— Spójrz na mnie — powiedział Prestimion.
— Mój panie…
— Nie. Spójrz na mnie. Powiedz mi, Kameni Potevo, czy jesteś jedynym człowiekiem w Sippulgarze, który cierpi taką przypadłość?
— Nie. Nie jedynym — odpowiedział cichutko.
— Tak myślałem. Czy to ostatnio bardzo częste? Dotychczas normalni ludzie załamują się, zachowują dziwnie?
— Niektórzy, tak. Właściwie bardzo wielu.
— Były zgony?
— Zdarzały się. Także zniszczenie mienia. Mój panie, musiałem poważnie zgrzeszyć, skoro sprowadziłem to na…
— Posłuchaj mnie, Kameni Potevo. Cokolwiek się dzieje, nie jest to twoja wina, rozumiesz mnie? Nie możesz brać tego do siebie i nie możesz poczytywać sobie za hańbę, że w mojej obecności przytrafił ci się atak. Tak jak ty nie jesteś jedynym w Sippulgarze, który miewa halucynacje, tak Sippulgar nie jest jedynym miastem, w którym takie rzeczy się zdarzają. To dzieje się wszędzie, Kameni Potevo. Zdaje się, że cały świat powoli wariuje. Chcę wiedzieć, dlaczego.
Prefekt, znacznie teraz spokojniejszy, zdołał się nawet uśmiechnąć.
— Jeśli chcecie mnie tymi słowami pocieszyć, mój panie, muszę powiedzieć, że ci się to nie udaje.
— Nie oczekiwałem natychmiastowego sukcesu. Ale poczułem, że powinieneś to wiedzieć. To epidemia, wszechogarniające zjawisko. W tej chwili nie jesteśmy pewni, czym spowodowane. Doskonale zdajemy sobie sprawę z problemu i nad nim pracujemy, i zamierzamy go rozwiązać.
Prestimion usłyszał cichy, wymuszony kaszel Septacha Melayna. Spojrzał na niego ostro, wyraźnie dając do zrozumienia, że to niewłaściwa pora na jego żarciki.
Przynajmniej część z tego, co powiedział, była prawdą. Jakaś część. Wiedzieli o problemie. Zamierzali go rozwiązać. A jak, kiedy, w jaki sposób — cóż, pomyślał Prestimion, nie wszystko naraz. Sam Lord Stiamot tego nie potrafił.
Wyglądało na to, że dalsza pogoń za prokuratorem nie miała już sensu. Prestimion wiedział, że mógł gonić wciąż i wciąż, coraz dalej i dalej, ale miał niewielkie szanse znaleźć Dantiryę Sambaila i że nie mógł podróżując po świecie uciec przed demonami, które zalęgły się w jego własnej duszy. Przyszła pora wrócić na Zamek.
Następnego dnia Kameni Poteva przyniósł Prestimionowi teczkę ze wszystkimi informacjami o zbiegu, jakie zdołał wydobyć z administratorów prowincji Aruachozja i Stoien. Nie było tam nic wartościowego: niepewne domysły, niepotwierdzone plotki i mnóstwo zdecydowanych zaprzeczeń, jakoby Dantirya Sambail pojawił się gdziekolwiek w pobliżu ziem danego urzędnika.
Nie zanotowano żadnego kontaktu z prokuratorem od czasu przekazanego przez księcia Serithorna doniesienia jego zarządcy, Haigana Harthy, a to miało miejsce wiele miesięcy wcześniej pod Bailemooną i w dodatku był to raport z drugiej ręki. Poza tym mieli bardzo niewiele, tylko spotkanie samego Haigana Harthy z kimś podobnym do Mandraliski mniej więcej w tamtym czasie i drugie pojawienie się Mandraliski parę miesięcy później, daleko na południu, w Ketheronie. Później ślad się urywał.
— Istnieją tylko dwie możliwości — powiedział Septach Melayn. — Może prześlizgnęli się przez Arvyandę i Kajith Kabulon niezauważeni, znaleźli, jak sugerował Prefekt, zachodnią drogę do Stoienzar, wsiedli na statek do Zimroelu i znajdują się w tej chwili na otwartym morzu pomiędzy miastem Stoien a Piliplokiem. Druga możliwość jest taka, że skoro w oczywisty sposób nie zbliżyli się do Sippulgaru i zapewne nie wybrali drogi na wschód od niego, musieli wleźć w ruchome piaski, utonęli w nich i już nigdy nie pojawią się na tym świecie.
— Bogini nie byłaby dla nas taka łaskawa — westchnął Prestimion.
— Przegapiłeś trzecią możliwość — zauważył Gialaurys, obrzucając Septacha Melayna spojrzeniem pełnym irytacji. — Mogli spokojnie wyjść z dżungli Kajith Kabulon, wkroczyć do Stoienzaru, odkryć blokadę portów i ukryć się w jakiejś wsi na półwyspie, cierpliwie czekając na przybicie armady ratunkowej, którą wezwali z Zimroelu przez kuriera.
— W tym pomyśle jest jakiś sens, jak sądzę — powiedział Abrigant.
— To do niego podobne — zdecydował Prestimion. — Stać go na wielką cierpliwość, kiedy dąży do celu. Ale nie możemy przeszukać wszystkich wiosek stąd do Stoien.
— Moglibyśmy sprawić, żeby zrobili to za nas ludzie Pontyfikatu — podrzucił Septach Melayn.
— Moglibyśmy. I tak uczynimy. Dodam, że moje własne przeczucia chylą się ku pierwszej teorii; sądzę, że wydostał się z naszej sieci i jest już w drodze do Zimroelu. W takim przypadku prędzej czy później dowiemy się, że tam przybył. Dantirya Sambail nie będzie długo ukrywał się na własnej ziemi. W każdym razie powinniśmy bez dalszej zwłoki wrócić na Zamek, gdzie sądzę, że czeka nas sporo pracy.
Odezwał się Abrigant.
— Za twoim pozwoleniem, bracie, jeśli mogę poruszyć inny temat, chciałbym znów wrócić do sprawy Skakkenoir. Powiedziałeś, że kiedy skończymy z Sippulgarem, będę mógł udać się na poszukiwania.
— Skakkenoir? — powiedział Gialaurys.
— To miejsce położone gdzieś we Vrist, albo i dalej na wschód — w głosie Septacha Melayna brzmiała leciutka, lecz wyraźna nuta pogardy — gdzie ziemia pełna jest żelaza i miedzi, które rośliny wyciągają z ziemi atom po atomie, tak że można je odzyskać, spalając ich gałęzie i liście. Jedyny kłopot polega na tym, że nikt go nigdy nie odnalazł, bo miejsce to nie istnieje.
— Istnieje! — zawołał Abrigant z zapałem. — Istnieje! Sam Lord Guadeloom wysłał ekipę, by go szukała!
— I, o ile pamiętam, nie znalazła, a nikomu innemu w ciągu ostatnich kilku tysięcy lat nie chciało się nawet próbować. Równie dobrze mógłbyś spróbować wydobyć rudę żelaza ze swoich snów, Abrigancie.
— Na Boginię, ja…
Prestimion uniósł dłoń.
— Cisza! Zaraz się na siebie rzucicie! — do Abriganta rzekł: — Twoja dusza nie zazna spokoju, póki nie wyruszysz w tę podróż, prawda, bracie?
— Tak właśnie się czuję.
— Dobrze więc, skoro musisz, weź dwa latacze i tuzin ludzi i rusz na poszukiwanie Skakkenoir. Może Prefekt znajdzie ci jakieś przydatne mapy.
— Ty też ze mnie szydzisz, bracie?
— Spokojnie, braciszku. Nie miałem na myśli nic złego. Mówiłem całkiem poważnie. O ile wiemy, informacja o tym miejscu jest zagrzebana w archiwach Sippulgaru. Zapytaj go. A potem ruszaj. Ale jedno ci nakazuję, Abrigancie.
— Tak?
— Jeżeli nie znajdziesz Skakkenoir i jego metalonośnych piasków w ciągu sześciu miesięcy, wracaj na Zamek.
— Nawet jeśli będę o dwa dni od celu?
— A skąd będziesz to wiedział? Sześć miesięcy, Abrigancie. Ani godziny więcej. Przysięgnij mi.
— Jeśli będę miał wiarygodne informacje, że Skakkenoir leży dzień lub dwa przede mną, niewątpliwe informacje, i…
— Dokładnie sześć miesięcy. Przysięgnij.
— Prestimionie…
— Sześć miesięcy.
Prestimion wyciągnął przed siebie prawą dłoń, na której nosił królewski pierścień. Abrigant patrzył na niego przez chwilę ze zdziwieniem. Nawet w tej chwili sprawiał wrażenie zbuntowanego. Potem jakby sobie przypomniał, że on i Prestimion nie byli już tylko braćmi, ale również poddanym i królem, skinął głową, opuścił ją i dotknął ustami pierścienia.