Podążali za pięcioma mieszkańcami bagien w dół kamienistego zbocza prowadzącego na ciemną polanę, gdzie żyły stitmoje. Okazało się, że Akbalik ma w zanadrzu jeszcze jedną niespodziankę. Wyciągnął z torby dwie metalowe tuby o spłaszczonych nosach i jedną wsunął za pas, drugą zaś podał Dekkeretowi.
— Miotacze energii? Ale mówiłeś…
— Rozkaz Lorda Prestimiona. Chcemy zachowywać się jak prawdziwi sportowcy, ale mam obowiązek przywieźć cię z powrotem żywego. Puginał jest twoją główną bronią, w razie kłopotów możesz użyć maczety, ale w przypadku prawdziwych problemów masz rozwalić przeklętego zwierzaka miotaczem. To niezbyt eleganckie rozwiązanie, ale nadaje się na ostatnią deskę ratunku. Rozsierdzony stitmoj może wypruć człowiekowi flaki trzema machnięciami łapą.
Wsuwając miotacz w jeden z uchwytów przy pasie Dekkeret czuł raczej wstyd, niż ulgę. Marzył, by istniał jakiś sposób ukrycia go przed ludźmi z bagien, choć nie miało to już wielkiego znaczenia. Nie ukrywali oni, że widzą w Dekkerecie i Akbaliku dwóch płytkich, samolubnych gogusiów, tak głupich, że nie umieli znaleźć sobie lepszego zajęcia od wycieczki po lasach, połączonej z polowaniem na niebezpieczne stworzenia, a wszystko to tylko dla rozrywki. Nawet gdyby nagle wyciągnęli miotacze energii i zaczęli strzelać do zbyt rozbuchanych stitmojów, nie pogorszyłoby to ich obrazu w oczach przewodników z bagien. Mimo to, Dekkeret miał nadzieję, że nie będzie musiał skorzystać z miotacza nawet w ostateczności. Puginał i, jeśli trzeba będzie, maczeta, musiały wystarczyć.
W nocy padał śnieg. Choć nie było już przymrozku, ziemia wokół była biała. Od czasu do czasu spadało kilka samotnych płatków. Jeden z nich wylądował na policzku Dekkereta, powodując leciutkie pieczenie. Dziwne to było uczucie. Śnieg w ogóle był dla niego czymś zupełnie nowym i głęboko fascynował.
Drzewa na polanie miały żółte pnie, podobnie jak te, które widzieli na południu, ale zamiast liści porastały je czarnobrązowe igły. Nie były też powykręcane pod dziwnymi kątami, lecz stały prosto, a ich korony spotykały się wysoko nad głowami ludzi. Pod nimi panowała głęboka ciemność. Z jednej strony przepływał strumień nakrapiany dużymi głazami, z drugiej, bliżej góry, ziemia ostro opadała w dolinę.
Pięciu myśliwych prowadziło, Dekkeret i Akbalik szli tuż za nimi po śladach, które zostawiali w śniegu. Powoli przyspieszali, aż w końcu biegli po lesie truchtem, łagodnymi łukami omijając głazy przy brzegu strumienia. Rzadko który myśliwy oglądał się za siebie, a kiedy w końcu jeden z nich to zrobił — kobieta, ta o płaskiej twarzy, szerokich ustach i z przerwami między zębami — to tylko po to, by obdarzyć Dekkereta kpiącym uśmieszkiem. Zdawała się mówić, że za pięć minut chłopak będzie tak przerażony, że straci resztkę rozumu, jeśli w ogóle go jeszcze posiada. Choć może źle ją oceniał. Może próbowała podtrzymać go na duchu. Ale uśmiechała się nieładnie.
— Stitmoje — powiedział nagle Akbalik. — Trzy, jak sądzę.
Wskazał na lewo, w kierunku niewielkiego zagajnika, w którym drzewa o żółtych pniach rosły szczególnie blisko siebie, a śnieg leżał na ziemi grubą warstwą. Z początku Dekkeret nie zauważył niczego wyjątkowego. Po chwili jednak dostrzegł tam białą plamę trochę różną od bieli śniegu, jakby bardziej miękką, jaśniejszą, łagodnie lśniącą, a nie migoczącą ostro. To były poruszające się, duże, włochate zwierzęta. Wiatr przyniósł dźwięk stłumionego warczenia.
Myśliwi zatrzymali się na krawędzi zagajnika. Po cichu wymienili między sobą kilka niezrozumiałych słów, po czym ruszyli w stronę drzew, rozsypując się w szeroki łuk.
Dekkeret szybko zrozumiał, co się dzieje. Trzy stitmoje wyczuły ich zapach. Poruszały się powoli wśród drzew jakby obmyślając strategię. Dekkeret widział je teraz wyraźnie. Były to zwierzaki o nabitych cielskach, trzymające się nisko przy ziemi, o długich, wystających pyskach i płaskich, trójkątnych łbach, z których uważnie patrzyły złote, otoczone czerwienią ślepia. Wielkością dorównywały bardzo dużym psom, ale były cięższe i mocniej zbudowane. Wyglądały na pozbawione wdzięku, ale potężne. Miały masywne zadnie łapy, w przednich też kryła się olbrzymia siła, a wszystkie cztery kończyły się długimi, zagiętymi, czarnymi i lśniącymi pazurami. Dekkeret nie wierzył, że miał zabić te stwory byle sztyletem. Choć podobno tak robiono, wydawało mu się to niemożliwe. Nie zapomniał słów Septacha Melayna:
— Piękna bestia: gęste futro, płonące ślepia… O ile mi wiadomo, stitmoj jest najbardziej niebezpiecznym zwierzęciem świata.
Szczerbata góralka przywołała go gestem.
— Pierwszy jest twój — powiedział Akbalik.
— Co?
Dekkeret spodziewał się, że to starszy, bardziej doświadczony towarzysz zapoluje pierwszy. Nie dało się jednak nie zrozumieć gestów kobiety, która wyraźnie go wzywała.
— Tak postanowili. Zazwyczaj najlepiej umieją dopasować myśliwego i ofiarę. Lepiej idź. Będę tuż za tobą.
Dekkeret skinął głową. Ruszył naprzód, pełen obaw i niepewny. Ale wraz z pierwszym krokiem w stronę zagajnika wydarzyło się coś niezwykłego. Opadła z niego cała niepewność. Ogarnął go dziwny spokój. Strach i wątpliwości całkowicie go opuściły. Poczuł się całkowicie gotowy, w pełni przygotowany do zabijania, absolutnie skupiony na celu.
Chwilę później rozpoczęło się polowanie.
Myśliwi ustawili się w długą, wygiętą linię, rozciągającą się wzdłuż pozycji trzech stitmojów i dalej w obie strony. Kobieta, która zdawała się prowadzić Dekkereta, znajdowała się pośrodku tej linii. Posuwała się naprzód, a on tuż za nią. Dwaj myśliwi na końcach linii także ruszyli do środka pod ostrym kątem, ściągając całą linię w stronę zwierząt. Zaczęli potwornie hałasować brązowymi rogami myśliwskimi, które wyciągnęli z toreb, a dwaj pozostali klaskali w dłonie i krzyczeli.
Dekkeret zrozumiał, że chodziło o rozdzielenie zwierząt, odpędzenie na bok dwóch z nich, a także stworzenie czystego dojścia do jednego. Najwyraźniej hałas spełniał swoje zadanie. Stitmoje, zaskoczone i zdenerwowane przeraźliwymi dźwiękami, stanęły dęba i zaczęły ze złością orać pazurami pnie drzew, a ich pomruki z niskiego mruczenia stały się wściekłymi rykami, które rozchodziły się szerokim echem.
Myśliwi podchodzili coraz bliżej. Stitmoje, bez widocznego lęku, ale z irytacją i jakby obrzydzeniem wynikającymi z tak niegrzecznego potraktowania, odwróciły się powoli i rozeszły. Każdy zapewne kierował się do swojej nory. Pięciu myśliwych zignorowało największe zwierzęta i pozwoliło im odejść między drzewa. Całą uwagę skupili na trzecim stitmoju, być może samicy, wyraźnie mniejszym, ale wciąż imponującym rozmiarem. Zbliżali się do niego unosząc nogi wysoko niczym na paradzie i hałasując, ile sił w płucach.
Zwierzę przez moment wyglądało na zdezorientowane całym zamieszaniem. Po chwili zaś, mrugając i pomrukując, odwróciło się i spokojnym, choć coraz szybszym chodem ruszyło w stronę gęstych krzaków, oddalonych o paręset jardów.
Szczerbata kobieta odsunęła się. Dekkeret zrozumiał, że nadeszła jego chwila.
Ruszył naprzód, w jednej dłoni dzierżąc maczetę, w drugiej puginał.