Выбрать главу

Poczuł w sobie głębokie pragnienie, by tu i teraz wyznać Confalume’owi prawdę, by podzielić się z nim tym strasznym brzemieniem, żeby zdać się na jego łaskę i mądrość. Ale była to pokusa, której nie odważył się ulec.

Musiał jakoś odpowiadać na pytania Pontifexa, nie chciał wydać się niekompetentnym w oczach człowieka, który wybrał go na swojego następcę. O wielu rzeczach nie mógł jednak wspomnieć. Aż za często zdawało mu się, że na pytania Confalume’a może odpowiedzieć tylko albo bezczelnym kłamstwem, czego najszczerzej chciał uniknąć, albo zdradzając mu tajemnicę.

W jakiś sposób, posługując się półprawdami i niedomówieniami, udało się Prestimionowi wybrnąć z labiryntu pytań, stawianych przez Pontifexa, nie mówiąc o rzeczach, o których mówić nie mógł i nie uciekając się do naprawdę haniebnych oszustw. Wyglądało na to, że Confalume przyjmował wszystko, co mu mówiono, za dobrą monetę.

Na to w każdym razie liczył Prestimion. Poczuł ogromną ulgę, kiedy spotkanie zaczęło dobiegać końca i mógł zostawić starszego władcę nie powodując więcej niezręczności.

— Następnym razem nie każesz tyle na siebie czekać, prawda? — spytał Confalume, wstając, opierając dłonie na ramionach Prestimiona i patrząc mu prosto w oczy. — Wiesz, jak cieszę się, kiedy cię widzę, mój synu.

Prestimion uśmiechnął się słysząc te słowa i ciepły ton Pontifexa, ale zarazem poczuł ból. Confalume mówił dalej:

— Tak, powiedziałem „mój synu”. Zawsze chciałem mieć syna, ale Bogini mi go nie dała. Teraz go mam, przynajmniej w jakimś sensie. Bowiem w obliczu prawa Koronal jest adoptowanym synem Pontifexa, oczywiście. Jesteś przeto moim synem, Prestimionie. Jesteś moim synem!

Była to niezręczna, wręcz bolesna chwila. Bogini zesłała Confalume’owi syna, ale był to Korsibar, który nigdy nie istniał.

Najgorsze miało jeszcze nastąpić.

Wtedy właśnie, kiedy Prestimion powoli przemieszczał się w stronę drzwi, Confalume rzekł:

— Powinieneś się ożenić, Prestimionie. Koronal potrzebuje pomocy w swoich trudach. Może ja nie żyłem najlepiej z moją Roxivail, ale skąd mogłem wiedzieć, jaka jest próżna i płytka? Ty poradzisz sobie lepiej. Na pewno gdzieś jest kobieta, która będzie dla ciebie godną małżonką.

Jeszcze raz przed oczami Prestimiona pojawił się obraz Thismet wywołując ból, który towarzyszył każdej myśli o niej.

Tak, Thismet. Confalume nigdy nie dowiedział się o spóźnionym uczuciu, które połączyło Thismet i Prestimiona na polach bitew w zachodnim Alhanroelu.

Jakie to miało teraz znaczenie? Prestimion mógłby poślubić córkę Confalume’a pomimo nominalnej adopcji. Ale Confalume nie miał córki. Jej imię zostało wymazane z kart historii. Krótki i prędko zakończony związek z Thismet był kolejną sprawą, o której Prestimion nie mógł mówić. Teraz była Varaile, choć wciąż byli sobie obcy. Prestimion nie wiedział, czy kiedykolwiek spełni obietnicę, daną jej przy pierwszym spotkaniu. Poza tym w dziwny sposób nie chciał w ogóle wspominać Confalume’owi o Varaile z innego powodu. Zrozumiał, że czuł jakąś perwersyjną i zupełnie idiotyczną wierność pamięci jego zamordowanej córki, o której istnieniu Confalume nie miał nawet pojęcia.

Uśmiechnął się tylko i powiedział:

— Jest na pewno i obym ją kiedyś odnalazł, a kiedy to się stanie, możesz być pewien, poślubię ją szybko. Ale nie rozmawiajmy już o tym, dobrze, ojcze? — po czym zasalutował i spieszne wyszedł.

7

Dekkeret oczywiście uczył się o Ni-moya jeszcze w szkole, ale lekcja geografii nie była w stanie nikogo przygotować na spotkanie z rzeczywistością największego miasta Zimroelu.

Któżby uwierzył, że na mniejszym kontynencie może znajdować się tak wspaniałe miasto? Z wiedzy Dekkereta wynikało, że Zimroel jest przede wszystkim rozwijającą się dopiero krainą lasów, dżungli i olbrzymich rzek, że większość jego centrum porasta nieprzenikniona puszcza, do której Stiamot wygnał Metamorfów i która pozostawała ich głównym skupiskiem. Były w Zimroelu jakieś miasta — Narabal, Pidruid, Piliplok i inne — ale Dekkeret sądził, że będą to błotniste dziury na końcu świata zamieszkane przez tłumy nieokrzesanych kmiotków. O Ni-moya, stolicy kontynentu, słyszało się wprawdzie, że ma imponującą populację, jakieś piętnaście czy dwadzieścia milionów, ale wiele miejsc Alhanroelu osiągnęło tę liczbę mieszkańców setki lat temu. Czemu podniecać się rozmiarami Ni-moya, skoro Alaisor i Stee i pół tuzina innych miast starego kontynentu było równie wielkie, jeśli nie większe? Poza tym sam rozmiar nie świadczył jeszcze o wspaniałości. Można było upchnąć dwadzieścia milionów ludzi w jednym miejscu, albo i pięćdziesiąt, jeśli kto chciał, ale uzyskać tylko olbrzymią, zapuszczoną miejską dżunglę, hałaśliwą, chaotyczną i niemal nie do zniesienia dla kogokolwiek cywilizowanego przez dłużej niż pół dnia. Tego właśnie spodziewał się Dekkeret po celu swojej podróży.

On i Akbalik wypłynęli z Alaisor, portu, z którego zazwyczaj wyruszali podróżujący z centrum Alhanroelu na zachodni kontynent. Po nieciekawej, choć pozornie niekończącej się podróży, wylądowali w Piliploku na wschodnim wybrzeżu Zimroelu.

Miasto to okazało się być w każdym calu takie, jak wyobrażał sobie Dekkeret. Słyszał, że Piliplok jest brzydki i taki był faktycznie, zaprojektowany ciężko i surowo. Ludzie często mówili, że rodzinne miasto Dekkereta, Normork, było ciemne i ponure i tylko ktoś tam urodzony mógł je pokochać. Dekkeret, który lubił wygląd Normork, nigdy wcześniej nie rozumiał tych słów krytyki. Aż do teraz. Kto mógłby pokochać Piliplok, poza ludźmi tam urodzonymi, dla których ciężki i surowy wygląd miasta stanowił wyznacznik piękna?

Na pewno jednak Piliplok nie był błotnistą dziurą na końcu świata. No, może na końcu świata, ale nie dziurą i nie błotnistą. Całe miasto było brukowane do ostatniego skrawka, stanowiło ohydną metropolię z kamienia i betonu, i trudno tu było dostrzec choć jedno drzewo czy krzaczek. Zaprojektowano je z matematyczną, wręcz obsesyjną precyzją: jedenaście idealnie prostych szprych rozchodziło się od wspaniałego, naturalnego portu nad Morzem Wewnętrznym, a wygięte ulice przecinały te szprychy niepokojąco równiutkimi rzędami. Każda dzielnica, czy to handlowa blisko morza, czy położona dalej przemysłowa, czy liczne strefy mieszkalne i wypoczynkowe, wszystkie były utrzymane w jednakowym stylu architektonicznym, jakby nakazywało to prawo, a same budynki, niezgrabne i ciężkie, nie przypadły Dekkeretowi do gustu. W porównaniu z Piliplok Normork było przestronnym rajem.

Ich pobyt tu miał być, na szczęście, krótki. Piliplok było nie tylko głównym portem dla statków kursujących pomiędzy Alhanroelem i Zimroelem i dla floty łowców morskich smoków, którzy przemierzali wody Morza Wewnętrznego w pogoni za gigantycznymi, morskimi ssakami, cenionymi za mięso, lecz także miejscem, gdzie Zimr, największa ze wszystkich rzek Majipooru, wpadała do morza po siedmiu tysiącach mil podróży przez Zimroel. Położenie przy ujściu tej wielkiej rzeki czyniło z niego bramę w głąb kontynentu.

Akbalik wykupił im podróż jedną z wielkich łodzi rzecznych, które przemierzały Zimr pomiędzy Piliplokiem a źródłami Zimru w Rozpadlinie Dulorn w północno-zachodnim Zimroelu. Łódź była ogromna, dużo większa niż statek, którym podróżowali przez Morze Wewnętrzne. Statki oceaniczne, proste i solidne, projektuje się tak, by wytrzymały tysiące mil na otwartym morzu, podczas gdy łódź rzeczna jest niezdarna, skomplikowana i przypomina raczej pływającą wioskę.