Выбрать главу

Królewska świta zatrzymała się najpierw w Bailemoonie, pięknym mieście położonym na żyznej równinie na południowy wschód od Labiryntu i w którym człowiek prokuratora, Mandralisca, spotkał się z łowczym księcia Serithorna. Młody diuk miasta, Kaitinimon, syn Kanteverela, spotkał się z nimi pod jasnobordowymi murami miasta i powitał ich po królewsku.

Miał okrągłą twarz i bezpretensjonalne usposobienie swojego ojca i, podobnie jak Kanteverel, wolał proste, luźne tuniki od migoczących, formalnych szat. Kanteverel jednak zazwyczaj był radosny i jowialny, a w jego synu czuć było ledwo skrywane napięcie, nieudolnie ukrywaną surowość ducha, cechy, które czyniły go tak różnym od ojca. Minęło wiele czasu odkąd Koronal ostatnio odwiedził Bailemoonę i Kaitinimon był zachwycony wizytą Prestimiona. Na jego cześć wyprawił odpowiednio uroczystą galę, którą uświetnili muzycy, żonglerzy i zaklinacze. Nie zabrakło też wielkiej obfitości potraw charakterystycznych dla sławnej miejscowej kuchni, do każdej z nich zaś dobrano regionalne wino. Nie obyło się też bez obejrzenia legendarnych złotych pszczół z Bailemoony.

Niemal każde miasto w królestwie mogło poszczycić się czymś wyjątkowym. Złote pszczoły wyróżniały Bailemoonę. Dawno temu, w czasach, gdy tę część Alhanroelu zamieszkiwały tylko nieliczne grupy Zmiennokształtnych, pszczoły były częstym widokiem w tej okolicy. Rozwój cywilizacji ludzi zmniejszał jednak stopniowo ich populację, aż niemal wyginęły. Pozostały tylko te, które diukowie Bailemoony trzymali w otoczonym najwyższą czcią ulu w swoim pałacu.

— Tylko trzy razy do roku pozwalamy zwykłym obywatelom odwiedzać ul — powiedział diuk Kaitinimon do Prestimiona, gdy szli przez pałacowe ogrody. — W Dzień Zimy, Dzień Lata i w urodziny diuka. Prawo wstępu jest losowane, wpuszcza się tylko tuzin gości co godzinę przez dziesięć godzin. W drugim obiegu bilety osiągają bardzo wysokie ceny. Poza tymi dniami, do ula nie wchodzi nikt prócz pszczelarzy i członków rodziny diuka. Ale oczywiście, kiedy Bailemoonę odwiedza Koronal…

Ul był niezwykle pięknym budynkiem, zbudowanym z misternej, lśniącej, metalowej siatki, podtrzymywanej stemplami z błyszczącego, białego drewna, które krzyżowały się w sposób mylący wzrok. Cały budynek wyglądał tak delikatnie, jakby do jego zburzenia wystarczyć mógł powiew wiatru. Wewnątrz Prestimion dostrzegał miriady rozbłysków, migoczących tak szybko, że od samego patrzenia kręciło się w głowie.

— Widzicie przed sobą — powiedział diuk — promienie słońca, odbijające się od ciał poruszających się pszczół. Wejdź, panie, jeśli łaska.

Długi korytarz prowadził do małych komnat z drzwiami po obu stronach, przez które Prestimion i jego towarzysze weszli do samego ula. Była to wielka kopuła, cztery lub pięć razy większa od sali tronowej Confalume’a, wykonana tak zmyślnie, że metalowa siatka była od wewnątrz ledwo widoczna, jak cieniutka, półprzezroczysta warstewka na tle nieba.

Ciche brzęczenie otoczyło gości jak gruba zasłona. Wszędzie nad nimi uwijały się pszczoły. Setki pszczół. Tysiące.

Ruchliwe, nie pozostające w miejscu ani na chwilę, przemierzały górne poziomy swego domu w oszałamiającym, podniebnym tańcu. Prestimion był zdumiony ich liczbą, prędkością, z którą się poruszały, jasnością światła, które odbijało się od ich połyskliwych odwłoków i skrzydeł. Przez długą chwilę stał przy wejściu i z zachwytem patrzył w górę, obserwując błyskawiczne ruchy pszczół i śledząc piękne kształty, które tworzyły.

Powoli zaczął skupiać się na pojedynczych pszczołach i odkrył, że były one bardzo duże jak na owady. Ale to Septach Melayn pierwszy zadał pytanie, odwracając się do diuka i mówiąc:

— Czy to naprawdę pszczoły, wasza łaskawość? Bo kiedy tak śledzę ich lot, zdają mi się być nie mniejsze od ptaków.

— Oczy cię nie mylą — odparł diuk. — Zresztą te oczy nie mylą się nigdy. Ale to naprawdę pszczoły. Pozwólcie, panie, że coś wam pokażę.

Wyszedł na środek pomieszczenia i stanął tam z ramionami wyciągniętymi na boki i dłońmi skierowanymi w górę. Po chwili pół tuzina pszczół zleciało się i usiadło na nim, jak domowe zwierzątka łaszące się do pana. Kolejny tuzin przyleciał za nimi i zaczął krążyć wokół jego głowy.

Diuk trwał w bezruchu. Tylko oczami dał znak swoim gościom.

— Podejdźcie. Spójrzcie na nie. Powoli… powolutku… nie wystraszcie ich…

Prestimion zbliżył się ostrożnie, za nim Septach Melayn, a dalej wielki Gialaurys stąpał najostrożniej ze wszystkich, jakby szedł po skorupkach jajek.

Maundigand-Klimd, który nie wyglądał na zainteresowanego pszczołami, pozostał przy wejściu. Podobnie Abrigant, z twarzą wykrzywioną gniewnym grymasem, trzymał się ściany ula. Od przybycia do Bailemoony nie ukrywał zniecierpliwienia, chciał wyruszyć na południe i na wschód do Skakkenoir, gdzie miał znaleźć metalonośne rośliny. Poszukiwanie Dantiryi Sambaila było dla niego wyłącznie irytującą zawadą, przeszkodą w osiągnięciu celu, zaś godzina spędzona wśród pszczół, nawet najpiękniejszych, zdawała mu się nieznośną stratą czasu.

Gdy Prestimion znalazł się tak blisko diuka Kaitinimona, że wyraźnie widział błyszczące stworzonka chodzące po jego dłoniach, aż zagwizdał cicho ze zdumienia. Złote pszczoły z Bailemoony były długie na kilka cali i miały krągłe ciałka, faktycznie bardzo podobne do ptasich.

Zastanawiał się, czym naprawdę były — ptakami czy owadami?

Kiedy podszedł bliżej, zdecydował, że to jednak owady. Wyraźnie widział trzy pary pokrytych meszkiem odnóży. Ciała pszczół były podzielone na głowę, tułów i odwłok. Pokrywał je gładki, odbijający światło pancerzyk, który wyglądał jak czyste złoto i który odpowiadał za niezwykłe efekty świetlne wywoływane przez ich ruch.

— Jeszcze bliżej — powiedział diuk. — Podejdźcie tak blisko, aż będziecie widzieć ich oczy.

Prestimion usłuchał. I aż westchnął. Te oczy! Te przedziwne oczy! Nigdy takich nie widział.

To nie były zimne, wielościenne oczy owadów. Nie były to też guzikowate oczy ptaków. Oczy tych pszczół były nieproporcjonalnie duże i w dziwny sposób podobne do oczu ssaków. Były ciepłe, miękkie, jakby płynne, jak oczy jakiegoś leśnego stworzonka. Biła od nich żywa inteligencja, która odróżniała te zwierzęta od żyjących w lasach droli czy mintunów. Patrzeć w te mądre oczy było wręcz strasznie.

— Stańcie tak, jak ja — powiedział diuk. — Nie ruszajcie się, a przylecą i do was.

Septach Melayn ani Gialaurys nie chcieli próbować, ale Prestimion rozłożył ramiona dłońmi do góry. Minęło parę chwil. Nagle para pszczół podleciała i zaczęła krążyć wokół jego głowy, a po minucie jedna z nich usiadła Prestimionowi na lewej ręce.

Kiedy po nim chodziła, czuł dziwne łaskotanie. Powolutku odwrócił głowę w lewo, by lepiej się jej przyjrzeć i spojrzał prosto w jej duże, poważne oczy. Pszczoła patrzyła na niego uważnie.

Bez żadnych wątpliwości, w tych oczach była inteligencja.

Krył się za nimi malutki, ale bystry i przenikliwy umysł. Ale po co? Jakie myśli mogły krążyć po mózgu tych istot, ostatnich przedstawicieli swego gatunku, bez końca zataczających lśniące pętle po wielkim ulu, który był ich jedynym schronieniem przed światem?

— Nasi przodkowie trzymali je w małych klatkach jako domowe zwierzątka — powiedział po chwili Kaitinimon. — Latały w kółko przez miesiąc czy dwa, po czym chorowały i umierały. Nie mogły znieść klatki. Nikt zaś, kto miał pszczoły choćby przez parę dni, nie mógł oprzeć się ich pięknu. Kiedy tylko jedne umierały, czuł przemożną potrzebę zastąpienia ich nowymi, choć i one nie miały długo pożyć. Kiedyś w tej prowincji żyły ich miliony. Kiedy leciały wielkimi rojami, całe niebo stawało się złote. Teraz jestem jedynym człowiekiem w Bailemoonie, który ma przywilej trzymania pszczół. Jak widzicie, ta klatka jest dość duża. Nie przeżyłyby w czymś mniejszym. Panie, jeśli delikatnie obrócisz dłonie, o tak, pszczoły odlecą. Chyba że pragniesz przedłużyć to doświadczenie.