— Jeszcze parę minut — powiedział Prestimion. Na jego lewej ręce wylądowały jeszcze dwie pszczoły, potem za nimi sfrunęła trzecia. Prestimion stał jak zahipnotyzowany, nie mogąc oderwać od nich wzroku, całkowicie zagubiony w podziwie dla małych, inteligentnych stworzeń, spokojnie wędrujących mu po rękach. Siedziało na nim już pięć. Sześć. Siedem. Widać wydawał im się niegroźny. Zastanawiał się, czy w jakiś sposób zajrzały do jego umysłu.
Nagle odkrył, że intensywnie pragnie, by Varaile była z nim i mogła to zobaczyć.
Ta myśl go przestraszyła. Czyżby Varaile już zajęła w jego umyśle miejsce Thismet? Czyżby tęsknił za kobietą, której prawie nie znał i chciał mieć ją u swego boku w podróży? Tak właśnie było. Zaskoczyło go, że tak boleśnie odczuł jej nieobecność. Ale Thismet odeszła na zawsze, a Varaile czekała na Górze Zamkowej. Jego potęga i pozycja wymagały, by spędzić życie, przemierzając świat i nagle, z mocą, która go zdumiała, zapragnął dzielić je z Varaile. Chciał pokazać jej wszystko, co jemu samemu dane będzie oglądać, złote pszczoły Bailemoony, znikające jezioro w Simbilfant, nocny targ w Bombifale, piętrzące się kolory Fontanny Gulikap, ogrody Tolingaru… wszystko. Wszystko.
— Spodobały się waszej wysokości nasze pszczoły?
Zaskoczony Prestimion spojrzał pospiesznie na diuka.
— Och, tak — odpowiedział prędko. — Tak! Są niezwykłe! Niesamowite!
— Mógłbym wysłać parę sztuk na Zamek — powiedział Kaitinimon. — Ale tylko by pomarły, jak wszystkie pozostałe.
Tej nocy, kiedy zajadali się miejscowymi specjałami w pałacu diuka, Prestimion wciąż myślał o złotych pszczołach i tęsknocie za Varaile, którą tak niespodziewanie w nim obudziły. Nie opuszczało go wspomnienie ich tajemniczych oczu ani błysków światła na rojach latających pod kopułą wielkiego ula. Te mądre oczy… to przepełnione inteligencją spojrzenie… ten piękny, złoty odblask…
Ten wspaniały świat, myślał, miejsce pełne cudów, którego niespodzianek nie dałoby się poznać i w ciągu dziesięciu żywotów…
Ale sławne złote pszczoły nie były głównym celem wizyty Koronala w Bailemoonie i w końcu Gialaurys poruszył najważniejszy temat.
— Otrzymaliśmy raport — powiedział do diuka — mówiący, że prokurator Dantirya Sambail i kilku jego ludzi niedawno przebywali w tej okolicy. Koronal ma powód, by chcieć z nim porozmawiać. Chcieliśmy wiedzieć, czy pozostajesz z nim w kontakcie.
Diuk nie wydawał się zaskoczony. Najprawdopodobniej, jak wielu innych, słyszał już, że Lord Prestimion poszukiwał prokuratora Ni-moya i że odbywało się zakrojone na skalę kontynentu polowanie.
Oczywiście, taka wiadomość była sensacją. Diuk Kaitinimon był jednak zbyt rozsądny, żeby wypytywać Prestimiona o motywy. Nie zadawał więc żadnych pytań i udzielił najprostszej odpowiedzi. Owszem, słyszał o obecności prokuratora w okolicy, lecz nie gościł go. Nie rozumiał, czemu prokurator przebywał w pobliżu, a nie zdecydował się go odwiedzić. Był też pewien, że obecnie Dantirya Sambail nie znajdował się w obrębie prowincji Balimoleronda. Nie wiedział nic ponad to. Kiedy zaś Septach Melayn zapytał go, czy uważa, że zbiegły prokurator uda się raczej na południe, czy na zachód od Bailemoony, diuk Kaitinimon wzruszył tylko ramionami.
— Wyraźnie stara się wrócić do domu. Sadzę, że kieruje się do morza. Dotrze do niego niezależnie od tego, w którą stronę się uda. Kimże ja jestem, by rozumieć zamysły Dantiryi Sambaila?
Prestimion postanowił opuścić Bailemoonę drogą na południe. Na Majipoorze pojęcie „krótkiej podróży” nie istniało, ale mniej czasu zajęłoby prokuratorowi dotarcie do morza szlakiem południowym niż zachodnim, i chociaż porty były zablokowane, Prestimion aż za dobrze wiedział, że dla kogoś tak podstępnego jak Dantirya Sambail utorowanie sobie drogi łapówkami będzie dziecinnie proste. W końcu wykupił się w ten sposób z tuneli Sangamora. Jaki problem mogło dla niego stanowić znalezienie w południowym porcie leniwego i sprzedażnego celnika, który odwróciłby wzrok, podczas gdy on i Mandralisca wsiadaliby na pokład frachtowca płynącego do Zimroelu?
Na południe więc. Przez Ketheron i jego Siarkową Pustynię.
Był to zarówno logiczny, jak i kuszący wybór. Siarkowa Pustynia nie była ani pustynią, ani nie wydobywano tam siarki, ale uchodziła za jedno z najniezwyklejszych miejsc na świecie. Prestimion wdzięczny był Dantiryi Sambailowi za danie mu pretekstu, by je odwiedzić.
Kolejne miejsce, które odwiedzi bez Varaile. Nie mógł przestać o niej myśleć.
Dwa dni po opuszczeniu Bailemoony dostrzegli pierwsze łachy żółtego piasku. Z początku były to tylko pojedyncze paski, zmieszane ze zwykłą, ciemną ziemią tak, że nie dało się w pełni docenić ich koloru. Stopniowo piasek zaczynał dominować, aż wzgórza i doliny wyglądały, jakby były nim poplamione. Wreszcie podróżnicy dotarli do Siarkowej Rzeki i otoczyła ich żółć tak intensywna, że zdawała się być jedynym kolorem we wszechświecie.
Łatwo było zrozumieć, dlaczego pionierzy trafiwszy tu uznali, że odnaleźli bogate złoża siarki. Żadna inna substancja nie miała takiego jasnego, ciepłego odcienia. A jednak — „siarka” Siarkowej Pustyni była tylko pylistym, żółtym piaskiem, wapiennym, zabarwionym ziarenkami kwarcu i maleńkimi kawałeczkami skaleni i amfiboli. Powstał ponoć w niewyobrażalnie zamierzchłych czasach, kiedy centrum Majipooru było najsuchszą z pustyń, a na zachód od Labiryntu wznosiły się wielkie, żółte góry. Przez tysiące lat wiatry starły je w proch i niosły go tysiące mil, składając go wreszcie na Wzgórzach Gaibilan za Ketheronem, skąd wypływa Siarkowa Rzeka. Właśnie ona dokończyła dzieła, wymywając masy piasku ze wzgórz i rozprowadzając go po całej szerokiej dolinie, w której teraz stali wędrowcy, dolinie od niepamiętnych czasów zwanej Siarkową Pustynią.
W większości miejsc żółty piasek stanowił tylko wierzchnią warstwę gruntu, nie grubszą niż dwadzieścia, trzydzieści stóp. Miejscami jednak jej grubość osiągała ponad pół mili i tam, przez wieki, piach przyjął postać miękkiej, porowatej skały, tworzącej wysokie, pionowe klify. Właśnie w strefach tych spadzistych, żółtych klifów budowano miasta i miasteczka Ketheronu.
Niektórzy uważali, że Ketheron ma urok krainy z baśni, inni zaś, że to groteskowa i dziwaczna okolica rodem z koszmaru. Erozja powycinała w górnych warstwach klifów ostre wąwozy, a wietrzenie pozostawiło na odkrytych przestrzeniach pokrzywione, spiczaste iglice dziwacznych kształtów. Lud Ketheronu drążył je i wykuwał w nich małe, wąskie okienka i tak tworzył domy jak ze snu. Tak powstawały całe miasteczka pełne wysokich, wąskich domów, przypominających spiczaste kapelusze wiedźm.
Niecodzienność Ketheronu przyciągała do niego psychomalarzy. Zjeżdżali się tu od wieków, rozwijali psychoczułe płótno i pozwalali, by ich doznania wzrokowe przesączały się na nie poprzez wzmocnione transem umysły. Niepokojące, nastrojowe psychoobrazy, przedstawiające kręcone, żółte wieże Ketheronu były powszechne w domach nowobogackich, którzy nie nauczyli się jeszcze gardzić banałem. Nawet na Zamku Prestimion widział pięć czy sześć ketheronów wiszących w różnych miejscach i przyzwyczaił się przez nie do wyglądu tego miejsca tak bardzo, że obawiał się, iż rzeczywistość nie zrobi na nim wrażenia.