Выбрать главу

Szybko jednak odkrył, że psychoobrazy w żaden sposób nie przygotowały go na prawdziwy Ketheron. Żółty krajobraz, błotnista, żółta rzeka, powolnie płynąca przez jego środek i wznoszące się ze szczytów klifów pokrzywione, zniekształcone domy miasta Ketheron, pasujące bardziej do ogrów niż ludzi — to wszystko wyglądało tajemniczo, jak fragment obcego świata, wklejony w Majipoor pomiędzy Bailemooną i wybrzeżem Aruachozji.

Oczywiście, pomyślał Prestimion, każde miejsce, którego nie znasz, wydaje ci się tajemnicze. A ile wiedzy mamy tak naprawdę o miejscach, które zdaje nam się, że znamy?

Ten widok był jednak naprawdę dziwny. Miasto Ketheron, rozciągające się na kilka mil wzdłuż północnego brzegu rzeki, było stolicą dystryktu Ketheron. Jak na miasto Majipooru było małe, miało najwyżej pół miliona mieszkańców. Prestimion z zachwytem patrzył na domy o dziwnych kształtach i obce twarze ludzi, którzy wyszli oglądać przejeżdżającego Koronala. Tak, Ketheron był do granic niezwykły. Nawet ludzie mieli żółtawe twarze, albo tak mu się wydawało, a noszone przez nich luźne, wydymające się na wietrze peleryny nadawały im wygląd gnomów, idealnie komponujący się z dziwnym otoczeniem.

Prestimion zrozumiał, że nawet gdyby Ketheron był dla niego tak znajomy jak Muldemar, Halanx czy Tidias, nie mógłby z przekonaniem powiedzieć, że go zna. Każde miasto było samo w sobie światem, światem w miniaturze, zamykającym w swoich murach tysiące lat historii i więcej tajemnic, niż można poznać w ciągu jednego życia. A Ketheron był tylko jednym z mnóstwa miast w wielkim świecie, który powierzono jego opiece, był tylko miejscem, przez które przejedzie pewnego dnia i nie zobaczy go nigdy więcej i którego duch będzie dla niego taką samą zagadką jutro, jaką był wczoraj.

Kwitło tu rolnictwo — żółta ziemia była nadzwyczaj żyzna — a mieszkańcy sprawiali wrażenie prostych, nieprzyzwyczajonych nie tylko do widoku Koronala, ale szlachty w ogóle. Burmistrz miasta Ketheron niemal drżał, gdy wychodził ich powitać z ratusza, wrzecionowatej, pokrzywionej, trzypiętrowej wieży na samej krawędzi klifu. Chronił go imponujący zestaw atrybutów człowieka przesądnego: jego fioletowożółty płaszcz obwieszony był tyloma talizmanami i amuletami, że aż dziw, iż biedak stał o własnych siłach pod ich ciężarem. Dla duchowego wsparcia zabrał ze sobą dwóch magów, niskiego grubaska o tłustej cerze i wysoką, chudą, podobną do stracha na wróble kobietę, niosących święte przyrządy miejscowego kultu, których nawet Maundigand-Klimd nigdy wcześniej nie widział. Su-Suheris sprawiał wrażenie rozbawionego rytuałami, z pomocą których ta para wypędzała przyczajone złe duchy z podobnego do jaskini, ciemnego pokoju, w którym odbywać się miało spotkanie. A może rytuały te wykonywano dla spokoju samego burmistrza?

Gialaurys zadawał pytania, podczas gdy Prestimion i reszta stali z boku. Burmistrz był wyraźnie zbyt przejęty samą obecnością Koronala, by móc prowadzić z nim rozmowę, a próżna beztroska Septacha Melayna miała raczej niewielkie szanse go uspokoić. Za to Gialaurys, choć wielki i budzący lęk swoim wyglądem, miał talent do rozmawiania z prostymi ludźmi, gdyż sam się z nich wywodził.

Pytał, czy burmistrz lub ktokolwiek z miasta widział lub słyszał w okolicy coś o Dantiryi Sambailu. Nie, nie widzieli i nie słyszeli. Burmistrz sprawiał wrażenie, jakby nie miał pojęcia, kim Dantirya Sambail był, ale nie był w stanie pojąć, czemu prokurator Ni-moya miałby tędy podróżować. Sama myśl, że ktoś tak potężny i straszny mógłby mieć jakikolwiek powód, by przebywać w tym malowniczym, lecz mało ważnym regionie, wydawała się temu biednemu człowiekowi całkowicie niepojęta.

— Myślę, że wybraliśmy złą trasę — mruknął Prestimion do Septacha Melayna. — Gdyby zmierzał prosto ku wybrzeżu Aruachozji, musiałby tędy przejeżdżać, prawda? Powinniśmy byli z Bailemoony pojechać na zachód, nie na południe.

— Chyba że burmistrza zaczarowano, by zapomniał — powiedział Septach Melayn. — Prokurator zna się na tej grze.

Taki wybieg okazał się jednak zbędny. Kiedy Gialaurys wyciągnął portret Mandraliski, który wozili ze sobą, burmistrz natychmiast rozpoznał jego twarz.

— O, tak, tak — powiedział. — On tu był. Podróżował starym, zardzewiałym ścigaczem i zatrzymał się, żeby kupić zapasy. Jakieś trzy tygodnie temu, pięć, sześć, jakoś wtedy. Jak można zapomnieć taką twarz?

— Podróżował sam? — spytał Gialaurys.

Burmistrz nie miał pojęcia. Nikt nie zaglądał do ścigacza, zaparkowanego na brzegu rzeki. Mężczyzna o twarzy jak topór kupił czego potrzebował, wrócił do pojazdu i pojechał dalej. Burmistrz nie wiedział nawet, w którą stronę się udał.

Tutaj wreszcie pomocni okazali się magowie.

— Widzieliśmy, że obcy nie przyniesie miastu pomyślności — powiedziała chuda kobieta. — Szliśmy więc śladem jego pojazdu jakieś pół mili i co sto jardów stawialiśmy świecę ze smoczego wosku, by już nigdy nie wrócił.

— A w którą stronę zmierzał?

— Na południe — odpowiedział natychmiast człowieczek z tłustą twarzą. — W stronę Arvyandy.

10

— Ulżyło im, kiedy się nas pozbyli — powiedział Prestimion, chichocząc. Królewska karawana przejeżdżała właśnie przez podniszczoną, niepokojąco trzeszczącą, drewnianą konstrukcję zwaną Mostem Spurifona, która miała z pięć tysięcy lat. Daleko pod nimi ledwo widać było zamuloną Siarkową Rzekę, która płynęła powolnym tempem sennego węża i wyglądała jak płowa linia na tle jaśniejszej doliny. — Musieliśmy ich nieźle przerazić! Mam nadzieję, że nie wymyślili pierwszej lepszej historyjki tylko po to, byśmy wynieśli się z ich miasta.

— Do okłamania Koronala potrzebna jest odwaga — powiedział Abrigant. — Czy w tym mieście była choć odrobina odwagi?

— Mówili prawdę — powiedział Maundigand-Klimd. — Wyczuwam na naszym szlaku ślad inkantacyjnych świec. Wypalone, ale ogarki pozostały. Jedziemy we właściwym kierunku.

— Ketherończycy to nieszkodliwi, nieśmiali ludzie, którzy zaplątali się w sprawy dużo dla nich za poważne, a my okropnie ich przestraszyliśmy — powiedział Prestimion. — Powinniśmy coś dla nich zrobić. — Spojrzał na Septacha Melayna. — Zapamiętaj. Zbudujemy im chociaż nowy most. Ten nadaje się najwyżej do muzeum.

— Budowanie mostów należy do obowiązków Pontifexa — oświadczył zrzędliwie Septach Melayn. — To właśnie oznacza jego tytuł: budowniczy mostów. To starożytne słowo, ma miliony lat.

— Nic nie ma milionów lat — zaprotestował Abrigant.

— W takim razie tysiące.

— Spokój, wy dwaj — przywołał ich do porządku Prestimion. — Należy poinformować odpowiedni wydział: nowy most dla Ketheronu i już, bez dyskusji. — Zastanawiał się, jaki sens ma bycie Koronalem, skoro nawet najbliższym współpracownikom musiał powtarzać rozkaz dwukrotnie, by go posłuchano?

Na południe od rzeki żółta barwa okolicy zaczęła powoli ustępować. Tu było odwrotnie niż na północy, pasy zwyczajnej ziemi stawały się coraz częstsze, aż w końcu wszystko wróciło do normy. Przyjęli to z pewną ulgą. Dziwny, jasny kolor po pewnym czasie samą swoją intensywnością otępiał i ogłupiał umysł, a monotonia siarkowego krajobrazu stawała się trudna do zniesienia.

Tej nocy rozbili obóz u stóp niezbyt wysokiego łańcucha górskiego, leżącego wprost przed nimi. Gdy Prestimion spał, otrzymał przesłanie od Pani Wyspy.

Koronalowie nieczęsto otrzymywali przesłania i nie wynikało to tylko z faktu, że na mocy tradycji Pani była ich matką. Przesłania miały być wskazówkami dla duszy, a w normalnych warunkach żadna z Potęg Królestwa nie próbowała doradzać pozostałym. Czasami jednak, gdy Koronal musiał podjąć ważną decyzję w kryzysowej sytuacji, Pani wspomagała go swoją mądrością. Tej nocy Prestimion zasnął, kiedy tylko zamknął oczy. Czuł, że przechodzi w trans, który zapowiadał przesłanie. Słyszał cichą muzykę posiadłości Pani i poszybował lekko do niskiego pawilonu z białego marmuru, zastawionego donicami kwitnących krzewów, pachnących alabandyn i tanigali. Przed nim stała księżna Therissa, Pani Wyspy, jego matka, matka całego świata. Uśmiechała się i wyciągała do niego ręce.