— A na zachód?
— Na zachodzie, mój panie, leży prowincja Stoien i półwysep Stoienzar. Wzdłuż południowego wybrzeża Stoien jest tylko kilka rzadko rozrzuconych portów, ponieważ upały, owady i nieprzebyte dżungle palm piłowych zniechęcały do osiedlania. Na przestrzeni blisko trzech tysięcy mil mamy tylko miasta Maximin, Karasat, Gunduba, Slail i Porto Gambieris, z których żadne nie jest zbyt ważne. Gdyby prokurator z Kajith Kabulon dotarł do jednego z nich i próbował wykupić przejazd dalej na zachód, na pewno byśmy o tym wiedzieli, jednak nikt podobny do Dantiryi Sambaila nie był w żadnym z nich widziany.
— A jeśli nie dotarł lądem aż do południowego wybrzeża? — zapytał Septach Melayn. — Jeśli gdzieś skręcił na zachód i ruszył w stronę jednego z portów na północnym półwyspie? Czy to w ogóle możliwe?
— Owszem, możliwe, choć trudne. — Prefekt przesunął czubkiem długiego, kościstego palca po linii na mapie. — Tutaj leży Kajith Kabulon. Jedyna dobra droga, prowadząca przez las deszczowy idzie na wschód i nią właśnie podróżowaliście. Istnieją też lokalne drogi, słabo utrzymane i niełatwe w użyciu, które mogą wydać się kuszące dla kogoś, kto próbuje uciec przed sprawiedliwością. Choćby ta, która wychodzi z Kajith Kabulon w jego północnozachodnim rogu i przecina północną Aruachozję, po czym zmierza na zachód w stronę półwyspu. Jeśli wszystko poszłoby po jego myśli, prokurator mógłby dotrzeć do jednego z tuzina portów leżących na półwyspie po stronie zatoki. Tam zaś wszystko byłoby dla niego łatwiejsze.
— Rozumiem — powiedział Prestimion, czując ucisk w dołku. Półwysep Stoienzar, domena diuka Oljebbina, wystawał na zachód z południowej części Alhanroelu jak gigantyczny kciuk, wysunięty głęboko w ocean. Na południe od półwyspu znajdowała się większość Morza Wewnętrznego i droga do Suvraelu. Po północnej stronie półwyspu leżała spokojna, tropikalna Zatoka Stoien. Region Zatoki Stoienzar był jednym z najgęściej zaludnionych na Majipoorze. Co sto mil leżały tam duże miasta, a prawie całą przestrzeń pomiędzy nimi zajmowały kurorty, centra rolnicze i wioski rybackie. Jeśli Dantirya Sambail dotarł gdziekolwiek nad brzeg zatoki, nie miałby problemów ze znalezieniem żeglarza spod ciemnej gwiazdy, który przewiózłby go do Stoien, największego miasta w okolicy, z którego statki nieprzerwanie kursowały pomiędzy Zimroelem i Alhanroelem.
Oczywiście wysłali do Stoien i do wszystkich międzykontynentalnych portów w tej okolicy odpowiedni zakaz. Ale jak bardzo można na nim polegać? Spokojne miasta tropików były znanymi siedliskami skorumpowanych urzędników. Podczas swych długoletnich studiów na Zamku, Prestimion poznał historie takich przypadków. Gubernator Gan Othiang, który bogacił się w porcie Khuif na półwyspie za rządów poprzedzających Prankipina, miał w zwyczaju, oprócz zwykłych portowych podatków, nakładać na wszystkich kupców jeszcze jeden, swój własny. Gdy umarł, jego prywatny skarbiec, wypchany kością słoniową, perłami i muszlami, zawierał bogactwo większe, niż skarb prowincji. W położonym dalej na północ Yarnik, burmistrz Plusiper Pailiap, zwykł konfiskować własność zmarłych kupców, których spadkobiercy nie zgłosili się w ciągu trzech tygodni. Diuk Saturis, dziadek Oljebbina, był wielokrotnie oskarżany o przywłaszczanie sobie odsetka ze wszystkich wpływów z cła, chociaż wszelkie rządowe śledztwa były zawsze umarzane z niewyjaśnionych powodów. Prefekt Sippulgaru sprzed tysiąca lat utrzymywał potajemnie własną flotę piracką, która grasowała na pobliskich wodach. I tak dalej. W tutejszym dusznym powietrzu musiało być coś, co powodowało erozję praworządności i pobożności.
Prestimion odsunął mapę. Zwrócił się do Kameni Potevy.
— Ile czasu, sądzisz, zajęłaby Dantiryi Sambailowi podróż lataczem do portu Stoien z…
Zachowanie Prefekta stało się nagle nader dziwaczne. Kameni Poteva był w najlepszym wypadku człowiekiem zestresowanym, było to widać od pierwszej chwili. Teraz jednak wewnętrzne napięcie, w którym wciąż trwał, musiało wzrosnąć tak, że stało się niemal nie do wytrzymania. Jego szczupła, ostra twarz, która wyglądała, jakby tropikalne słońce wypaliło z niej całe zbędne ciało, wydawała się ściągnięta tak, że skóra nieomal pękała. Na lewym policzku drgał mu mięsień, usta wykrzywiał tik, a oczy wyszły mu na wierzch jak para dużych, białych kul pod ciemnym czołem. Dłonie Kameni Potevy były zaciśnięte w pięści, trzymał je ściśnięte razem, ze złączonymi kostkami, nad dwiema rohillami na swojej piersi.
— Kameni Potevo? — powiedział Prestimion, poważnie zaniepokojony.
Prefekt w odpowiedzi wydał z siebie charczące westchnienie.
— Wybacz mi, mój panie… wybacz mi…
— Co się dzieje?
Kameni Poteva tylko potrząsnął głową, co wyglądało jakby się wzdrygnął. Drżał na całym ciele. Sprawiał wrażenie, że rozpaczliwie próbuje odzyskać kontrolę nad sobą.
— Mów do mnie, człowieku! Chcesz wina?
— Mój panie… och, mój panie… wasza głowa, mój panie…?
— Co z moją głową?
— Och… przykro mi… tak mi przykro…
Prestimion spojrzał na Septacha Melayna i Gialaurysa. Czy to było szaleństwo, atakujące pod samym nosem Koronala? Tak. Tak. Bez wątpienia.
W tym potwornie dziwnym momencie Maundigand-Klimd zrobił szybki krok naprzód i położył ręce na ramionach Prefekta. Pochyliwszy obie głowy tak, że znajdowały się zaledwie o cale od czoła Kameni Potevy, Su-Suheris wypowiedział parę cichych słów, których Prestimion nie zrozumiał. To musiało być zaklęcie. Prestimionowi zdało się, że widzi białą mgłę, pojawiającą się między tamtymi dwoma.
Upłynęło kilka sekund, a stan Kameni Potevy pozostawał niezmieniony. Potem z ust Prefekta dobyło się niskie syczenie, jakby był balonem, który nadmuchano do granic wytrzymałości, a jego postawa wyraźnie się rozluźniła. Kryzys mijał. Kameni Poteva spojrzał na moment dzikimi oczami na Prestimiona, twarz wykrzywił mu grymas wstydu i szoku, po czym znów odwrócił wzrok.
Po chwili przemówił głuchym, ledwo słyszalnym głosem.
— Mój panie, to niewyobrażalnie upokarzające… Pokornie błagam o wybaczenie, mój panie…
— Ale co to było? Co się stało? Mówiłeś coś o mojej głowie.
Nastąpiła długa, pełna bólu przerwa.
— Miałem halucynacje. — Prefekt wyciągnął dłoń po butelkę wina. Septach Melayn szybko napełnił jego kielich. Kameni Poteva pil zachłannie. — To mi się zdarza, teraz dwa, trzy razy w tygodniu. Nie mogę od nich uciec. Modliłem się, by nie zdarzyły się w waszej obecności, ale stało się inaczej. Wasza głowa, panie… była potworna, spuchnięta, jakby miała eksplodować. Tak mi się zdawało. A Wysoki Doradca… — spojrzał na Septacha Melayna i zadrżał. — Jego ramiona i nogi wyglądały jak odnóża gigantycznego pająka! — zamknął oczy. — Muszę zostać zwolniony ze służby. Już się do niej nie nadaję.
— Nonsens — powiedział Prestimion. — Potrzebujesz odpoczynku, to wszystko. Ze wszystkich raportów wynika, że dobrze wykonujesz swoją pracę. Czy te halucynacje to coś nowego?
— Mam je od półtora miesiąca. Dwóch miesięcy. — Żal było patrzeć na Prefekta. Nie potrafił nawet spojrzeć wprost na Prestimiona, siedział tylko ze zwieszoną głową i zgarbionymi plecami, patrząc na własne buty. — To jak atak. Widzę potworne rzeczy. Wizje jak z koszmaru, okropieństwa, jedno po drugim przez pięć, dziesięć, czasem piętnaście minut. Potem to mija i za każdym razem modlę się, żeby były ostatnimi. Ale zawsze jest następny.