— A co z Pontifexem i Koronalem? Czy oni nie mają co do tego zastrzeżeń?
— Stary Prankipin, zanim sprzymierzył się z czarnoksiężnikami, przejmował się tylko handlem. Chciał stałej ekspansji gospodarczej od jednego regionu do drugiego i żeby wszyscy się bogacili, aby pieniądz krążył. Sądzę, że we wzrastaniu potęgi Dantiryi Sambaila widział pomocny czynnik. Zimroel był kiedyś mocno podzielony, znajduje się daleko od siedzib rządu, które są aż za morzem i lokalni władycy robili właściwie co im się podobało. Kiedy interesy diuka Narabalu zderzały się z interesami księcia Pidruid, nie zawsze miało to dobry wpływ na miejscową gospodarkę. Mieć u władzy kogoś takiego, jak Dantirya Sambail, który mógł wydawać rozkazy miejscowym chłopcom i pilnować całego interesu, idealnie wpisało się w plany Prankipina. Co do Confalume’a, cieszył się ze zjednoczenia Zimroelu pod rządami Dantiryi Sambaila nawet bardziej, niż Pontifex. Żaden z nich, jak rozumiesz, nie lubił prokuratora, bo i któż mógłby go polubić, ale uznali go za pożytecznego. Nawet niezastąpionego. Dlatego właśnie tolerowali jego pragnienie władzy, a nawet go podpuszczali. A on był dość mądry, by nie nadepnąć żadnemu z nich na odcisk. Często bywał w Labiryncie i na Zamku, składał hołdy, lojalny poddany jego wysokości i jego Lordowskiej mości, i tak dalej.
— A Prestimion? Czy on także godzi się na ten układ?
— Ach, Prestimion — przez oblicze Akbalika przemknęła chmura. — Nie, teraz sprawy mają się inaczej. Pomiędzy Lordem Prestimionem i prokuratorem są jakieś niesnaski. Właściwie całkiem poważne.
— Jakiego rodzaju?
Akbalik odwrócił wzrok.
— Nie takiego, żebym mógł to teraz z tobą omawiać, chłopcze. Poważne i już. Niezwykle poważne. Może będziemy mogli zagłębić się w ich szczegóły kiedy indziej. Spójrz, wygląda na to, że przybijamy do portu.
Dzielnica, w której zeszli na ląd, nazywała się Strelain i według Akbalika była centrum Ni-moya. Czekał na nich rządowy ścigacz, który przewiózł ich po pnących się w górę ulicach miasta i wysadził pod budynkiem, który przez kilka najbliższych miesięcy miał być ich domem.
Małe mieszkanko Dekkereta znajdowało się na piętnastym piętrze. Nigdy nie myślał, że dom może mieć aż tyle pięter. Stał przy szerokim oknie, patrzył na dachy budynków pod nim, na płynącą w oddali rzekę i na ciemną linię południowego brzegu Zimru po drugiej stronie, tak daleką, ze prawie niewidoczną i miał niemiłe uczucie, że w każdej chwili budynek może się przechylić z racji swojej niesamowitej wysokości i spaść ze wzgórza, sypiąc na wszystkie strony cegłami, z których był wzniesiony. Odszedł od okna, drżąc. Ale wysoki gmach wciąż stał mocno.
Następnego dnia rozpoczął pracę w Biurze Odwołań. Był to jeden z wydziałów Ministerstwa Skarbu, umieszczony na tyłach rozrośniętego, tysiącletniego budynku rządowego, zbudowanego z niebieskiego granitu i zwanego Budynkiem Cascanara, położonego w południowośrodkowym Streilanie.
Była to praca bez znaczenia. Dekkeret nie miał co do tego wątpliwości. Jego zadanie polegało na rozmowach z ludźmi, których ważne dokumenty — w każdym razie ważne w ich oczach — zostały przekręcone przez biurokrację i na rozwiązywaniu spowodowanych tym problemów. Od pierwszego dnia zmuszony był starać się rozgryźć tajemnice błędnie wpisanych dat urodzin, niewłaściwego wyznaczenia granic posiadłości, niejasnych, wzajemnie sobie zaprzeczających stwierdzeń umieszczonych w poleceniach prawnych przez niedbałych stenografów i mnóstwa podobnych rzeczy. Nie istniał żaden powód, dla którego musiano go wysłać w miejsce oddalone o tysiące mil, by zajmował się sprawami tak uciążliwymi i nieznaczącymi, z którymi poradziłby sobie każdy z już zatrudnionych tu zawodowych urzędników.
Mimo to rozumiał, jaki to miało sens. Wszyscy rządzący, od Pontifexa i Koronala zaczynając, byli zawodowymi urzędnikami. A każdy książę z Góry Zamkowej, jeśli tylko miał ambicję pełnienia w przyszłości ważnej funkcji, musiał przez jakiś czas wykonywać podobną pracę. Nawet Prestimion, urodzony książę Muldemar, który mógł spędzić beztrosko całe życie w swoich winnicach, musiał przez to przejść, by nabyć doświadczenia, które wyniosło go na tron.
Dekkeret, syn handlarza, nigdy nie miał wielkich ambicji. Korona gwiazd wykraczała poza granice jego wyobraźni, bycie rycerzem na Zamku było najwyższą aspiracją, na jaką sobie pozwalał. Teraz nim właśnie został, dzięki przypadkowi, który sprawił, że stał blisko Koronala w chwili próby zamachu. A w każdym razie był rycerzem kandydatem. Właśnie dlatego siedział za biurkiem w Biurze Odwołań w Ni-moya, dzień w dzień przedzierając się przez głupią pracę i licząc, że w końcu zacznie robić poważniejsze rzeczy, bliższe szczytu władzy. Ale najpierw trzeba było zrobić to.
Akbalik, którego w godzinach pracy nie widywał wcale, a wieczorami tylko czasem, przeszedł już do poważniejszych spraw, choć Dekkeret nie był pewien, na czym one polegały. Jasne było, że Akbalik był kimś, na kim można się było wzorować. Był blisko wewnętrznego kręgu Koronala, to było pewne, choć może sam jeszcze do niego nie należał. Miał dobre stosunki z Wysokim Doradcą Septachem Melaynem, szorstki i przechodzący zawsze do rzeczy Admirał Gialaurys darzył go szacunkiem, wydawał się mieć łatwy dostęp do Lorda Prestimiona. Bez wątpienia jego przeznaczeniem był szybki awans do najwyższych szczebli rządu.
Oczywiście, Akbalik był bratankiem bogatego i potężnego księcia Serithorna, co na pewno mu pomagało. Ale choć wysokie urodzenie mogło ułatwić dostęp do wysokiej pozycji w zamkowej hierarchii, Dekkeret wiedział, że ostatecznie to zasługi, inteligencja, charakter i wytrwałość wynosiły na szczyt. Głupcy i próżniacy nie zostawali Koronalami, choć dzięki szczęściu i rodzinnym koneksjom zajmowali mniej świetne stanowiska mimo wyraźnych wad. Hrabia Meglis z Normork był tego dobrym przykładem.
Wielkie bogactwo i wysokie urodzenie też nie wystarczały, by zająć tron, w przeciwnym wypadku Serithorn, potomek połowy wielkich Koronalów z dawnych czasów, już by na nim siedział. Ale książę Serithorn nie był człowiekiem odpowiednim na to stanowisko. Brakło mu potrzebnej powagi. Septach Melayn, Wysoki Doradca, też nie zostanie Koronalem z tego samego powodu.
Lord Prestimion udowodnił, że nadaje się na to stanowisko. Tak samo Lord Confalume przed nim. I podobnie Akbalik, spokojny, zrównoważony, bystry, ciężko pracujący, niezawodny, może być doskonałym materiałem na Koronala. Dekkeret niezmiernie go podziwiał. Było za wcześnie na spekulacje, kto może zostać następcą Koronala po tym, jak Prestimion stanie się Pontifexem, ale Dekkeret uważał, że byłoby wspaniale, gdyby wybór padł na Akbalika. I byłoby to również dobre dla Dekkereta z Normork, bo Akbalik patrzył na niego przychylnie i widział w nim dobrze zapowiadającego się młodzieńca. Dekkeret pozwolił sobie na szaleńczą wizję siebie jako Wysokiego Doradcy przy Koronalu Lordzie Akbaliku. Później zaś powrócił do poprawiania literówek w imionach na umowach powierniczych, rozwiązywania sporów o ziemie ciągnących się od czasów Lorda Keppimona i autoryzowania zwrotów podatków, pobranych trzykrotnie przez nadgorliwych urzędników.
Tak minęły dwa miesiące. Dekkeret stawał się coraz bardziej niespokojny, ale twardo brnął dalej i nie pozwalał sobie na ani jedno słowo skargi. W wolnym czasie włóczył się po mieście, wciąż na nowo zachwycając się jego cudami. Zapoznał się z paroma osobami z biura, poznał kilka miłych, młodych kobiet, raz czy dwa razy w tygodniu spotykał się w miejscowej tawernie z Akbalikiem i razem próbowali doskonałych win Zimroelu. Dekkeret nie miał pojęcia, jakie zadanie wykonywał Akbalik w Ni-moya i nie pytał o to. Był wdzięczny za towarzystwo starszego mężczyzny i uważał, by nie poruszać kwestii, które w oczywisty sposób go nie dotyczyły.