Выбрать главу

— Bardzo ładne — powiedział Prestimion zdławionym głosem. — Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Czy to najnowszy trend w biżuterii pośród dam dworu, Maundigandzie-Klimdzie?

— Kupiłem je zeszłej nocy na magicznym targowisku w Bombifale. To, mój panie, amulety, mające chronić przed szaleństwem.

— Magiczne targowisko, o ile pamiętam, jest otwarte tylko w Dni Morza i to nie wszystkie. Wczoraj był drugi dzień.

— Teraz targowisko w Bombifale jest otwarte każdej nocy, Wasza Miłość — powiedział cicho Su-Suheris. — A te przedmioty sprzedają na wielu straganach. Po pięć koron za sztukę. Są masowo produkowane ze sztanc, ale wykonane znakomicie.

— Właśnie widzę. — Prestimion trącił jedną z nich czubkiem palca. Były przerażające, niepokojąco realistyczne mimo małego rozmiaru. Zobaczył twarze zarówno kobiet, jak i mężczyzn, kilku Ghayrogów, paru Hjortów, nawet jedną głowę Su-Suherisa, która sprawiła, że aż zadrżał z obrzydzenia. Z tyłu miały przyczepione niewielkie, metalowe zaczepy. — Magia przeciwko magii, tak? Nosi się je, by przeciwdziałać czarom, które powodują plagę szaleństwa?

— Właśnie tak. W branży nazywamy to magią maskującą. Ta mała rzeźba wysyła wiadomość, że ten, kto ją nosi, już jest dotknięty szaleństwem — krzyczy, ma dzikie oczy, okaleczoną duszę, jednym słowem, jest obłąkany — i nie ma potrzeby, by to, co przynosi szaleństwo, go dotknęło.

— Czy to działa?

— Wątpię, mój panie. Ale ludzie w nie wierzą. Prawie każdy, kogo widziałem na targu, miał jedną z nich. Istnieją też inne przedmioty o tym samym zastosowaniu, jest ich przynajmniej siedem czy osiem rodzajów i sprzedający zapewniają, że dają pełne bezpieczeństwo. Większość z nich jest tak ordynarna i prymitywna, że przez nie wstydzę się być magiem. Czegoś takiego mógłby używać tylko dzikus. Ale strach jest powszechny. Czy pamiętasz, panie, gdy Prankipin umierał i w każdej chmurze i każdym przelatującym ptaku dopatrywano się złego omenu, a na całym świecie pojawiały się dziwaczne kulty?

— Tak, pamiętam. Widziałem raz Patrzących, jak tańczyli w swojej Procesji Tajemnic w Sisivondal.

— Znowu tańczą. Maski, idole i wcale nieświęte święte przedmioty wychodzą z ukrycia. Amulety, które tu widzisz, są tylko małym wycinkiem całości. Mój panie, zawodowo zajmuję się czarodziejstwem i nie wątpię w istnienie niewidzialnych mocy, tak, jak zdarza się tobie. Ale dla mnie te przedmioty są czymś ohydnym. Są symptomem szaleństwa, równie niepokojącego jak to, które mają leczyć.

Prestimion ponuro pokiwał głową. Znowu zaczął dźgać palcem główki, odwracając dwie lub trzy, które upadły twarzą w dół i w zdumieniu odkrył, że patrzy w swoją własną twarz.

— Zastanawiałem się, kiedy ją zauważysz, mój panie.

— Zadziwiające. Absolutnie zadziwiające. — Prestimion podniósł ją i uważnie obejrzał. Zadrżał. Była to bardzo udana podobizna, malutki, wrzeszczący Lord Prestimion, niewiele większy od czubka kciuka. — Podejrzewam, że gdzieś tam jest i Septach Melayn, i Gialaurys, i lady Varaile, mam rację? A ten Su-Suheris ma być tobą, Maundigandzie-Klimdzie? Czy oni myślą, że nasze twarze będą z większą mocą odpędzać szaleństwo niż twarze zwykłych ludzi?

— To rozsądne przypuszczenie, mój panie.

— Ach. Może i tak. — Znalazł podobiznę Septacha Melayna. Przedstawiono go doskonale, oddano nawet, mimo że krzyczał obłąkańczo, jego beztroski uśmiech i odważne, błyszczące, błękitne oczy. Nie znalazł jednak żadnej Varaile i bardzo go to ucieszyło. Odepchnął od siebie stos amuletów. — Jak ja nie znoszę tej głupiej naiwności, Maundigandzie-Klimdzie! Tej żałosnej wiary w wartość magii, w talizmany i obrazy, zaklęcia i proszki, egzorcyzmy, abrakadabry, przyzywanie biesów i demonów, rohille, ammatepile, veralistie i całą resztę! Co za marnowanie czasu, pieniędzy i nadziei! Widziałem, jak te głupoty całkiem pożerają Lorda Confalume’a, którego umysł był tak zaciemniony podszeptami magów, że gdy spotkał go prawdziwy kryzys, nie umiał sobie z nim poradzić… — przerwał, bo nawet z Maudigandem-Klimdem nie chciał rozmawiać o rewolcie Korsibara. — Obaj wiemy dobrze, że magiczne akcesoria potrafią pomóc, ale większość z tego, co uchodzi za magię, to przejaw zwykłej głupoty. Miałem nadzieję, że ten przypływ przesądów cofnie się trochę za moich rządów. A zamiast tego… zalewa nas nowa fala nonsensu, właśnie wtedy, gdy… — znów przerwał. — Przepraszam, Maundigandzie-Klimdzie. Ty w to wierzysz. Obraziłem cię.

— Nie poczułem się obrażony, mój panie. Nie wierzę w to bardziej, niż ty sam. Nie kieruję się wiarą, lecz empirycznymi doświadczeniami. Są rzeczy, które są same przez się prawdziwe, a inne są nieprawdą. Ja uprawiam prawdziwą magię, która jest rodzajem nauki. Mam tamtych ludzi w takiej samej pogardzie, jak ty, dlatego właśnie przyniosłem dziś te przedmioty.

— Z nadzieją, że wydam edykt, który je zdelegalizuje? Nie mogę tego zrobić, Maundigandzie-Klimdzie. Niemądrze jest walczyć dekretami z irracjonalnymi wierzeniami ludzi.

— Rozumiem to, panie. Chciałem tylko zwrócić twoją uwagę na to, że plaga szaleństwa przynosi ze sobą też inny rodzaj utraty rozumu, który może zaszkodzić twojemu panowaniu.

— Gdybym wiedział, co należy zrobić, zrobiłbym to.

— Nie wątpię.

— Ale…? Chcesz mi coś zasugerować?

— Nie w tej chwili, mój panie.

Prestimion wyczuł zmianę tonu w głosie Maundiganda-Klimda, jakby pomijał milczeniem coś ważnego. Patrzył na dwie głowy, w czworo matowych, zielonych oczu. Su-Suheris był nieocenionym doradcą, a w pewnym stopniu również cennym przyjacielem. Były jednak chwile, kiedy Prestimion nie potrafił go rozgryźć, nie rozumiał go i to był właśnie taki moment. Jeśli był tu jakiś ukryty podtekst, nie był pewien jaki.

Nagle pojawiła się pewna możliwość. Bardzo nieprzyjemna, ale nie wolno było nie brać jej pod uwagę.

Powiedział:

— Już dyskutowaliśmy pomysł Septacha Melayna, że szaleństwo zostało spowodowane światowym wymazaniem pamięci, które sam poleciłem w dzień zwycięstwa nad Korsibarem pod Granią Thegomar. Chyba wiesz, jak niechętnie przyjąłbym tę teorię.

— Tak, mój panie. Wiem.

— Po sposobie, w jaki to mówisz, wnoszę, że się ze mną nie zgadzasz. Co ukrywasz, Maundigandzie-Klimdzie? Czy masz wiedzę, że to właśnie to spowodowało szaleństwo?

— To nie jest pewna wiedza, mój panie.

— Ale uważasz to za możliwe, tak?

Przez cały ten czas rozmawiała z nim lewa głowa Maundiganda-Klimda, bardziej gadatliwa. Teraz jednak przemówiła druga.

— Tak, mój panie. Zaiste, bardzo możliwe.

Prestimion na chwilę zamknął oczy i mocno wciągnął powietrze. To bezceremonialnie wypowiedziane zdanie nie było żadną niespodzianką. W ciągu ostatnich tygodni coraz bardziej skłaniał się w myślach ku wnioskowi, że on sam ponosi odpowiedzialność za ciemność, która opadła na świat. Mimo to zabolało go, że inteligentny i zdolny Maundigand-Klimd popierał ten pomysł.

— Jeśli szaleństwo świata zostało wywołane przez magię — powiedział powoli — to może być tylko przez magię wyleczone, nieprawdaż?

— Może być i tak, mój panie.

— Czy próbujesz mi zatem powiedzieć, że jedynym sposobem, by to wszystko naprawić, jest wezwać Heszmona Gorse’a i jego ojca z Triggoin wraz z całą resztą magów, którzy brali wtedy udział w rzucaniu czaru i nakazać im rzucić czar odwrotny, który przywróciłby wszystkim pamięć o wojnie domowej?

Maundigand-Klimd zawahał się, a Prestimion nieczęsto widział, by to czynił.

— Nie jestem pewien, panie, czy to by pomogło.