— Wypocząć? — to słowo w żaden sposób nie pasowało do miejsca pozbawionego słońca i radości.
— Och, tak. Jest coś w tym odosobnieniu, spokojnym, cichym. Nikt nawet nie może odezwać się wprost do ciebie, poza twoim rzecznikiem i Koronalem. Żadnych przeklętych petentów, wiszących u twojego rękawa, żadnych tłumów ambitnych paniczyków, biegających za tobą w nadziei na zaszczyty, żadnych niewygodnych wypraw przez tysiące mil tylko dlatego, że Rada postanowiła, że musisz pokazać się w jakiejś odległej prowincji. Nie, Prestimionie, po prostu siedzisz sobie tutaj, w przytulnym podziemnym pałacu, znoszą ci dokumenty do przeczytania, a ty tylko rzucasz na nie okiem i mówisz tak lub nie lub może, a wtedy zabierają je i nie musisz już o nich myśleć. Jesteś młody i pełen życia, nie możesz więc zrozumieć zalet zamknięcia w Labiryncie. Przyznaję, trzydzieści lat temu też tak myślałem. Przekonasz się. Pobądź Koronalem przez czterdzieści z okładem lat, jak ja, a przysięgam ci, będziesz gotów zejść do Labiryntu i przyjmiesz to bez żalu.
Czterdzieści lat bycia Koronalem? Prestimion wiedział, że to niemożliwe. Confalume miał już ponad siedemdziesiąt lat. Nowy Koronal mógł w najlepszym wypadku liczyć na jakąś dekadę rządów, później sam zostanie Pontifexem. Jednak Confalume sprawiał wrażenie, jakby mówił szczerze i to było pocieszające.
— Nie wątpię, że wszystko, co mówisz mi o życiu w Labiryncie jest samą prawdą — powiedział Prestimion z uśmiechem. — Wolałbym mimo to poczekać czterdzieści lat, zanim się przekonam.
Confalume wyglądał na zadowolonego. Prestimion zrozumiał, że powrót Pontifexa do dawnej siły nie był pozorem ani iluzją. Confalume wyglądał na odmłodniałego, aż kipiał energią, wyraźnie miał zamiar długo pozostać w swoim nowym domu.
Własnoręcznie nalał im wina do kielichów. Choć raz nigdzie w pobliżu nie krążyli przesadnie uniżeni słudzy. Potem odwrócił się do Prestimiona i powiedział:
— A ty? Nie przytłaczają cię nowe obowiązki?
— Na razie daję sobie radę, wasza wysokość, chociaż byłem bardzo zajęty.
— Nie wątpię, że tak było. Dostawałem od ciebie tak mało wiadomości. Nie dajesz mi cienia informacji o wydarzeniach w królestwie, a to niedobrze.
Powiedział to lekko, ale pod gładkością słów kryły się nagie ostrza. Odpowiedź Prestimiona była tym razem ostrożna.
— Zdaję sobie sprawę, panie, że zaniedbałem informowanie cię. Musiałem naraz zająć się wieloma problemami i chciałem móc przedstawić ci wyniki moich starań.
— Problemy? Na przykład? — zapytał Pontifex.
— Na przykład Dantirya Sambail.
— Tak, przeklęty prokurator. Ale on chyba tylko szczeka, a nie gryzie, prawda? Co też wymyślił?
— Planuje, jak się wydaje, stworzyć sobie odrębne królestwo w Zimroelu.
Ręka Confalume’a, jakby obdarzona własnym życiem, skoczyła do rohilli na piersi i potarła ją przeciwnie do ruchu wskazówek zegara. Pontifex zagapił się na Prestimiona z niedowierzaniem.
— Mówisz poważnie? On to planuje? Gdzie teraz jest? Czemu ja nic o tym nie wiem?
Prestimion poruszył się na krześle, zakłopotany. Wkraczali na niebezpieczny teren.
— Zwlekałem, panie, aż będę mógł osobiście wypytać prokuratora o jego intencje. Przez jakiś czas przebywał na Zamku — to akurat była prawda — po czym wyjechał, ponoć na wschód.
— Czemu miałby tam jechać?
— Kto wie, dlaczego Dantirya Sambail robi to czy tamto? W każdym razie, zebrałem ludzi i wyruszyłem za nim.
— Tak — powiedział kwaśno Pontifex — wiem o tym. Mogłeś mnie poinformować.
— Wybacz, panie, widzę, że zaniedbałem wiele spraw. Założyłem jednak, że twoi urzędnicy poinformują cię, że opuściłem Zamek.
— I tak uczynili… Wygląda na to, że Dantirya Sambail umknął ci na wschodzie.
— Znajduje się teraz w południowym Alhanroelu i, jak sądzę, zamierza popłynąć statkiem do domu. Kiedy stąd wyjadę, udam się do Aruachozji i spróbuję go odnaleźć. — Prestimion zawahał się. — Wielki Admirał zablokował porty.
Zdumienie biło z oczu Confalume’a.
— Próbujesz mi więc powiedzieć, że uważasz najpotężniejszego poza tobą i mną człowieka na świecie za zagrożenie dla bezpieczeństwa królestwa? Dobrze cię zrozumiałem? I że udało mu się zniweczyć twoje próby aresztowania go. I jest zbiegiem biegającym po Alhanroelu w poszukiwaniu drogi przez morze. Co my tu mamy, Prestimionie, zarzewie wojny domowej? Dlaczego? Czemu prokurator miałby tak nagle chcieć stworzyć niezawisłe królestwo? Przez lata był zadowolony z obecnego podziału władzy. Czy chodzi o to, że uważa władzę za słabą i czuje, że może działać? Na Boginię, nie uda mu się to! Jesteś jego krewniakiem, Prestimionie. Jak on śmie podnosić rękę na własną rodzinę?
Już raz podniósł, pomyślał Prestimion, i wywołał walki toczone olbrzymim kosztem. Świat nigdy nie będzie już taki sam przez niego. Nie mógł jednak o tym mówić, a tymczasem twarz Confalume’a niebezpiecznie poczerwieniała z wściekłości.
Prestimion spokojnie powiedział:
— Te plotki mogą być przesadzone, panie. Muszę znaleźć prokuratora i osobiście odkryć, czy uważa swoją obecną pozycję za nie dość wysoką. Jeśli tak jest, zapewniam cię, że przekonam go, że się myli, Nie dopuszczę do wojny domowej.
Pontifex zdawał się być usatysfakcjonowany tą odpowiedzią. Na moment zajął się swoim winem, po czym zaczął szybko wypytywać Prestimiona o inne kwestie dotyczące rządów, sprawnie poruszając się między tematami. Rozmawiali o odbudowie tamy na rzece Iyann, problemie słabych zbiorów w Stymphinorze i dolinie Jhelum, o zastanawiających doniesieniach o wybuchach szaleństwa w wielu miastach. Jasne było, że Confalume nie jest słabym, niedoinformowanym pustelnikiem, schowanym w ciemnych zakamarkach Labiryntu i przeczekującym ostatnie lata życia. Wyraźnie zamierzał być aktywnym i prężnym Pontifexem, silnym cesarzem, któremu Koronal podlegałby jako zaledwie król. Nawet pomimo braku szczegółowych sprawozdań od Prestimiona, udało mu się być na bieżąco z większością wydarzeń na świecie. Może nawet wiedział więcej, niż teraz mówił. Powszechnie było wiadomo, że Confalume’a u szczytu jego możliwości niebezpiecznie było nie doceniać, a Prestimion czuł, że nie wolno tego robić nawet teraz.
Ich spotkanie okazało się długie, nie krótkie i zdawkowe, jak liczył Prestimion. Odpowiadał na pytania bardzo szczegółowo, ale z najwyższą uwagą dobierał słowa. Ciężko było tłumaczyć Confalume’owi swoje plany rozwiązania problemów bez zdradzenia, skąd pojawiły się one w ich harmonijnym i radosnym świecie.
Choćby zniszczenie tamy Mavestoi. Dokonał tego rodzony syn Confalume’a, Korsibar, za podszeptem Dantiryi Sambaila i była to jedna z największych tragedii wojny domowej. Ale jak wytłumaczyć to Confalume’owi, który nie pamiętał nawet Korsibara, o wojnie nie wspominając? W dolinie Jhelum i w Stymphinorze panował głód, ponieważ stoczono tam wielkie bitwy, zaopatrywano tysiące żołnierzy, którzy zjedli co było w spichrzach i stratowali pola. Nikt nie pamiętał o bitwach, ale ich konsekwencje pozostały. A szaleństwo? Istniała wszakże duża szansa, że spowodowane było ono magią, przyzwaną przez Heszmona Gorse’a na rozkaz samego Prestimiona! Żeby spróbować to wyjaśnić, trzeba by mówić o wojnie, o jej krwawym zakończeniu, wreszcie o decyzji Prestimiona wymazania wszystkiego z pamięci miliardów ludzi, która teraz nawet jemu zdawała się pochopna.