Выбрать главу

W istocie była to szeroka, niska, właściwie prostokątna platforma. Pod jej pokładem znajdowały się ładownie, sterownie i jadalnie, na pokładzie kwadratowy dziedziniec, otoczony namiotami, sklepikami i namiotami do gier, a na rufie mieściła się skomplikowana, wielopiętrowa budowla, w której mieszkali pasażerowie. Łódź udekorowana była ozdobnie i fantazyjnie, nad mostkiem szkarłatny, zębaty łuk, na dziobie groteskowe, zielone galiony z pomalowanymi na żółto rogami, a zewsząd masa ekscentrycznych, ozdobnych drewnianych elementów, wymyślna plątanina przypór, ślimaków i rozpórek.

Dekkeret w zadziwieniu przyglądał się swoim współpasażerom. Większość z nich stanowili oczywiście ludzie, ale byli tu też liczni Hjortowie, Skandarzy i Vroonowie, kilku Su-Suherisów w prześwitujących szatach i paru łuskowatych Ghayrogów, którzy wyglądali jak gady, choć byli ssakami. Dekkeret zastanawiał się, czy zobaczy też Metamorfów i nawet spytał o to Akbalika, ten jednak odparł, że nie, że Zmiennokształtni rzadko opuszczali swój rezerwat w głębi lądu, choć mieli do tego prawo i od dawna już nie znajdowali się pod obserwacją. Dodał też, że jeśli Metamorfowie w ogóle przebywali na pokładzie, zapewne przybrali jakąś inną formę, by uniknąć nieprzyjaznych reakcji, które zazwyczaj wywoływali.

Zimr w Piliploku był ciemny od szlamu, który podczas swej długiej podróży na wschód wymywał z koryta, tam zaś, gdzie uchodził do morza, miał około siedemdziesięciu mil szerokości, nie przypominał więc rzeki, a raczej gigantyczne jezioro, zalewające dużą część wybrzeża. Sam Piliplok zajmował rozległy cypel na południowym brzegu rzeki. Gdy wyruszali, Dekkeret ledwo widział zarys niezamieszkanego, północnego brzegu, choć odcinał się on od rzeki potężnym klifem z białej kredy, wysokim na milę i na wiele mil długim, świetlistym w blasku słońca. Kiedy wypłynęli z Piliploku w górę rzeki, Zimr zwężał się nieco i zaczynał bardziej przypominać zwykłą rzekę, choć nigdy nie stawał się prawdziwie wąski.

Dla Dekkereta była to podróż do innego świata. Spędzał całe dnie na pokładzie, wpatrując się w okrągłe, płowe wzgórza i ruchliwe miasteczka z obu stron rzeki, których nazw nigdy wcześniej nie słyszał: Port Saikforge, Stenswamp, Campilthorn, Vem. Gęstość zaludnienia wzdłuż brzegów rzeki go zadziwiała. Łódź rzadko płynęła nieprzerwanie przez dłużej niż dwie, trzy godziny, wciąż zatrzymywała się w kolejnych portach, by wysadzać pasażerów i przyjmować nowych, wyładowywać i ładować towar. Przez jakiś czas Dekkeret zapisywał nazwy tych portów w swoim notesie — Dambemuir, Orgeliuse, Impemond, Haunfort Większe, Salvamot, Dolina Obliorn — aż zdał sobie sprawę, że jeśli dalej będzie to robił, to przed dotarciem do Ni-moya skończy mu się miejsce na notatki. Zadowalał się więc staniem przy burcie i patrzeniem, chłonięciem wciąż zmieniających się widoków. Po pewnym czasie wszystkie zlały się w jedno, obcy krajobraz zaczął wyglądać znajomo i Dekkeret przestał czuć przytłaczającą obcość. Ale kiedy śnił, często były to sny, w których leciał przez niekończącą się kosmiczną noc, z łatwością poruszając się między gwiazdami.

* * *

Podczas podróży miały miejsce dwa niepokojące zdarzenia, obydwa w ciągu zaledwie kilku dni od opuszczenia Piliploku. Jedno było komiczne, drugie tragiczne.

Pierwsze związane było z rudowłosym mężczyzną o kilka zaledwie lat starszym od Dekkereta, który większość czasu spędzał wałęsając się po pokładzie, mamrocząc do siebie, chichocząc bez powodu i wskazując palcem pustą przestrzeń, jakby miała ona jakieś tajemnicze znaczenie. Dekkeret miał go za nieszkodliwego wariata i przypomniał sobie innego szaleńca, nie tak nieszkodliwego, który zabił jego ukochaną kuzynkę Sithelle podczas wariackiej próby zamordowania Koronala. Postanowił trzymać się z dala od rudzielca. Aż do chwili, kiedy trzeciego dnia Dekkeret stał przy relingu prawej burty i patrzył na mijane miasteczka, i nagle usłyszał dochodzący z lewej obłąkańczy śmiech — czy może wariackie wrzaski, nie był tego pewien. Odwrócił się i ujrzał, że rudowłosy mężczyzna wymachując rękoma przebiega przez dolny, główny pokład, wbiega po schodach na górny, przez chwilę zatrzymuje się na krawędzi balkonu widokowego i, krztusząc się serią groteskowych chichotów i rechotów, rzuca się do rzeki. W wodzie zaczął miotać się jak w maniakalnym szale.

Natychmiast rozległ się krzyk: „człowiek za burtą!” łódź zatrzymała się, a dwóch członków załogi wypłynęło szalupą i bez trudu wyciągnęło bezradnego szaleńca z wody. Wnieśli go na łódź, ociekającego wodą i z pianą na ustach i zabrali go pod pokład. Wtedy to Dekkeret widział go po raz ostatni, aż do momentu, kiedy dzień później przybili do nabrzeża w miasteczku zwanym Kraibledene, gdzie rudowłosego wysadzono na brzeg i, jak się zdawało, oddano miejscowym władzom.

Dzień później wydarzyła się rzecz jeszcze dziwniejsza. Wczesnym popołudniem, w pogodny, ciepły dzień, gdy łódź płynęła przez niezamieszkane tereny, wychudzony, surowo wyglądający mężczyzna w sztywnych, ozdobnych szatach zszedł z pokładu pasażerskiego, niosąc dużą i wyraźnie ciężką walizę. Ustawił ją na wolnej przestrzeni głównego pokładu, otworzył i zaczął wydobywać dziwnie wyglądające instrumenty i przyrządy, które następnie układał z wielką dbałością w półkolu przed sobą.

Dekkeret szturchnął Akbalika.

— Spójrz na te dziwy! To ekwipunek czarodzieja, prawda?

— Na oko tak. Ciekawe, czy zamierza rzucić jakiś czar na naszych oczach.

Dekkeret nie znał się na magii i za nią nie przepadał. Przejawy rzeczy nadnaturalnych i nieracjonalnych sprawiały, że czuł się niepewnie.

— Jak myślisz, powinniśmy się tym przejmować?

— Zależy, jaki to miałby być czar — Akbalik wzruszył ramionami. — Ale może planuje tylko urządzić wyprzedaż dla magów amatorów. Cały ten sprzęt nie może służyć do rzucenia jednego czaru — to powiedziawszy, zaczął pokazywać Dekkeretowi poszczególne przyrządy. Trójkątne, kamienne naczynie zwało się veralistią, służyło za tygiel, w którym spalano proszki, pozwalające widzieć przyszłość. Skomplikowane urządzenie z metalowych zwojów i słupków to astrolabium, które pokazywało pozycję planet i gwiazd, umożliwiając stawianie horoskopów. Przedmiot z plecionych ptasich piór i zwierzęcego futra, którego nazwy Akbalik nie pamiętał, ułatwiał rozmowy z duchami zmarłych. Obok niego stał zestaw kryształowych soczewek i złotego drutu, zwany podromis, a służący magom do przywracania mężczyznom wigoru.

— Sprawiasz wrażenie eksperta — powiedział Dekkeret. — Rozumiem, że miałeś styczność z tymi wszystkimi przedmiotami?

— Bynajmniej. Nieczęsto konwersuję z duchami zmarłych i nie miałem nigdy potrzeby korzystać z podromisu. Ale w dzisiejszych czasach słyszysz o tym, gdziekolwiek się obrócisz. Spójrz, ma tego więcej! Ciekaw jestem, do czego to służy… I to coś z kółkami i tłokami!

Waliza została wreszcie opróżniona. Wokół mężczyzny zgromadziła się spora grupka gapiów. Dekkeret sądził, że po łodzi rozeszła się wiadomość, że zaraz nastąpi jakiś pokaz magii. To zawsze przyciągało tłumy.

Wychudzony mag — nie było wątpliwości, że był magiem — nie zwracał uwagi na publikę. Siedział ze skrzyżowanymi nogami naprzeciw półkola dziwacznych aparatów i sprawiał wrażenie, że przebywa na innym poziomie świadomości. Oczy miał półprzymknięte i rytmicznie kiwał głową na boki.