Wyglądała jak zawsze młodo, była bowiem jedną z tych kobiet, na których wiek nie odciska swego piętna. Jej gęste, ciemne włosy nie straciły nic ze swego połysku od kiedy przejęła swoje nowe obowiązki. Srebrny diadem Pani lekko spoczywał na jej skroniach. Na piersi miała jak zawsze Rubin Muldemar, wspaniały klejnot w kolorze głębokiej czerwieni z fioletowym połyskiem, osadzony na złotej obręczy, od tysięcy lat będący w posiadaniu ich rodziny.
U jej boku stała Thismet.
Tak przynajmniej z początku zdawało się Prestimionowi. Niewysoka, delikatnie zbudowana kobieta o figlarnym spojrzeniu nie mogła być nikim innym, tylko nią. Kiedy dusza Prestimiona wzdrygnęła się z niepokojem — czemuż Thismet miałaby stać u boku Pani w przesłaniu, skoro zdawało mu się, że wreszcie pogodził się z jej tragiczną śmiercią i był gotów żyć dalej? — wszystko delikatnie się zmieniło, jak to bywa w snach. Teraz wyraźnie widział, że kobieta stojąca koło jego matki to nie Thismet, lecz Varaile. Jakie to dziwne, że pomyliłem ją z Thismet, pomyślał. Obie były na swój sposób piękne i fascynujące, ale wysoka, silna, kobieca Varaile nie była wcale podobna do malutkiej, delikatnej kobietki, którą Prestimion dawno temu kochał i utracił.
Zdał sobie sprawę, że jego matka coś mówi. Między nimi była jednak jakaś bariera, która nie pozwalała mu zrozumieć jej słów. Oddychał ciężko, jakby powietrze w pawilonie było zbyt gęste, a może zapach kwiatów zbyt intensywny? A ona wciąż mówiła, uśmiechała się, wskazywała to na niego, to na Varaile, to na siebie. Wysilił się, by ją usłyszeć. W końcu zrozumiał.
— Znasz tę kobietę, Prestimionie? — pytała Pani. — Nazywa się Varaile i mieszka w Stee.
— Tak, matko, znam ją. Znam.
— Ma postawę godną królowej.
— I królową zostanie — powiedział Prestimion. — Moją królową. Zamieszka w Zamku, u mego boku.
— Czy naprawdę tak myślisz, Prestimionie? Powiedz, że tak.
— O tak, matko. Tak myślę.
Kiedy obudził się o poranku, sen wciąż płonął w jego umyśle, jak to zwykle z przesłaniem bywa. Septach Melayn, który podszedł do niego jako pierwszy, spojrzał na niego dziwnie i roześmiał się.
— Przyjacielu, wyglądasz, jakbyś znajdował się dziś w innym świecie.
— Może tak właśnie jest — odpowiedział Prestimion.
Musiał jednak powrócić do tego świata. Wiele dni drogi wciąż dzieliło ich od południowego wybrzeża i jeśli pragnęli doścignąć Dantiryę Sambaila, nie mogli sobie pozwolić na stratę czasu.
Zostawili za sobą ostatnią łachę żółtego piasku i pustynny, suchy Ketheron. Teraz powietrze było łagodne i wilgotne, ciepłe i gładkie jak aksamit. Wzgórza pokrywała gęsta roślinność z woskowym połyskiem, niebo często zasnuwały deszczowe chmury, choć opady były zawsze krótkie. Zbliżali się do regionów tropikalnych.
Moment przejścia znaczyły trzy wyjątkowe punkty orientacyjne. Najpierw, w miejscu, gdzie droga wiła się w górę i z płaskich terenów wyniosła ich pomiędzy kamieniste wzgórza, ujrzeli po lewej coś, co z początku wyglądało jak samotny szczyt, lecz okazało się być całym łańcuchem górskim, długą, szarą ścianą, wyrastającą nagle z otaczającego terenu. Z wielkiej podstawy wyrastały mniejsze, zaokrąglone szczyty, identyczne, skupione na wydłużonym wierzchołku w chaotycznej masie.
— Oto Góra Trzynastu Wątpliwości — powiedział Maundigand-Klimd, który na czas podróży miał w swojej pieczy mapy. — Jej szczyty wyglądają dokładnie tak samo, jedna przełęcz przechodzi w drugą, więc każdy, kto próbuje ją przebyć, musi się zgubić.
— A co będzie z nami? — zapytał Prestimion, zastanawiając się, czy może prokurator nie błądzi właśnie pomiędzy identycznymi kamiennymi garbami.
Su-Suheris potrząsnął obiema głowami; denerwujący zwyczaj.
— Panie, my ominiemy te góry, nie będziemy ich przekraczać. Ale fakt, że mamy je na wschodzie, oznacza, że jesteśmy na właściwym szlaku. Teraz musimy wypatrywać Klifu Oczu, który powinniśmy niedługo zobaczyć.
— Klif Oczu? — powiedział Septach Melayn. — Co to może być, na miłość Bogini?
— Poczekajcie, a zobaczycie sami — odparł Maundigand-Klimd.
Kiedy w końcu go ujrzeli — bystrooki Septach Melayn jako pierwszy — nie było wątpliwości, co widzą. Klif okazał się sporą górą z białawego kamienia, stojącą samotnie, wznoszącą się po ich prawej stronie. Całe jej zbocze pokryte było masą dużych, głęboko osadzonych głazów z jakiegoś ciemnego minerału, rozrzuconych jak rodzynki w cieście. Wyglądało to jak tysiąc poważnych, czarnych oczu patrzących na podróżnych z białego zbocza góry. Na ten widok Gialaurys wykonał serię świętych znaków i nawet Prestimion poczuł dreszcz podziwu i po części strachu.
— Jak to powstało? — spytał. Ale nikt nie znał odpowiedzi, sam się zresztą jej nie spodziewał. Któż mógł wiedzieć, jaka potęga ukształtowała świat albo z jakiej przyczyny? Nie zadawało się pytań o naturę czy motywy Bogini. Świat to świat, jest pełen cudów i tajemnic.
Klif Oczu wpatrywał się w nich godzinami, gdy przejeżdżali wzdłuż jego dziwacznego boku.
— Wkrótce — powiedział Maundigand-Klimd, schylony nad mapą — zobaczymy Filary Dvorna, które wyznaczają granicę między centralnym Alhanroelem i południem.
Dotarli do nich tuż przed zmrokiem. Dwie wielkie, błękitnoszare skały, wysokie na dziesięciu mężczyzn, celowały w niebo ostrymi czubkami. Droga przebiegała między nimi prosto jak strzelił, a one tworzyły coś na kształt ceremonialnej bramy do położonych dalej ziem. Skały miały od zewnątrz powierzchnię nierówną i pokrytą skomplikowanymi wzorami, ale od strony drogi były gładkie i płaskie. Wyglądały przez to jak połówki jednego, wielkiego tworu.
— Jest w tym magia — wymamrotał Gialaurys i zaczął znowu wykonywać święte gesty.
— O tak — powiedział Septach Melayn z rozbawieniem w głosie. — To miejsce jest przeklęte. Co dwadzieścia tysięcy lat te skały zderzają się i biada tym, którzy akurat wtedy próbują między nimi przejechać.
— Więc ty też znasz tę legendę? — zapytał Maundigand-Klimd.
Septach Melayn odwrócił się w jego stronę.
— Jaką legendę? Żartowałem sobie tylko z Gialaurysem.
— W takim razie wymyśliłeś ponownie coś, co już było — powiedział Su-Suheris. — Naprawdę istnieje stara legenda Zmiennokształtnych, która opowiada o zderzających się skałach. Poruszały się niegdyś i poruszą się znowu. Co gorsza, kiedy to nastąpi ponownie — zmiażdżą wielkiego króla ludzi.
— Doprawdy? — powiedział Prestimion, z uśmiechem przesuwając wzrok od jednej do drugiej skały. — W takim razie sądzę, że nic mi nie grozi, bo choć niewątpliwie jestem królem, to nikt nie nazwie mnie wielkim — po czym, mrugając do Septacha Melayna, dodał: — Choć może powinniśmy poszukać innej drogi, tak dla bezpieczeństwa?