Выбрать главу

Nagle wstał gwałtownie. Podniósł nogę i z dziką siłą nadepnął na delikatny przyrząd, który Akbalik nazwał podromisem. Zmiażdżył go, po czym zajął się deptaniem astrolabium, potem urządzenia z kółkami i tłokami, potem stojącej tuż obok małej, delikatnej maszyny z połączonych metalowych trójkątów. Gapie aż westchnęli z zadziwienia i szoku. Dekkeret zastanawiał się, czy niszczenie takich przedmiotów było bluźnierstwem i czy takie zachowanie mogło sprowadzić zemstę duchów. O ile duchy istnieją, dodał w myślach.

Mag systematycznie zniszczył prawie wszystkie swoje czarodziejskie przyrządy. Potem złapał te, których nie mógł rozbić, i wyrzucił je za burtę. W końcu spokojnie, z determinacją podszedł do relingu, przeskoczył go jednym, płynnym ruchem i spadł do rzeki.

Tym razem nie było mowy o ratunku. Mężczyzna zatonął natychmiast, jakby miał kieszenie wypełnione kamieniami. Kolejny raz zatrzymano łódź i spuszczono szalupę, ale tym razem nie odnaleziono ani śladu po pasażerze i po chwili jej obsada wróciła z ponurymi minami, by zdać sprawę ze swej porażki.

— Szaleństwo jest wszędzie — powiedział Akbalik, drżąc. — Świat staje się bardzo dziwny, chłopcze.

Po tych wydarzeniach, członkowie załogi przez cały czas patrolowali pokład dwójkami, by zapobiec podobnym incydentom. Nic się jednak nie wydarzyło.

Tamte dwa zdarzenia pozostawiły Dekkereta w ponurym, refleksyjnym nastroju. Przez wiele miesięcy usiłował stłumić wspomnienie strasznej, niezrozumiałej śmierci Sithelle, ale teraz nie mógł go dłużej wypierać, zalewało jego umysł pełnią swojej okropności. Ten szalonooki wariat… te wściekłe, niezrozumiałe okrzyki szału… Sithelle stawiająca krok naprzód… lśniące ostrze… nagła, przerażająca struga krwi…

A teraz chichoczący, podobny do klauna człowiek wyskakuje za burtę na środku rzeki, potem mag, który najwyraźniej przekroczył kres swojej wytrzymałości. Czy to nagłe, nieodparte szaleństwo, kompletna i niepohamowana utrata rozumu, mogły przytrafić się każdemu, w każdej chwili? Czy mogły przytrafić się nawet jemu? Dekkeret z niepokojem przepatrywał swój umysł w poszukiwaniu ziaren szaleństwa. Nie było ich tam, a przynajmniej nie potrafił ich znaleźć. Wróciła mu zwykła pogoda ducha i znów zajął się obserwacją mijanych miasteczek bez lęku, że nagle ogarnie go przemożna chęć rzucenia się za burtę.

* * *

Był zupełnie nieprzygotowany na wspaniałości Ni-moya, które pojawiły się nagle przed nim.

Od kilku dni rzeka stawała się coraz szersza. Dekkeret wiedział, że na południe od miasta do Zimru wpada druga wielka rzeka, Steiche, wypływająca z kraju Metamorfów i że w miejscu, gdzie rzeki się łączyły, powstanie ciek dużo szerszy od każdej z nich. Nie spodziewał się jednak, że wody rozleją się aż tak szeroko. Ujście Zimru w Piliploku wyglądało przy tym jak górski strumyk. Płynąc tu miało się wrażenie, że znowu jest się na oceanie. Dekkeret wiedział, że Ni-moya znajduje się gdzieś na północy, a na drugim brzegu wybudowano inne, wielkie miasta, ale jego umysł z trudem pojmował ogrom roztaczającego się przed nim widoku: cały horyzont wypełniała masa wody, nakrapiana kolorowymi proporcami miejscowych promów, pływających we wszystkich kierunkach.

Miał wrażenie, że przygląda się temu wszystkiemu godzinami. Wreszcie, gdy tak stał zapatrzony, Akbalik ujął go za łokieć i obrócił w bok.

— Spójrz — powiedział. — Patrzysz w złą stronę. Ni-moya jest tam. A w każdym razie, jego część.

Dekkeret był zdumiony. To był magiczny widok. Na niekończącym się tle gęsto zalesionych wzgórz stało olbrzymie miasto. Na pierwszy plan wysuwały się błyszczące, białe wieże, każda wyższa od poprzedniej, rząd za rzędem ogromnych budowli schodzących aż do brzegu rzeki.

Czy to było miasto? Wydawało się być odrębnym światem. Rozciągało się w nieskończoność, jak okiem sięgnąć w górę biegu rzeki i na pewno dalej, dużo dalej, może na setki mil. Dekkeret aż wstrzymał oddech. Tyle tego! I takie piękne! Miał ochotę upaść na kolana. Akbalik zaczął opowiadać jak przewodnik o najsławniejszych budowlach Ni-moya: Galerii Gossamer, hali targowej długiej na milę i zawieszonej wysoko nad ziemią na niemal niewidzianych linach, Muzeum Światów, gdzie wystawiono skarby z całego wszechświata, nawet, jak mówiono, ze Starej Ziemi, Bulwarze Kryształowym, na którym wirujące reflektory świeciły jak tysiąc słońc i o Parku Baśniowych Stworzeń, pełnym cudów z dalekich i prawie nieznanych rejonów.

Litania zdawała się nie mieć końca.

— Tam, na wzgórzu znajduje się Opera — powiedział Akbalik, wskazując wieloboczny budynek, świecący tak jasno, że od samego patrzenia Dekkereta bolały oczy. — Tam gra orkiestra tysiąca instrumentów, nawet nie potrafisz sobie wyobrazić jej brzmienia. Wyrastająca z niej szklana kopuła z dziesięcioma wieżami to biblioteka miejska, w której znajduje się każda książka, jaką kiedykolwiek opublikowano. A tam, ten rząd niskich budynków tuż nad wodą, które mógłbyś wziąć za pałace książąt, to biura celne. A dalej, nad nimi i na lewo…

— A co to? — przerwał Dekkeret, wskazując na budynek wielkich rozmiarów i niezwykłej urody, daleko w górę rzeki, który wznosił się ponad wszystko z ogromnym majestatem, przyciągając spojrzenia wszystkich oczu nawet w tym wspaniałym skupisku cudów architektury.

— Tam? — upewnił się Akbalik. — To pałac prokuratora Dantiryi Sambaila.

Był to budynek o białych ścianach, niezwykle okazały i wdzięczny. Nie był tak duży, jak zamek Lorda Prestimiona, ale wystarczająco duży na potrzeby każdego księcia i tak elegancki, że górował nad nabrzeżem doskonałością w czystej formie.

Pałac prokuratora zdawał się dryfować w powietrzu, płynąć nad miastem, chociaż w rzeczywistości, jak zauważył Dekkeret, umieszczony był na gładkim, białym podniesieniu olbrzymiej wysokości, jakby mniejszej wersji Góry Zamkowej. W odróżnieniu od Zamku, nie rozrastał się we wszystkie strony, lecz składał się ze stosunkowo gęsto rozmieszczonych pawilonów i portyków z kolumnadami, w genialny sposób wykorzystujących podwieszenia i wsporniki tak, że zdawały się przeczyć prawom grawitacji. Najwyższe piętro składało się z przezroczystych baniek z najczystszego kwarcu, pod nimi zaś znajdował się rząd komnat o wielu balkonach, a niżej szerokie galerie, do których prowadziły schody, wygięte na zewnątrz jak kolana i powracające do środka w sposób pozornie sprzeczny z geometrią. Mrużąc oczy w świetle białych wież Ni-moya, Dekkeret z trudem dostrzegał inne skrzydła, po obu stronach budynku na niższych poziomach. U jego podstawy znajdował się jeden, ośmioboczny blok polerowanego agatu, co najmniej tak wielki, jak normalny dom, wystający z podstawy niczym medalion.

— Jak komukolwiek, nawet prokuratorowi, można pozwolić żyć w czymś tak wielkim?

Akbalik roześmiał się.

— Dantirya Sambail sam sobie stanowi prawo. Jak wiesz, miał zaledwie dwanaście lat, gdy odziedziczył prokuraturę Ni-moya. To zawsze było ważne lenno, najważniejsze w Zimroelu, nawet zanim on je objął. Wszyscy spodziewali się, że ustanowi się regencja, ale nie, pozbył się kuzyna regenta w dwie minuty i sam przejął władzę. Później, dzięki trzem małżeństwom, pół tuzinowi nieformalnych sojuszy i wielu spadkom po wpływowych krewnych złożył coś, co jest praktycznie prywatnym imperium. W wieku trzydziestu lat rządził bezpośrednio jedną trzecią Zimroelu i miał pośredni wpływ na pozostałą część, poza rezerwatem Metamorfów. Gdyby istniał jakiś sposób, by i jego przejąć, na pewno by to zrobił. Rządzi więc Zimroelem jak król. A król potrzebuje porządnego pałacu. Dantirya Sambail spędził ostatnie czterdzieści lat na zmienianiu tego, który odziedziczył, w ten, który masz teraz przed sobą.