Nie dało się jednak wiecznie unikać Labiryntu. Nowy Koronal musiał wkrótce po objęciu rządów stanąć przed Pontifexem, od którego otrzymał tron.
Dlatego tu był.
Confalume czekał na niego.
— Mam nadzieję, że miałeś przyjemną podróż?
— Przez całą drogę pogoda nam dopisywała, wasza wysokość — powiedział Prestimion. — Dobra bryza pchała nas na południe w dół Glayge.
Było już po wstępnych formalnościach, uściskach i ucztach i teraz mogli spokojnie porozmawiać sam na sam, Pontifex i Koronal, cesarz i król, nominalny ojciec i adoptowany syn.
Aby się tu dostać, Prestimion udał się drogą wodną, zwyczajowo wybieraną przez pana Zamku odwiedzającego Labirynt. Podróżowali na królewskim okręcie w dół bystrej, szerokiej rzeki Glayge, która brała swój początek u podnóża Góry i płynęła na południe poprzez jedne z najżyźniejszych prowincji Alhanroelu aż do stolicy imperium. Wzdłuż jej brzegów zebrała się ludność, by wiwatować na cześć przepływającego Koronala. Byli w Storp i Mitripond, w Nirnivanie i Wodospadach Stangrad, w Makroposopos i Pendwane, w niezliczonych miastach przy brzegach jeziora Roghoiz i w miastach nad Niższą Glayge za jeziorem: w Palaghat i Terabessie i Grewin i we wszystkich innych. Kilka lat wcześniej Prestimion przebył tę trasę w drugą stronę, gdy wracał z Labiryntu na Zamek po uzurpacji. Była to bardzo ponura podróż, w każdym porcie w twarz śmiało mu się wymalowane na flagach oblicze nowego Lorda Korsibara. Ale to było wtedy, a teraz w każdym mijanym mieście słyszał tylko okrzyki „Prestimion! Prestimion! Chwała Lordowi Prestimionowi!”.
Do Labiryntu prowadziło siedem wejść, a Koronalowie używali Bramy Wód. Rzeka Glayge opływała w tym miejscu wysoki, brązowy kopiec, który był jedyną częścią Labiryntu widoczną nad ziemią. Prestimion wiedział, że tutaj musi zostawić za sobą słodką bryzę i łagodne, zielonozłote światło słońca i wkroczyć w tajemniczą, wieczną noc podziemnego miasta, w złowrogie sploty prowadzących wciąż w dół, gęsto zaludnionych poziomów, do hermetycznego, jakby pozbawionego powietrza królestwa pod ziemią, które było domem Pontifexa.
Zamaskowani urzędnicy Pontyfikatu czekali przy wejściu, by go powitać, a przewodził im pompatyczny, białowłosy kuzyn Prestimiona, Oljebbin ze Stoienzar, świeżo podniesiony do godności Wysokiego Rzecznika Pontifexa. Szybka winda, przeznaczona do wyłącznego użytku Potęg Królestwa, zabrała Prestimiona w dół. Mijał okrągłe poziomy, na których żyły miliony mieszkańców Labiryntu; zarówno tych, którzy służyli Pontyfikatowi, jak i trudniących się skromnymi zajęciami typowymi dla każdego miasta. Zjeżdżał niżej, na poziomy, gdzie znajdowały się sławne cuda architektury Labiryntu, jak Sadzawka Snów, tajemnicza Sala Wichrów, niesamowity Dziedziniec Piramid, Miejsce Masek, niewyjaśniona pusta przestrzeń zwana Areną i wiele innych. Z zapierającą dech w piersiach prędkością dotarł do sektora imperialnego i do Pontifexa, który natychmiast odprawił z pokoju całą swoją świtę, nawet Oljebbina. Prestimion miał rozmawiać z Confalumem bez świadków.
Confalume, który przed nim stał, nie był Confalumem, którego Prestimion się spodziewał.
Obawiał się, że spotka się ze słabym, zniszczonym wrakiem człowieka, smutną i nędzną pozostałością wielkiego Confalume’a z dawnych czasów. Początek jego załamania widać było już przy ich ostatnim spotkaniu. Confalume, z którym odbył bezowocną, przygnębiającą rozmowę w ponurym czasie po szokującym przejęciu władzy przez Korsibara, ten człowiek, który płakał, trząsł się i rozpaczliwie błagał, by zostawić go w spokoju był zaledwie cieniem dawnego Confalume’a, którego rządy były nieprzerwanym pasmem sukcesów.
Chociaż wymazanie wspomnień o uzurpacji i wojnie domowej oszczędziło Confalume’owi cierpienia wywołanego postępkami jego syna, nie było powodu, by sądzić, że kiedykolwiek wyleczy się z ran, jakie zadano jego duszy. Nawet podczas koronacji Prestimiona, kiedy cała historia z Korsibarem już została zapomniana, Confalume był niemal pustą skorupą. Zachował siłę fizyczną, ale jego umysł był zmącony, nawiedzały go duchy, których nie mógł rozpoznać. Z tego, co mówił Septach Melayn po rozmowie z delegatem Volgazem Sarem, Pontifex wciąż był głęboko niespokojny, zagubiony i w depresji, nękany bezsennością i otoczony rozpaczą niczym trującą chmurą.
Prestimion podejrzewał, że nic nie pozostało ze starego Confalume’a i spotka słabego, trzęsącego się, stojącego nad grobem starca. Strasznie było myśleć, że być może przed Confalumem pozostało niewiele życia, bo Prestimion dopiero co rozpoczął swoje rządy. Nie był wcale przygotowany na przedwczesne wyrwanie z Zamku i zamknięcie w ciemnej jamie, jaką był Labirynt, choć wiedział, że grozi to każdemu Koronalowi, wstępującemu na tron po kimś, kto rządził tak długo, jak Confalume.
W Sali Tronowej o ścianach z czarnego kamienia, wznoszących się wysoko do ostrołukowego sklepienia, tej samej, w której Korsibar przeprowadził swój zamach i w której Pontifex z Koronalem mieli siedzieć obok siebie na podwyższeniu, Prestimion stanął oko w oko z odrodzonym i odnowionym Confalumem. Wyglądał dokładnie tak krzepko i mocno jak Prestimion pamiętał z dawnych dni. Stał żwawy i wyprostowany w szkarłatnoczarnych szatach Pontifexa, w jednej klapie lśniła mu miniaturowa replika ozdobnej pontyfikalnej tiary, w drugiej mała, złota rohilla, amulet astrologiczny, który tak lubił nosić. Nic w jego osobie nie zdawało się zwiastować rychłej śmierci. Kiedy padli sobie w objęcia, nie dało się nie być pod wrażeniem siły tego starca.
Confalume był na powrót sobą, wyraźnie odmłodniał. Zawsze był człowiekiem dużej fizycznej siły, niewysokim, ale potężnie zbudowanym, o uważnych, szarych oczach i grzywie kasztanowych włosów, które zachowały kolor mimo upływu lat. Przy każdym zebraniu na Zamku dawny Lord Confalume automatycznie stawał się centrum uwagi, nie tylko dlatego, że był Koronalem, ale ponieważ emanował osobliwym magnetyzmem, wewnętrzną siłą przyciągania, która sprawiała, że trzeba się było do niego odwracać. Widać teraz było wyraźnie, że z tamtego Confalume’a niemało jeszcze zostało. Ta jego wrodzona siła pozwoliła mu przetrwać kryzys. Dobrze, pomyślał Prestimion. Czuł, jak zalewa go fala ogromnej ulgi. Zarazem jednak zrozumiał, że nie będzie miał do czynienia z załamanym, zmęczonym staruszkiem, któremu mógł powiedzieć wszystko, co uznałby za użyteczne, lecz z człowiekiem, który przeżył ponad czterdzieści lat na tronie Koronala i kto lepiej niż ktokolwiek na świecie znał się na trzymaniu władzy.
— Dobrze wyglądasz, wasza wysokość. Wyjątkowo dobrze.
— Ty zaś wyglądasz na zaskoczonego, Prestimionie.
— Słyszałem plotki o twym złym nastroju, o niepokoju, kłopotach ze snem…
— Pff! Plotki, nic więcej. Bajki. Miałem może ciężkie chwile na początku. Kiedy przybyło się z Zamku, by żyć tutaj, konieczny jest czas, by się przystosować. Nie będę udawał, że to łatwe. Ale wszystko mija i zaczynasz czuć się tu jak w domu.
— Tak więc się czujesz?
— Tak. I powinno cię to pocieszać. Nie było jeszcze Koronala, którego nie mierziłaby świadomość faktu, że kiedyś będzie musiał usunąć się do Labiryntu. I nic dziwnego. Codziennie budzić się na Zamku, widzieć wokół nieskończone przestrzenie, móc zejść z Góry kiedy się chce i pojechać, gdzie dusza zapragnie, do Alaisor czy Embolain czy Ketheronu jeśli wola, albo nawet do Pidruid albo Narabalu… Wszystko to ze świadomością, że pewnego dnia stary cesarz obudzi się martwy i kiedy to się stanie, przyjdą po ciebie i wpakują na statek w dół Glayge, pokażą palcami miejsce dziewięć mil pod ziemią i powiedzą: „Oto twój nowy dom, Lordzie taki a taki” — Pontifex uśmiechnął się. — No, ale uwierz mi, tu nie jest aż tak strasznie. Jest inaczej. Można wypocząć.