— Podszedł do sprawy nader spokojnie — powiedział Septach Melayn z pewnym żalem, gdy przejeżdżali przez południowy skraj deszczowej krainy. — Och, tak, oczywiście, sławny prokurator! — powiedział, wysokim głosem naśladując nijaki, niezmienny styl mówienia księcia Thaszthasza. — Jaka to niezwykła postać! Przeżywamy zdumiewający czas niespodziewanych wizyt w naszej krainie! Czy nie słyszał ani słowa o blokadzie wybrzeża? Ani o linii patroli, którą wyznaczyliśmy pomiędzy Bailemooną i Stoien?
— Słyszał — powiedział opryskliwie Abrigant. — Oczywiście, że słyszał! Po prostu nie chciał wejść w konflikt z Dantiryą Sambailem. Kto by chciał? Ale jego obowiązkiem było zatrzymać prokuratora do czasu…
— Nie — powiedział Prestimion. — Byliśmy niedokładni przy rozsyłaniu wiadomości. Nakazaliśmy urzędnikom portowym, by zatrzymali go, jeśli go zauważą, ale nigdy nie wysłaliśmy tej informacji do ludzi takich, jak Thaszthasz, którzy mają władzę nad ziemiami, przez które Dantirya Sambail najpewniej podróżował w stronę morza. Byliśmy niedokładni i mamy tego skutki. Ponieważ nie ogłosiliśmy, że Dantirya Sambail jest zbiegiem wyjętym spod prawa, umożliwiliśmy mu nie tylko prześliźnięcie się do wybrzeża, ale i korzystanie po drodze z gościnności książąt.
Abrigant nie ustępował.
— Thaszthasz powinien był wiedzieć, że go poszukujemy. Należy go ukarać za jego zaniedbanie…
— Na czym polegające? — zainteresował się Gialaurys. — Na tym, że zaprosił władcę całego zachodniego kontynentu na posiłek w swoim pałacu? Jeśli nie informujemy, że Dantirya Sambail jest przestępcą, który musi zostać postawiony przed sądem, czemu ktokolwiek miałby go podejrzewać? — Gialaurys powoli potrząsnął wielką głową. — A nawet gdyby o tym wiedział, czemu miałby się wtrącać? Dantirya Sambail może sprawić każdemu duże kłopoty, a Thaszthasz ewidentnie nie należy do ludzi, którzy kłopoty dobrze znoszą. Może nawet nie ma pojęcia o całej sprawie. Żyje w tej dżungli, słucha, jak pada jego cudny deszcz i nie obchodzi go nic innego.
— Wciąż jest nadzieja — powiedział Maundigand-Klimd — że ktoś okazał się na tyle odważny, by pochwycić Dantiryę Sambaila w którymś z portów.
Ponieważ nikt nie kwapił się do podtrzymania rozmowy, temat porzucono.
Wjeżdżali teraz na terytorium Aruachozji, położonej wzdłuż południowego wybrzeża Alhanroelu. Morze było oddalone o zaledwie kilkaset mil i każdy powiew wiatru niósł jego słonawy zapach i duszne ciepło. Ta ziemia była wilgotna, parująca. Jej rozległe połacie pokrywały pełne owadów bagna i splątane gąszcze palm manganoza o liściach jak piły, czyniąc je praktycznie niezdatnymi do zamieszkania. Zachodnia część regionu jednak cechowała się stosunkowo umiarkowanym klimatem, ciągnęła się do Sippulgaru, głównego portu morskiego na zachodnim wybrzeżu, leżącego na granicy pomiędzy Aruachozją i prowincją Stoien.
Sippulgar zawsze nazywano złotym. Prestimion pomyślał, że cała ta podróż była zaiste złota: złote pszczoły z Bailemoony, żółte piaski Ketheronu, złote wzgórza Arvyandy, a teraz złoty Sippulgar. Była też bardzo malownicza, ale do tej pory nie przyniosła nic, poza złotem głupców. Dantirya Sambail beztrosko poruszał się coraz dalej, nie napotykając żadnych trudności i w tej chwili być może już prześliznął się przez blokadę portów i wracał do swojego prywatnego królestwa, Zimroelu, gdzie będzie właściwie nietykalny.
Prestimion zastanawiał się, czy ta ciągła pogoń miała jakikolwiek sens. Może powinni się zatrzymać i spiesznie wrócić na Zamek? Czekały na niego królewskie obowiązki. Bunt Sambaila nie był jego jedynym problemem, w kraju niewątpliwie panował prawdziwy kryzys, a Koronal i jego najbliżsi doradcy podróżowali po odległych ziemiach, angażując się w bezowocne poszukiwania, które można by lepiej prowadzić innymi środkami.
I była jeszcze Varaile, wielkie pytanie w jego życiu, pozostające wciąż bez odpowiedzi…
Na chwilę Prestimion postanowił zaprzestać pogoni za prokuratorem, ale kiedy tylko o tym pomyślał, natychmiast odepchnął od siebie ten pomysł. Podążał za Dantiryą Sambailem tak długo, przez pustynię i przez dżunglę, przez złote ziemie i postanowił, że będzie podążać dalej, przynajmniej póki nie dotrze na wybrzeże, gdzie może uda mu się zdobyć konkretne informacje o ruchach prokuratora. Złoty Sippulgar będzie ostatnim punktem jego podróży. A więc jazda, do Sippulgaru, a potem do domu, do Zamku, do tronu i zadań Koronala; do domu, do Varaile.
Sippulgar nazywano „złotym”, ponieważ fasady wszystkich jego dwu — i trzypiętrowych budynków zbudowano ze złotawego piaskowca, który wydobywano z pobliskich wzgórz na północy. Podobnie jak metaliczne liście drzew w Arvyandzie, błyszczące w jasnym świetle tropikalnego słońca i zamieniające całą okolicę w krainę lśniącego złota, ciepły, łagodny w kolorze kamień Sippulgaru, odbijający światło drobinkami miki, w świetle dnia nadawał wszystkiemu olśniewający, złoty blask.
Było to w każdym calu miasto dalekiego południa, tonące w powietrzu wilgotnym i ciężkim. Roślinność wzdłuż ulic i wokół domów, cudownie bujna, mieniła się oszałamiająco kolorowymi kwiatami we wszystkich odcieniach czerwieni, błękitu, żółci, fioletu, pomarańczy, a nawet ciemnego brązu i pulsującej, migotliwej czerni, tak intensywnej, że zdawała się być raczej kwintesencją koloru, niż jego brakiem. Ludzie tutaj również byli ciemnoskórzy, o twarzach i ciałach wyraźnie naznaczonych przez gorące słońce. Sippulgar leżało w wyjątkowej urody wygiętej zatoce nad niebieskozielonym brzegiem Morza Wewnętrznego. Port wypełniały statki z całego świata. Ten fragment południowego Alhanroelu zwany był Wybrzeżem Przypraw, gdyż wszystko, co tylko tu rosło, cechowała niezwykła woń: z niskich, nadbrzeżnych roślin produkowano khazzil i balsam zwany himmam, a w lasach w głębi lądu rosły drzewa cynamonowe, mirra, drzewa thanibong i szkarłatne fthiisy. Wszystkie te rośliny wydzielały tyle aromatycznych olejków i żywic, że samo powietrze wokół Sippulgaru sprawiało wrażenie perfumowanego.
Przybycie Prestimiona do Sippulgaru nie było niespodzianką. Od początku wyprawy na południe wiedział, że niezależnie od tego, jaką trasą podąży z Labiryntu, dotrze na wybrzeże właśnie tutaj, chyba że po drodze otrzyma informację, zmuszającą do kontynuowania pościgu za Dantiryą Sambailem w innym kierunku. Z tego powodu najwyższy dostojnik miasta, noszący tytuł Prefekta Królewskiego, przygotował mu majestatyczny apartament w rządowym pałacu, pokaźnym budynku z miejscowego piaskowca, z którego rozciągał się widok na zatokę.
— Mój panie, jesteśmy gotowi spełnić każde twoje pragnienie, zarówno materialne, jak i duchowe — powiedział natychmiast Prefekt.
Nazywał się Kameni Poteva i był wysokim człowiekiem o sokolej twarzy, który ozdobił swoją białą, urzędową szatę parą jadeitowych amuletów zwanych rohillami i szarfą wyszywaną w święte symbole. Prestimion wiedział, że Sippulgar był miastem ludzi przesądnych. Czczono tu boga, który uosabiał Czas i miał postać skrzydlatego węża z groźną, zębatą paszczą i płonącymi oczyma niewielkiego zwierzęcia, zwanego jakkabole. W drodze do miasta Prestimion widział jego podobizny na kilku placach. Obecne tu były także inne egzotyczne kulty, ponieważ Sippulgar pełnił rolę nowego domu dla kolonii przybyszy z gwiazd, przedstawicieli ras, których cała populacja na Majipoorze nie przekraczała paru setek. Jedna z ulic była, jak słyszał, zabudowana rzędem świątyń poświęconych bogom tych obcych przybyszów. Prestimion zanotował w myślach, że chciałby zobaczyć ją przed odjazdem.
Kiedy tego wieczoru szykował się do oficjalnej kolacji, którą na jego część wydawał Prefekt, przyszedł do niego Septach Melayn.