Выбрать главу

Na obrzeżach zagajnika drzewa były od siebie oddalone, ale wkrótce stały się bardziej zbite. Pomiędzy nimi rosły małe drzewka i krzewy, a z niższych gałęzi wisiały kolczaste pnącza. Nie minęło wiele czasu aż Dekkeret musiał przedzierać się przez gęstwinę, wściekle rąbiąc maczetą. Parł do przodu w szale, nie zważając na przeszkody, ale pomimo wysiłków zostawał w tyle. Wciąż widział przed sobą uchodzącego stitmoja, który jednak, choć wydawał się powolny, potrafił oczyszczać sobie przejście potężnymi przednimi łapami i pozostawiał za sobą splątany ślad usłany poszarpanym poszyciem i pnączami, które tylko utrudniały Dekkeretowi poruszanie. Dystans między myśliwym i zwierzyną powoli się powiększał.

Nagle stitmoj zniknął. Dekkeret został całkiem sam.

Gdzie mógł się podziać? Ukrył się w norze? Wpełznął pod splątane poszycie? A może, pomyślał Dekkeret, po prostu wszedł za jakieś grube drzewo i właśnie w tej chwili zawracał, skradając się od krzaka do krzaka, próbując zająć dogodną pozycję do śmiertelnego kontrataku, o którym opowiadał Akbalik.

Dekkeret poszukał wzrokiem góralki. Nigdzie jej nie było. Musiał zostawić ją w tyle podczas swojej chaotycznej pogoni przez las.

Zacisnął dłonie na rękojeściach broni i obrócił się w miejscu, uważnie wpatrując się w ciemność i nasłuchując odgłosu wyrywanego poszycia i łamanych drzewek. Nic. Z ziemi zaczęła unosić się gęsta mgła, spowijająca wszystko bielą. Czy powinien wezwać tamtą kobietę? Nie. Jej zniknięcie było zapewne celowe, może do zwyczaju należało zostawienie myśliwego sam na sam ze zwierzyną w ostatnich chwilach pogoni.

Po chwili ostrożnie ruszył w lewo, gdzie mgła wydawała się nieco rzadsza. Zamierzał wrócić łukiem do miejsca, z którego wyruszył, po drodze szukając kryjówki stitmoja.

Las był cichy i nieruchomy, jakby Dekkeret był w nim całkiem sam.

Kiedy przechodził obok zagajnika młodych drzewek, które wyrastały tak blisko, że ich proste pnie tworzyły zwartą palisadę, wszystko gwałtownie się zmieniło. W oddali zobaczył niewielką polanę. Stała tam kobieta i rozglądała się na wszystkie strony w poszukiwaniu stitmoja, albo może jego samego. Dekkeret zawołał ją i w tej samej chwili, z drugiej strony, spomiędzy drzew wyskoczył stitmoj.

Szczerbata kobieta, która już odwracała się do Dekkereta, wykonała szybki obrót w stronę rozzłoszczonego zwierzęcia. Stitmoj stanął na zadnich nogach i posłał ją na ziemię jednym ciosem przedniej łapy. Upadła jak szmaciana lalka. Stitmoj, nie zatrzymując się, przemknął obok zaskoczonego Dekkereta i wpadł pomiędzy najbliższe drzewa.

Dekkeret nie od razu odzyskał władzę w nogach, ale w końcu pobiegł za stitmojem. Gonił go jak wcześniej, wiedział, że to jego ostatnia szansa, że jeśli drugi raz pozwoli bestii uciec, już nigdy jej nie zobaczy.

W udach i łydkach czuł bolesne napięcie, jakby mięśnie skręcały mu się w węzły. Skręcił ostro, stanął na śliskim, pokrytym śniegiem kamieniu i poślizgnął się. Wykręcona kostka rozbłysła bólem, promieniującym w całej lewej nodze. Mimo to biegł dalej. Stitmoj przestał go unikać, truchtał tylko przed nim przez las na tyle rzadki, że obaj poruszali się po nim dość wygodnie. Dawało to przewagę Dekkeretowi, który może nie był najszybszy, ale na otwartym terenie miał szansę poruszać się nieco szybciej niż stitmoj.

Nie był jednak w stanie dopędzić swojej ofiary. Miał jeszcze sporo sił, lecz nie potrafił zmusić zbuntowanych mięśni nóg, by niosły go szybciej. Zaczynał pojmować, że stitmoj znów mu ucieknie.

Jednak nie. Bestia dotarła do gęstej ściany krzaków i pnączy i zatrzymała się przed nią, jakby postanowiła, że woli odwrócić się i walczyć, niż wyrywać sobie dalszą drogę. Czy zamierzała policzyć się z irytującym przeciwnikiem? A może tylko zmęczyła się biegiem? Dekkeret miał nigdy nie poznać odpowiedzi na te pytania. Nie miał ani chwili czasu do namysłu. Niemal zanim w ogóle zorientował się w sytuacji, siłą rozpędu znalazł się tuż przed zwierzęciem, które stało oparte o splątane poszycie. Słyszał jego gniewne warczenie. Masywna łapa już na niego spadała. Dekkeret uchylił się instynktownie i dźgnął puginałem w górę i przed siebie. Stitmoj ryknął z bólu. Dekkeret zrobił krok w tył, znowu dźgnął i znowu trafił w cel. Lśniąca, karmazynowa krew chlusnęła na miękkie, białe futro na piersi stitmoja.

Dekkeret odsunął się, dysząc. Czy będzie musiał uderzyć trzeci raz? Czy trzeba będzie użyć maczety?

Nie. Stitmoj przez chwilę jeszcze stał ze zdumionym wyrazem pyska, chwiejąc się na boki, a jego otoczone czerwienią oczy powoli zachodziły mgłą. Potem upadł. Dekkeret stał nad nim, ledwo wierząc w to, co miało przed chwilą miejsce. Zwierzę już się nie ruszało.

Odwrócił się, podniósł dłonie do ust i krzyknął:

— Hop, hop! Akbaliku, gdzie jesteś? Dopadłem go, Akbaliku! Dopadłem go!

Z daleka, z mgły, doszła do niego stłumiona odpowiedź, której nie zrozumiał. Spróbował znowu.

— Akbalik?

Tym razem nikt nie odpowiedział. Myśliwi też milczeli. Gdzie oni byli? Jeśli zostawi tu stitmoja, czy padlinożercy rozszarpią go nim wróci? A skoro o tym mowa, czy znajdzie znów to miejsce w tajemniczym, mglistym lesie?

Mijały minuty. Śnieg padał coraz gęściej; Dekkeret zrozumiał, że nie może dłużej pozostać tam, gdzie był. Zaczął powoli iść w kierunku, z którego zdawało mu się, że przybiegł. Po drodze szukał własnych śladów. Po pewnym czasie zobaczył znów ciasno rosnące drzewa, a dalej coś, co miało pozostać w jego pamięci do końca życia.

Akbalik i czterech myśliwych z bagien stało na środku polany za zagajnikiem. W ręku Akbalika zwisała zakrwawiona maczeta, krew była też na śniegu. Stojący z tyłu myśliwi obrzucili nadchodzącego Dekkereta spojrzeniami ciężkimi jak ołów. Szczerbata kobieta leżała bez ruchu na plecach, a jej brzuch był jedną, potworną, poszarpaną raną. Pięć czy sześć stóp dalej leżało martwe cielsko jakiegoś krępego zwierzaka o grubym pysku, przecięte prawie na pół maczetą Akbalika. Zwierzę miało krew na zębach.

— Akbalik? — powiedział zszokowany Dekkeret. — Co tu się stało? Czy ona…

— Nie żyje. A jak sądzisz?

— Czy to zwierzę ją zabiło? Co to w ogóle jest?

— Mówią, że to tumilat. Padlinożerca, ścierwojad. Żyją tu w norach. Czasem zabijają umierające albo nieprzytomne zwierzęta. Ale nie rozumiem, dlaczego padlinożerca zaatakował kogoś, kto nie był…

— Och — powiedział cichutko Dekkeret, zasłaniając usta dłonią. — Och.

— O co chodzi, Dekkerecie? Co próbujesz powiedzieć?

— To nie tumilat — wybełkotał Dekkeret. — Stitmoj. Wyskoczył znikąd, biegł wprost na nią, uderzył ją łapą i wywrócił. I biegł dalej. A ja za nim. Dogoniłem go i zabiłem, Akbaliku. Zabiłem go. Ale nie pomyślałem o tej kobiecie. Leżała tu, może ranna, nieprzytomna… och, Akbaliku! Ani przez chwilę o niej nie myślałem. A wtedy, kiedy leżała tu, całkiem sama, przyszedł ten padlinożerca i… och…

Dekkeret patrzył na otaczającą go biel, przerażony tym, co zrobił.

— Och, Akbaliku — powiedział znów, cały zdrętwiały. — Och!

9

Gdy Prestimion i jego towarzysze opuścili Labirynt południowym wyjściem, ujrzeli szerokie połacie żyznego Alhanroelu rozciągające się przed nimi jak nieskończony ocean. Ziemia tu była płaska, a horyzont stanowił tylko niewyraźną linię, odległą, jak się zdawało, o miliony mil. Każdy dzień podróży przynosił nowe krajobrazy, nowe rośliny, nowe miasta. Gdzieś przed nimi zaś Dantirya Sambail oddalał się coraz bardziej w niekończącą się dal.