. Znowu byli monarchą i poddanym.
Czy tego chciał? Nie. Absolutnie nie. Przyszła więc pora, by to Prestimion przełamał bariery albo wszystko przepadnie.
— To te idiotyczne buty — powiedział z uśmiechem. — Miały sprawić, że będę wyglądał dostojniej. Więcej mnie w nich nie zobaczysz, zapewniam cię.
W jej oczach znów zabłysły bezczelne iskierki.
— Butów nie zobaczę. Ale czy kiedykolwiek jeszcze zobaczę ciebie?
Septach Melayn, oparty o ścianę o tuzin stóp za nią, kiwał głową i aż promieniał z zachwytu.
— A chciałabyś? — spytał Prestimion.
— Och… mój panie… tak, mój panie…
— Jeśli chcesz, jest dla ciebie miejsce na dworze — powiedział Prestimion. — Septach Melayn to załatwi. Ja będę musiał się wkrótce udać do Labiryntu, ale może moglibyśmy razem zjeść kolację, gdy wrócę na Zamek. Chciałbym cię dużo lepiej poznać.
— Bardzo by mnie to ucieszyło, mój panie — jej ton był mieszaniną uprzejmości i zapału. Lekkie drżenie zdradzało jej zmieszanie. Mimo jej opanowania, nie miała pojęcia, jak radzić sobie z tym, co teraz się działo. On też nie. Prestimion zastanawiał się, co dokładnie Septach Melayn powiedział jej o jego intencjach. Myślał, jakie właściwie ma intencje.
Rozmowa zbytnio się przeciągnęła. Teraz przyglądał im się nie tylko Septach Melayn.
— Mój panie? — powiedziała, kiedy oficjalnie się z nią pożegnał i zaczął odchodzić.
— Tak, Varaile?
— Mój panie, czy wtedy, w naszym domu w Stee, to naprawdę byłeś ty?
— Wątpisz w to?
— A po co, jeśli mogę spytać, tam byłeś?
— Żeby cię poznać — powiedział i czuł, że teraz już nie ma odwrotu.
6
Labirynt Majipooru był, najłagodniej mówiąc, miejscem pozbawionym radości, wielkim, podziemnym miastem, schodzącym kolejnymi poziomami coraz dalej w głąb planety. Na najniższym poziomie, w miejscu najbardziej oddalonym od słonecznego światła, ukryte były kwatery Pontifexa.
Prestimion przeżył tu jedną z najgorszych chwil swego życia.
To właśnie w wielkiej sali Labiryntu, zwanej Tronową, kiedy ogłoszono śmierć Pontifexa Prankipina, Korsibar przeprowadził niespodziewane przejęcie władzy, która miała należeć do Presitmiona. Zrobił to na oczach najważniejszych osób w królestwie.
Właśnie w pokojach Labiryntu, które przeznaczone były do użytku Koronala, Prestimion stanął przed Confalumem, teraz Pontifexem, ojcem Korsibara, i zażądał obiecanego tronu. Zszokowany i załamany Confalume odparł, że nic nie można było zrobić, że uzurpacja była rzeczą nieodwołalną i Korsibar był teraz Koronalem, a Prestimion może teraz tylko żyć bez nadziei, że kiedykolwiek zdobędzie tron. Confalume zapłakał, kiedy Prestimion naciskał, by podjęto jakieś działania przeciwko temu skandalicznemu postępkowi — Confalume płakał! Ale Pontifexa paraliżował strach. Bał się krwawej wojny domowej, która na pewno byłaby skutkiem rzucenia Korsibarowi wyzwania, obawiał się jej bardziej, niż pragnął sprzeciwić się niesamowitemu i bezprawnemu postępkowi syna. Stało się, powiedział Confalume. Teraz Korsibar ma władzę.
To, co się stało, było teraz zmienione, Korsibar został wymazany z pamięci, jakby nigdy go nie było, a Prestimion stał się Lordem Prestimionem i powracał w chwale do miejsca, które opuścił we wstydzie i upokorzeniu. Nikt, poza Gialaurysem i Septachem Melaynem, nie wiedział o ponurych wydarzeniach, które miały miejsce w podziemnej metropolii po śmierci Pontifexa Prankipina. Ale dla Prestimiona Labirynt był pełen bolesnych wspomnień. Gdyby mógł uniknąć tej podróży, zrobiłby to. Nie chciał oglądać Labiryntu przed dniem, kiedy Confalume umrze i on sam będzie musiał przyjąć tytuł Pontifexa — oby dzień ten nastąpił jak najpóźniej!