— I dobrze. Bo zastosowanie tej kuracji wykluczam z góry. Nie jestem zachwycony prawdopodobnymi konsekwencjami podjętej po wojnie decyzji, ale bez wątpienia nie zrobię nic, by ją zmienić. Między innymi nie zamierzam poinformować wszystkich obywateli, że ich nowy Koronal rozpoczął rządy od oszukania całej planety i zaszczepienia jej fałszywego przekonania, że wstąpił na tron zwykłym trybem, w pokoju. Poza tym widzę wielkie ryzyko wiążące się z gwałtownym przywróceniem wiedzy o prawdziwym przebiegu wydarzeń. Przez ostatnich kilka lat ludzie żyli w świecie o fałszywej historii, którą ja i moi magowie umieściliśmy w ich głowach pod koniec wojny. Na dobre i złe, zaakceptowali tę prawdę. Jeśli im ją teraz odbiorę, może to spowodować problemy jeszcze gorsze od tych, z którymi się obecnie borykamy. Co na to powiesz, Maundigandzie-Klimdzie?
— Całkowicie się zgadzam.
— Tak więc problem pozostaje. Na świecie szaleje plaga, skutkiem tego pojawia się dużo złej magii oraz szarlataneria i oszustwo, którymi obaj pogardzamy. — Prestimion spojrzał gniewnie na amulety, które Maundigand-Klimd wysypał na jego biurko i zaczął zbierać je do worka. — Ponieważ plagę tę spowodowała magia, trzeba sobie z nią poradzić z pomocą antymagii. Dobrej, prawdziwej magii, jak ją nazywasz. Doskonale. Proszę cię, przyjacielu, poszukaj jakiegoś rozwiązania i poinformuj mnie o nim.
— Och. Lordzie Prestimionie, gdyby to było takie proste! Ale zobaczę, co da się zrobić.
Su-Suheris wyszedł. Prestimion pogrzebał w worku i znalazł głowy Prestimiona i Septacha Melayna, które wrzucił do kieszeni tuniki.
Septach Melayn czekał na niego w sali ćwiczeń, nerwowo chodząc tam i z powrotem, tnąc palcatem powietrze. Smukły kawałek drewna nocokwiatu wydawał z siebie groźne buczenie z każdym ruchem jego gibkiego nadgarstka.
— Spóźniłeś się. — Wyjął ze stojaka drugi palcat i podał go Prestimionowi. — Miałeś dziś rano wiele ważnych dekretów do podpisania?
— Odwiedził mnie Maundigand-Klimd — wyjaśnił Prestimion, odkładając palcat i wyjmując z kieszeni główki. — Przyniósł mi to. Przyznasz, że są urocze.
— O, jak najbardziej! Twoja i moja podobizna, o ile się nie mylę. Do czego służą?
— To amulety, służą do zaklęć. Mają ponoć odpędzać szaleństwo. Maundigand-Klimd twierdzi, że nocne targowisko jest od niedawna pełne takich przedmiotów. Sprzedają się jak kiełbaski na środku Valmambry. Kupił ich cały wór. Przedstawiają nie tylko twoją czy moją twarz, ale różne, nawet Ghayrogów, Hjortów i Su-Suherisów. Każdy znajdzie coś dla siebie. Wracają też stare kulty, a wszyscy magowie zacierają ręce.
— To szkoda — powiedział Septach Melayn. Wziął podobiznę swoją i Prestimiona, położył je na dłoni. — Trochę to makabryczne, ale jak świetnie wykonane! Zobacz, uśmiecham się i krzyczę zarazem! I chyba troszkę mrugam. Chciałbym poznać artystę, który je zaprojektował. Jak myślisz, może zgodziłby się wykonać pełnowymiarowy portret?
— Wariat z ciebie.
— Może masz rację. Mogę zatrzymać sobie ten drobiazg?
— Jeśli cię to bawi.
— Jeszcze jak! A teraz, mój panie, proszę, podnieś ostrze. Pozycja, Prestimionie! Pozycja!
3
Z początkiem następnego tygodnia, kiedy Prestimion jadł śniadanie, przyniesiono mu informację, że jego brat, Abrigant, powrócił w nocy na Zamek ze swojej podróży na południe i prosi o natychmiastową audiencję.
Presitmion wstał o świcie. Wciąż było bardzo wcześnie. Varaile jeszcze spała. Abrigant pewnie wcale się nie położył. Skąd ten pośpiech?
— Powiedzcie mu, że spotkam się z nim w sali tronowej Stiamota za trzydzieści minut — polecił.
Ledwo zdążył usiąść, a już Abrigant wpadł do sali. Wyglądał, jakby nawet nie przebrał się po podróży. Oblicze miał opalone i ogorzałe od drogi, a brązowa peleryna, którą nosił do wyświechtanych, zielonych rajtuzów była połatana i brudna. Nad lewą kością policzkową miał spory siniec, niezbyt świeży, ale wciąż siny.
— No, bracie, witaj z powrotem w… — zaczął Prestimion, ale nie zdołał kontynuować powitania.
— Ożeniłeś się, co? — wypalił Abrigant. Jego mina wyrażała gniew i wyzwanie. — Z tego, co słyszałem, wziąłeś królową. Kim ona jest, Prestimionie? Czemu nie poczekałeś, żebym mógł uczestniczyć w ceremonii?
— Jak na młodszego brata mówiącego do króla, jesteś bardzo bezpośredni, Abrigancie.
— Był czas, kiedy robiłem przed tobą ceremonialne znaki gwiazd i kłaniałem się, a ty powiedziałeś, że to zbyt oficjalne jak na braci. A teraz…
— Teraz przesadzasz w drugą stronę. Nie widzieliśmy się od wielu miesięcy, a tu proszę, rzucasz się na mnie jak dziki bidlak, bez uśmiechu ani przyjacielskiego uścisku, i żądasz, bym tłumaczył się z moich działań jakbyś to ty był Koronalem, a ja zwykłym…
Abrigant znowu mu przerwał.
— Sługa, który mnie przyjął po przyjeździe, powiedział, że masz teraz małżonkę i ma ona na imię Varaile. Czy to prawda? Kim jest Varaile, bracie?
— Córką Simbilona Khayfa.
Abrigant nie zdziwiłby się bardziej nawet gdyby Prestimion uderzył go w twarz. Aż drgnął.
— Córka Simbilona Khayfa? Córka Simbilona Khayfa? Prestimionie, czy ten nadęty, arogancki głupiec jest teraz członkiem naszej rodziny? Bracie, bracie, coś ty zrobił?
— Zakochałem się, oto, co zrobiłem. Ty natomiast zachowujesz się jak kłótliwy gbur. Uspokój się, Abrigancie i zacznijmy tę rozmowę od początku. Lord Koronal wita księcia Muldemar na Zamku po długiej wyprawie i prosi go, by usiadł. Siądź tutaj, Abrigancie. Tak. Dobrze. Nie lubię, kiedy ktoś tak nade mną wisi, wiesz. — Abrigant wyglądał na całkowicie zaskoczonego, ale Prestimion nie umiał powiedzieć, czy to na skutek upomnienia, czy faktu, że przyznał się wprost do poślubienia córki Simbilona Khayfa. — Wyglądasz, jakbyś miał za sobą ciężką podróż. Mam nadzieję, że była owocna.
— O, tak. Nawet bardzo. — Abrigant mówił przez zaciśnięte zęby.
— Więc opowiedz mi o niej.
Ale nie tak łatwo było zbić Abriganta z tropu.
— Ten ślub, bracie…
Prestimion zebrał tyle cierpliwości, ile jej w ogóle miał.
— Jest wspaniałą kobietą. Nosi się jak królowa. Nie będziesz wątpił w słuszność mojego wyboru, kiedy ją ujrzysz. Co się tyczy jej ojca, zapewniam cię, że nie kocham go bardziej niż ty, ale nie ma powodów do rozpaczy. Dopadło go szaleństwo, które krąży po świecie, jest bezpiecznie odizolowany i nikogo nie obrazi swoim wulgarnym stylem bycia. A co się tyczy opóźnienia przeze mnie ślubu do twojego powrotu, nie muszę ci się tłumaczyć. Weź pod uwagę, proszę, jaką miałem pewność, że dotrzymasz słowa i porzucisz wyprawę do Skakkenoir po sześciu miesiącach. Mogło cię nie być dwa lata, trzy, mogłeś nigdy nie wrócić.
— Dałem słowo. Dotrzymałem go co do joty. Dokładnie w sześć miesięcy od naszego rozstania rozpocząłem podróż powrotną.
— No, przynajmniej za to ci dziękuję. Mówisz, że wyprawa się udała?
— O tak, Prestimionie. Bardzo. Muszę ci powiedzieć, że byłoby lepiej, gdybyś nie narzucił mi sześciomiesięcznego limitu, ale nawet mimo tego mam sporo do opowiedzenia. Naprawdę oszalał? Idiota i jeszcze wariat? Jak doskonale to do niego pasuje! Mam nadzieję, że trzymasz go na łańcuchu pośród tych ohydnych bestii, które Gialaurys przywiózł ci z Kharax.
— Mówiłeś, że masz wiele do opowiedzenia — przypomniał mu Prestimion. — Może byłbyś łaskaw zacząć, bracie.