Выбрать главу

W mieście Arvyanda wypytywali ludzi o Dantiryę Sambaila, lecz nie otrzymali żadnych istotnych informacji. Nikt nie twierdził, że widział samego prokuratora, choć w kilku miejscach mówiono o nieprzyjemnych obcych, którzy parę tygodni wcześniej przemierzali spiesznie obrzeża miasta. Czy tubylcy specjalnie nie opowiadali o szczegółach, czy byli po prostu ograniczeni? Ciężko było to stwierdzić, ale w każdym razie niewiele można było się od nich dowiedzieć.

— Jedziemy dalej? — Septach Melayn zapytał Prestimiona.

— Tak, wprost na wybrzeże.

Po drugiej stronie Arvyandy znajdowały się osławione kopalnie topazu w Zebergedzie. Znajdowano tu przezroczystą formę tego cennego minerału, przejrzystą jak najlepsze szkło i po oszlifowaniu znacznie przewyższającą je połyskliwością. Światło słońca było w kamienistym Zebergedzie tak jasne, że jego blask czynił żyły topazu niewidzialne za dnia. Z tego powodu zbieracze wychodzili pod wieczór, kiedy topaz błyszczał w ostatnich promieniach słońca i na błyszczących kamieniach kładli miski jako znaczniki. Wracali następnego dnia, by odciąć tak oznaczone kawałki skały, po czym oddawali je rzemieślnikom do oszlifowania.

Prestimion obserwował to z zainteresowaniem, ale zbieracze z Zebergedu, choć pokazywali mu wspaniałe płyty najczystszego topazu, nie mieli dla niego informacji o Dantiryi Sambailu.

Za Zebergedem niebo zachmurzyło się i wyglądało jak podbite grubą, opalizującą gazą. Wkraczali w deszczowy region Kajith Kabulon, gdzie klinowaty łańcuch górski nieustannie chwytał napływające znad południowych mórz mgły i przemieniał je w deszcz. Wkrótce dotarli do strefy opadów i od tej chwili minęło wiele dni, nim znów ujrzeli słońce. Deszcz bębnił nieustannie, poza nielicznymi godzinami przerw.

Dżungla Kajith Kabulon była… zielona, zielona, zielona. Od ziemi aż do nieba wyrastała niezwykła obfitość drzew i krzewów. Ich pnie pokryte były pasami czerwonych i żółtych grzybów, stanowiących jedyny kolorowy akcent w zielonym oceanie, a ich korony związane były nieprzeniknioną plątaniną lian i porośli, tworzących niemal szczelny baldachim, przez który nieustannie sączył się kapiący na ziemię deszcz. Gąbczasta gleba pokryta była gęstym dywanem puszystego, zielonego mchu, przerywanym tu i ówdzie wąskimi strumyczkami i licznymi jeziorkami, które odbijały i zakrzywiały przytłumione, zielonkawe światło w tak skomplikowany sposób, że czasami trudno było stwierdzić, czy padało ono z góry, czy wydobywało się z ziemi.

Obfitość zwierząt zapierała dech w piersiach. Żarłoczne, długonogie robaki, chmary pcheł, brzęczące, białe osy o skrzydłach w czarne pasy. Niebieskie pająki, zwieszające się na długich niciach z wysokich drzew. Muchy o ogromnych, czerwonych oczach. Szkarłatne, żółto nakrapiane jaszczurki. Płaskogłowe, ryczące ropuchy. Tajemnicze stworzenia, które kryły się w szczelinach skał i nie pokazywały nic poza włochatymi pazurami, które wystawiały jak czujki. Od czasu do czasu widywali futrzaste zwierzaki, które nigdy nie zbliżały się do podróżujących, jak parskając i węsząc w dżungli odwracały płaty mchu rozwidlonymi trąbami w poszukiwaniu czegoś, co pod nim żyło. W zielonej ciemności rzeczy przybierały dziwne, fantasmagoryczne kształty. Smukłe kameleony wyglądały jak szare gałązki, gałązki jak kameleony, węże udawały pnącza, a niektóre pnącza do złudzenia przypominały węże. Leżące nad strumieniami, próchniejące kłody brało się za przyczajone, drapieżne gurnibongi, za to raz, gdy Gialaurys ukląkł rano przy wodzie, by ochlapać sobie twarz, ujrzał, że to, co wziął za leżącą zaledwie parę stóp od niego w strumieniu kłodę uniosło się pochrząkując na czterech masywnych łapach i powoli odeszło, kłapiąc długim, zębatym pyskiem z urazy, że mu przeszkodzono.

Książę Thaszthasz, smukły mężczyzna o oliwkowej skórze i w nieokreślonym wieku, który rządził Kajith Kabulon odkąd Prestimion pamiętał, przyjął niezapowiedzianą wizytę Koronala w swoich ziemiach z takim samym spokojem, z jakim zdawał się znosić wszystko inne. Wyprawił dla Prestimiona obfitą ucztę w swoim plecionym pałacu w sercu dżungli. Była to otwarta, przewiewna budowla zbudowana w stylu naśladującym konstrukcje Metamorfów z Iliryvoyne, położonego daleko na drugim kontynencie.

— Co roku buduję nową — wyjaśnił Thaszthasz. — To zmniejsza koszty utrzymania rezydencji.

Jedli słodkie owoce i wędzone mięsa, których smaki były całkowicie obce przybyszom z Góry Zamkowej, ale przynajmniej wino pochodziło z północy i było jak długo oczekiwana namiastka rodzinnych stron. Były występy muzyków, byli żonglerzy, a trzy wijące się jak węże, prawie nagie dziewczyny odtańczyły skomplikowany, prowokujący taniec. Prestimion i książę dyskutowali o urokach koronacji, o kwitnącym zdrowiu Pontifexa, którego Prestimion niedawno widział, o cudach otaczającej ich dżungli, którą Thaszthasz, całkiem niezaskakująco, uważał za najpiękniejsze miejsce całego Majipooru.

Stopniowo, wraz z upływem nocy, rozmowa zeszła na poważniejsze tory. Prestimion próbował poruszyć temat Dantiryi Sambaila, ale zanim zdążył wyjaśnić powód swojej wizyty na południu, książę Thaszthasz zgrabnie wtrącił, że miał poważny problem, polegający na coraz częstszych przypadkach niewyjaśnionego szaleństwa, trapiącego mieszkańców jego prowincji.

— Zasadniczo jesteśmy bardzo zrównoważonymi ludźmi, mój panie. Niezmienna łagodność i ciepło tutejszego klimatu, piękno i spokój otoczenia, niezmienna muzyka deszczu… nie wyobraża sobie Wasza Miłość, jak zbawienny wpływ ma to wszystko na duszę.

— To prawda. Zaiste, nie wyobrażam sobie.

— Ale teraz — w ciągu ostatnich sześciu, może ośmiu miesięcy — nagle wszystko się zmieniło. Najbardziej zrównoważeni obywatele nagle wstają i całkowicie nieprzygotowani wyruszają do lasu. Rozumie Wasza Miłość, schodzą z przetartych szlaków, co nie jest bezpieczne, bo las jest duży — zapewne nazwalibyście go dżunglą — i potrafi być niełaskawy dla tych, którzy go zlekceważą. Do tej pory mieliśmy jedenaście setek takich zniknięć. Powróciła tylko garstka z tych, którzy wyruszyli. Czemu ruszają? Czego szukają? Nie potrafią nam na to odpowiedzieć.

— Jakie to dziwne — powiedział Prestimion, czując się niezręcznie.

— Poza tym mieliśmy wiele niezwykłych przypadków irracjonalnych zachowań, niektóre z użyciem przemocy. Były nawet ofiary… — Thaszthasz potrząsnął głową. Na jego gładkiej, spokojnej twarzy pojawił się grymas bólu. — Nie rozumiem tego, mój panie. Nie miały tu miejsca żadne zmiany, które mogłyby spowodować taki wstrząs. Wyznam, że wydaje mi się to niepokojące. Powiedzcie, Wasza Miłość, czy mieliście podobne doniesienia z innych okolic?

— Tak, mieliśmy — powiedział Prestimion, który nie myślał o tej sprawie od czasu, kiedy opuścił Labirynt. Nieprzyjemnie było znów się z nią mierzyć. — Zgadzam się, że sytuacja jest niepokojąca. Prowadzimy badania.

— Ach. Niewątpliwe wkrótce będziecie mieli ważne wnioski, którymi się z nami podzielicie. Jak myślisz, mój panie, czy za tym może stać jakaś magia? To moja teoria i wydaje mi się całkiem słuszna. Co innego mogłoby naraz odebrać rozum tak wielu osobom, jeśli nie jakieś wielkie zaklęcie, które ciemna siła rzuciła na te ziemie?

— Wiele uwagi poświęcamy tej kwestii — powiedział Prestimion tonem na tyle ostrym, by Thaszthasz, doświadczony w sprawach związanych z rządzeniem, zrozumiał, że Koronal pragnie zakończyć dyskusję. — Pozwól mi, książę, zapytać o coś innego, a co jest właściwym powodem, dla którego zapuściłem się do twojego pięknego lasu…

11