— Pontifex Dvorn, mój panie, nakazał po obu stronach drogi zainstalować magiczne płyty z brązu, pokryte runami, które miały chronić przed tym wydarzeniem. — powiedział Maundigand-Klimd. — Miało to miejsce trzynaście tysięcy lat temu i płyty dawno już zniknęły. Widzisz te kwadratowe nisze, tam, wysoko? Tam się ponoć znajdowały. Mimo to sądzę, że mamy wielkie szanse na bezpieczny przejazd.
Filary Dvorna faktycznie pozostały w bezruchu, kiedy je mijali. Po drugiej stronie krajobraz wyraźnie się zmieniał, roślinność była gęstsza, powietrze cieplejsze i bardziej wilgotne, wzgórza zaś były łagodnymi, zaokrąglonymi garbami.
Na mapach Maundiganda-Klimda nie zaznaczono żadnych osiedli w promieniu pięćdziesięciu mil od Filarów. Nie jechali jednak dłużej niż dziesięć minut, gdy trafili na ślad drogi odchodzącej od głównego traktu w stronę niskich wzgórz na zachodzie. Septach Melayn, kierując w tamtym kierunku swój niezawodny wzrok, oświadczył, że widzi kamienne mury, porośnięte gęsto pnączami. Prestimion, wiedziony ciekawością, wysłał na zwiad Abriganta i kilku ludzi. Wrócili po kwadransie, by oświadczyć, że leżało tam zrujnowane miasto, niezamieszkane, jeśli nie liczyć rodziny Ghayrogów rolników, którzy żyli wśród ruin. Zgodnie z tym, co mówili Ghayrogowie, były to pozostałości po wielkim mieście z czasów Lorda Stiamota, którego mieszkańcy zostali wymordowani przez Zmiennokształtnych w czasie Wojen Metamorfów.
— To niemożliwe — oświadczył Maundigand-Klimd, potrząsają obiema głowami. — Lord Stiamot żył siedemdziesiąt wieków temu. W tym klimacie dżungla już dawno pochłonęłaby takie opuszczone miasto.
— Przyjrzyjmy mu się — powiedział Prestimion i pojechali zachodnią odnogą traktu, która po paruset jardach zamieniła się w wydeptany szlak, prowadzący łagodnie pod górę. Wkrótce ujrzeli mur zrujnowanego miasta. Była to masywna konstrukcja z kamienia, w większej części wysoka na przynajmniej piętnaście stóp, ale zarośnięta krzewami i pnączami. Na lewo od wejścia do miasta stało olbrzymie, pnące drzewo o bladoszarej korze, którego mnóstwo gałęzi wrastało i wtapiało się w kamienny mur w taki sposób, że ciężko było powiedzieć, gdzie kończy się drzewo, a zaczynają ruiny.
Na powitanie wyszła para silnych, młodych Ghayrogów. Byli nadzy, ale nie dało się rozpoznać ich płci, gdyż organy płciowe Ghayrogów ukazywały się tylko w chwili seksualnego podniecenia. Podobnie piersi samic były widoczne wyłącznie w okresie karmienia młodych. Choć biologicznie należeli do ssaków, ciężko było myśleć o Ghayrogach inaczej niż o gadach. Ich ciała pokrywały błyszczące łuski, mieli mocne, walcowate ramiona i nogi, zimne, zielone i nigdy nie mrugające oczy, za to wciąż wysuwali i chowali pomiędzy twardymi wargami rozwidlone, szkarłatne języki. Na ich głowach zamiast włosów wiły się podobne do węży, czarne sploty.
Powitali gości z nieco obojętną uprzejmością i poprosili ich, by zaczekali na przyjście ich dziadka. Senior rodu pojawił się wkrótce, kulejąc i faktycznie był wiekowym Ghayrogiem.
— Jestem Bekrimiin — powiedział i wykonał powolny, lecz wylewny gest powitania. Prestimion się nie przedstawił. — Jesteśmy bardzo biedni, ale ugościmy was najlepiej, jak potrafimy.
To powiedziawszy, przywołał gestem swoje wnuki, które przyniosły półmiski, będące niczym innym jak wielkimi, podobnymi z kształtu do serca liśćmi jakiegoś pobliskiego drzewa. Na nie wyłożyli sfermentowane puree z jakiegoś warzywa, pachnące ostro przyprawami. Prestimion zjadł trochę, ostentacyjnie okazując zadowolenie. W jego ślady poszło kilku innych ludzi, choć ani Gialaurys, ani wybredny Septach Melayn nawet nie udawali, że jedzą. Do posiłku podano słodki, musujący alkohol.
Później Ghayrog zaprowadził ich do serca ruin. Widoczny był tylko niewyraźny zarys miasta, fundamenty budynków, tu i ówdzie spalona wieża, parę jeszcze nie wywróconych, wspartych na pobliskich drzewach ścian czegoś, co mogło być magazynem, świątynią lub pałacem. Większość budynków pochłonęły już pnące drzewa, których spłaszczone gałęzie zrastały się, całkowicie zakrywając wszystko, o co się kiedyś opierały. Miasto, jak powiedział starzec, zwało się Diarwis, choć nazwa ta nie mówiła nic Prestimionowi i jego towarzyszom.
— Zbudowano je w czasach Lorda Stiamota, prawda? — zapytał Prestimion.
Ghayrog zaśmiał się chrapliwie.
— Nie, nic z tych rzeczy. Tak wam powiedziały te głupie dzieci? Nic nie wiedzą. Cała wiedza o historii, którą próbuję im przekazać, wypada im z głów zanim skończę mówić. Nie, to miasto jest dużo młodsze. Opuszczono je zaledwie dziewięćset lat temu.
— I nie było żadnego najazdu Metamorfów?
— To też wam powiedziały? Nie, to tylko mit. Wtedy nie było już Metamorfów w Alhanroelu. Miasto zniszczyło się samo.
I stary Ghayrog opowiedział im historię o okrutnym i pysznym diuku, o buncie sług, którzy pracowali na jego roli, o zabiciu trzech członków rodziny diuka, o jego okrutnej zemście, o kolejnym powstaniu i jeszcze brutalniejszych represjach, które zakończyły się zabójstwem diuka i opuszczeniem miasta zarówno przez sługi, jak i panów, bo podówczas pozostało przy życiu za mało ludzi, by mogli tu dalej żyć.
Prestimion słuchał w ponurej ciszy, zdumiony tym fragmentem nieznanej historii.
Jak każdy książę z Zamku, któremu przeznaczona była ważna rola w rządzie, odbył intensywne studia nad annałami historii Majipooru. Była to historia niezwykle pokojowa, w której od czasu wojen Stiamota z Metamorfami aż do walki Prestimiona z Korsibarem nie miał miejsca żaden poważny rozlew krwi. Nigdy nie znalazł opowieści o zbuntowanych sługach i zamordowanych diukach. Historia ta kłóciła się z jego wizją mieszkańców Majipooru jako ludzi łagodnych, którzy już dawno nauczyli się rozwiązywać swoje konflikty pokojowymi metodami. Wolałby już usłyszeć, że to Zmiennokształtni dokonali tych zniszczeń, bo przynajmniej brutalny konflikt pomiędzy ludźmi a Metamorfami miał długą historię, choć kończyła się ona na tysiąc lat przez zniszczeniem miasta.
Bekrimiin poinformował gości, że mogą zostać u niego na noc lub jak długo zechcą, lecz Prestimion miał już dość tego miejsca, które położyło się cieniem na jego nastroju. Powiedział Gialaurysowi:
— Podziękuj mu i daj trochę pieniędzy, i powiedz, że właśnie gościł Koronala, a potem ruszamy. — Do Abriganta zaś rzekł: — Kiedy wrócimy na Zamek, znajdź mi wszystkie dokumenty dotyczące historii tego miejsca. Chciałbym ją lepiej poznać.
— Równie dobrze w archiwach niczego nie znajdziesz — powiedział Septach Melayn. — Ukrywanie niewygodnych faktów nie musi być naszym autorskim wynalazkiem, mój panie.
— Być może — odpowiedział Prestimion ponuro i wyszedł przez bramę miasta. Przez jakiś czas wpatrywał się w wielkie drzewo, które trzymało mur w swoim pożerającym uścisku. Przez resztę popołudnia niewiele się odzywał.
Jechali teraz przez rejon zwany Arvyandą. Nazwę tę zazwyczaj słyszało się w sformułowaniu „ Arvyanda, kraina złotych wzgórz”, które Prestimionowi kojarzyło się z płowymi wzgórzami, spalonymi słońcem podczas długiego, suchego lata. Zastanawiał się, jak wzgórza mogą być złote w wiecznie kwitnącym, zielonym, tropikalnym regionie częstych deszczy. A może znajdowały się tu kopalnie żółtego metalu?
Szybko okazało się, że źle to sobie wyobrażał. Na wzgórzach Arvyandy rosło tak wiele drzew o grubym pniu i liściach w łódkowatym kształcie, że niemal nie było widać innej roślinności. W jasnym, tropikalnym słońcu te niezliczone, sztywne, rozpostarte liście o metalicznej teksturze błyszczały złoto, jakby cała okolica była pozłacana.