Pewnej nocy Akbalik powiedział:
— Pamiętasz, jak byliśmy w gabinecie Koronala i Septach Melayn mówił, żebyśmy wyprawili się na polowanie na stitmoje?
— Oczywiście.
— Umierasz z nudów nad swoją pracą, prawda, Dekkerecie?
Dekkeret zarumienił się.
— Cóż…
— Nie próbuj być delikatny. Powinieneś umierać z nudów. Ale nie wysłano cię tutaj na tortury. Jestem prawie gotowy, by zrobić sobie przerwę w pracy. Co powiesz na dziesięciodniową wycieczkę na północ? Zobaczymy, jak o tej porze roku biegają stitmoje?
— Czy mógłbym dostać zwolnienie z pracy? — zapytał Dekkeret.
Akbalik wyszczerzył zęby w wesołym uśmiechu.
— Sądzę, że zdołam ci to załatwić.
8
Im dalej na północ od Ni-moya jechali, tym szybciej zmieniał się krajobraz. Większość Majipooru miała klimat subtropikalny lub tropikalny, z wyjątkiem pasm górskich tak wysokich, jak Gonghar w centralnym Zimroelu czy szczyt góry Zyngor na dalekiej północy Alhanroelu. Sama Góra Zamkowa, dzięki zaprojektowanym przez starożytnych maszynom pogodowym, które nieustannie odpędzały zimną noc stratosfery, cieszyła się wieczną wiosną.
Jednak na północno-wschodnim Zimroelu, wysuniętym daleko w stronę bieguna, z tego właśnie powodu panowały znacznie niższe temperatury. Na wysokim, otoczonym górami płaskowyżu, zwanym bagnami Khyntor, śnieg w zimie nie był niczym niezwykłym. Jeszcze dalej, za ścianą gór nazywanych Dziewięcioma Siostrami, znajdowała się niezbadana, polarna kraina wiecznego mrozu, gdzie nikt się nie zapuszczał. W tym ponurym i praktycznie niedostępnym regionie żyła według legendy rasa dzikich, odzianych w futra barbarzyńców, pozostająca od tysiącleci w całkowitej izolacji i tak nieświadoma wygód, ciepła i dobrobytu, w których żyła reszta Majipooru, jak Majipoor nieświadom był jej istnienia.
Akbalik i Dekkeret nie mieli zamiaru zbliżać się do na wpół mitycznej krainy wiecznej zimy i nietopniejącego lodu. Ale nawet niedaleko od Ni-moya jej surowy wpływ na pobliskie terytoria był wyraźnie widoczny. Bujne, zielone lasy subtropikalne ustępowały miejsca roślinności typowej dla klimatu umiarkowanego. Dominowały ciekawe drzewa liściaste o jasnożółtych pniach, rosnące w dużej odległości od siebie wśród kamienistych łąk pokrytych nieładną, bladą trawą. Kiedy wkroczyli w podnóża bagien Khyntoru, otoczenie zrobiło się jeszcze bardziej ponure. Drzewa i trawa były tu rzadsze. Krajobraz zdominował wznoszący teren, tarcze z szarego granitu pocięte płynącymi na północ wartkimi strumieniami. Daleko przed nimi widać było zarys pierwszej z Dziewięciu Sióstr, Threilikor, Szlochającej Siostry, której ciemna ściana lśniła od rzeczek i potoków.
Akbalik wynajął na przewodników drużynę pięciu myśliwych, ludzi z bagien, smukłych górali z północy o skórze jakby wytrawionej, ubranych w proste, niedbale zszyte stroje z czarnej skóry haigusa. Trzech z nich wyglądało na mężczyzn, dwóch na kobiety, choć niełatwo było to stwierdzić, tak ściśle owijali się grubymi szatami. Mówili bardzo niewiele. Kiedy rozmawiali między sobą, używali chrapliwego dialektu z gór, który był dla Dekkereta właściwie niezrozumiały. Zwracając się do dwóch paniczów z Zamku używali wspólnego języka, ale mówili z mocnym akcentem, nadając słowom rytm ich własnej mowy. Dekkeret często nie znał też idiomów, właściwych dla Ni-moya, których używali nader często. Większość rozmów prowadził więc Akbalik.
Ludzie w gór zdawali się traktować swoich wychowanych w mieście zleceniodawców z rozbawieniem graniczącym z pogardą. Jasne było, że nie czuli żadnego szacunku do Dekkereta, który nigdy wcześniej nie przebywał na tak dzikich ziemiach i pomimo swojej siły był wyraźnie niepewny siebie. Nie miał wątpliwości, że patrzyli na niego jak na niezdarnego, bezużytecznego chłopca. Nie sprawiali też wrażenia, jakby szczególnie poważali Akbalika, który zazwyczaj wszędzie zdobywał sobie uznanie dzięki roztaczanej aurze kompetencji i talentu. Kiedy zadawał góralom pytania, odpowiadali szorstko, monosylabami, a czasem wręcz odwracali głowy z sardonicznym uśmieszkiem, jakby ledwo ukrywali pogardę dla mieszczucha, który pyta o rzeczy oczywiste, znane przez każde dziecko.
— Stitmoje to leśne stworzenia — powiedział Akbalik Dekkeretowi. — Nie czują się dobrze na otwartej przestrzeni. Ich terytoria znajdują się w mroku, w cieniu góry. Myśliwi wypłoszą nam watahę z głębokiego boru i zmuszą ją do panicznej ucieczki. Wybieramy te, które chcemy dopaść i tropimy je w lesie, aż nie będą miały gdzie uciec. — Akbalik rzucił okiem na dziwnie krótkie nogi Dekkereta, pokryte węzłami mięśni. — Jesteś dobrym biegaczem, prawda?
— Żaden ze mnie sprinter, ale dam radę.
— Stitmoje też nie są szczególnie szybkie. Nie muszą. Ale dysponują niezwykłą wytrzymałością i lepiej od nas przedzierają się przez gęste poszycie. Mogą łatwo wpaść w krzaki i zniknąć ci z oczu. Kłopot z nimi jest taki, że czasem zataczają koło i atakują od tyłu. Żywią się głównie jagodami, orzechami i korą, ale nie pogardzą mięsem, szczególnie w zimie. I mają czym zabijać.
Akbalik sięgnął do swojego bagażu i zaczął wyciągać z niego broń, wykładając ją przed Dekkeretem.
— To weźmiemy ze sobą. Zakrzywiona maczeta służy do wyrąbywania sobie drogi przez poszycie. Puginałem zabijasz stitmoja.
— Tym? — spytał Dekkeret. Wziął broń do ręki i wpatrywał się w nią. Brzeszczot był bardzo ostry, miał jednak najwyżej pięć cali. — Nie jest trochę krótki?
— Chciałbyś zabić stitmoja miotaczem energii?
Dekkeret poczuł, jak na twarz wypływa mu rumieniec. Przypomniał sobie, jak Septach Melayn opowiadał o polowaniu na stitmoje z puginałem i maczetą. Wtedy Dekkeret się nad tym nie zastanawiał.
— Oczywiście, że nie. Ale mając to, będę musiał chyba dosiąść stitmoja, by go zabić.
— Właśnie. Na tym polega ten sport. To polowanie na bliski zasięg, wielkie ryzyko za wysoką nagrodę. Poza tym, jak najmniej niszczy się drogocenne futro. Jeśli dojdzie do sytuacji, kiedy będziesz musiał wybierać pomiędzy życiem swoim a stitmoja, użyj maczety, ale jest to uznawane za niesportowe. Wyobraź sobie chociażby Septacha Melayna, który rąbie stitmoja maczetą!
— Septach Melayn jest najszybszym człowiekiem, jaki kiedykolwiek chodził po ziemi. Mógłby zabić stitmoja wykałaczką z kości słoniowej. Ale ja nie jestem nim.
Akbalik nie wyglądał na przejętego. Dekkeret był duży i silny, był zdeterminowany i będzie umiał o siebie zadbać w lasach stitmojów.
Sam Dekkeret nie był tego taki pewien. Nigdy nie prosił się o tę przygodę. To był pomysł Septacha Melayna. Wcześniej, na Zamku, zapalił się, by wprowadzić go w życie, ale wtedy nie miał pojęcia, jak będzie wyglądało polowanie na stitmoje w ich naturalnym środowisku. I choć w ciągu swoich pierwszych miesięcy na Zamku nasłuchał się wspaniałych historii od innych rycerzy kandydatów i bardzo zazdrościł im przygód, rozumiał teraz, że czym innym było polowanie na zaury, onathile i bilantoony na ogrodzonych terenach łowieckich, a czymś zupełnie innym wędrówka po zimnych lasach północy w poszukiwaniu dzikich stitmojów, które chciało się zabić malutkim sztylecikiem.
Ale Dekkeret nie był tchórzliwy. Czekała go próba wydająca się bardzo trudną, owszem, ale polowanie nie musiało okazać się tak ryzykowne, jakim wydawało mu się teraz, gdy wyobraźnia nakazywała oczekiwać najgorszego. Podniósł więc puginał i maczetę, zważył je w dłoniach i wykonał kilka szybkich cięć dla wprawy. Wesoło oświadczył Akbalikowi, że po namyśle puginał zdaje się być idealny do tego zadania i że jest gotów zapolować na stitmoje, o ile tylko one były gotowe na niego.