Выбрать главу

Sięgnął do kieszeni po papierosy, a gdy ich nie znalazł, wziął jednego od Fredricksona i przytknąwszy teatralnym gestem zapałkę, ciągnął dalej:

– Przyznaję, że na początku i mnie zmyliły jego czyny. Kiedy stłukł szybę w dyżurce, pomyślałem sobie: “Boże, ten człowiek poświęca się dla kumpli, ryzykując zatrzymanie w szpitalu!” Dopiero potem zrozumiałem, że dopóki może nas doić, wcale nie zależy mu na zwolnieniu. Nie dajcie się zwieść jego prostackim stylem bycia; to cwaniak jakich mało i ma łeb na karku. Zastanówcie się; wszystko, co robi, ma swoje uzasadnienie.

Billy jednak nie zamierzał ustąpić bez walki.

– Mówisz? Więc dlaczego uczy mnie t-tańczyć? – spytał, zaciskając spuszczone wzdłuż boków dłonie. Zobaczyłem, że oparzenia papierosowe zagoiły mu się już niemal zupełnie; na ich miejscu widniały teraz tatuaże wyrysowane poślinionym kopiowym ołówkiem. – Dlaczego, Harding? Jak mu się opłaci fi-fi-finansowo dawanie mi le-lekcji tańca?

– Nie denerwuj się, William – odparł Harding. – Trochę cierpliwości. Niedługo się przekonamy.

Tylko Billy i ja nadal wierzyliśmy w McMurphy’ego. Ale jeszcze tego wieczoru chłopak musiał przyznać rację Hardingowi, bo McMurphy wrócił na oddział po kolejnej rozmowie telefonicznej i oznajmił, że randka z Candy jest murowana, ale zapisując mu adres dodał, iż warto by jej podesłać trochę szmalu na drogę.

– Szma-szmalu? Fo-fo-forsy? Ile? – zapytał Billy, spoglądając na Hardinga, który uśmiechał się do niego.

– Bo ja wiem, stary… może dziesięć dolców dla niej i dziesięć…

– Dwadzieścia dolarów! Przecież bilet z Po-Po-Portland tyle nie kosztuje!

McMurphy spojrzał na Billy’go spod daszka cyklistówki, uśmiechnął się wolno i wysuwając spierzchnięty język, stuknął się kantem dłoni w szyję.

– Rety, rety, ale mi zaschło w gardle! A w przyszłą sobotę będzie ze mną jeszcze gorzej. Chyba nie poskąpisz mi jednej butelczyny na przepłukanie gardziołka, co, Billy?

I spojrzał na Billy’ego tak niewinnie, że ten się roześmiał i potrząsnął głową, że nie, skądże znowu, po czym zaszyty w kąt z człowiekiem, którego pewnie miał za alfonsa, zaczął w podnieceniu omawiać plany na przyszłą sobotę.

Ja nadal uważałem McMurphy’ego za olbrzyma, który zstąpił z nieba, żeby wybawić nas od Kombinatu pokrywającego świat siecią z krystalitu i miedzianego drutu, za istotę zbyt potężną, żeby się połakomić na coś tak niskiego jak pieniądze – ale w końcu i ja zacząłem się przychylać do opinii innych, przynajmniej częściowo. A było to tak: McMurphy pomógł wynieść stoły przed zebraniem, po czym, gdy inni wyszli z gabinetu hydroterapii, zerknął na mnie stojącego przy konsoli.

– O rany, Wodzu! – zawołał. – Jeśli mnie wzrok nie myli, od wyprawy na ryby urosłeś ze ćwierć metra! Boże miłosierny, spójrz tylko na swoje stopy; są wielkie jak drezyny!

Spojrzałem w dół i zobaczyłem, że stopy rzeczywiście mam ogromne, zupełnie jakby na dźwięk głosu McMurphy’ego powiększyły się dwukrotnie…

– A twoje łapy! Prawdziwe łapy siłacza. Mam pomysł. Chwyć za konsolę i spróbuj ją podnieść; zobaczymy, czy robisz postępy.

Nie chciałem się zgodzić i potrząsnąłem głową, ale przypomniał mi naszą umowę i powiedział, że będzie to dobry sprawdzian jego terapii wzrostowej. Nie wiedziałem, jak się z tego wykręcić, więc podszedłem do konsoli, żeby się przymierzyć i udowodnić mu, że nie jestem w stanie jej dźwignąć. Schyliłem się i ująłem krany w obie ręce.

– Pysznie, Wodzu. Teraz do góry. Zaprzyj się nogami, opuść tyłek… o właśnie, właśnie. Spokojnie teraz… wolno i do góry. Hurrra! Dobra, postaw ją z powrotem.

Myślałem, że McMurphy będzie zawiedziony, ale kiedy się wyprostowałem, uśmiechnął się od ucha do ucha, wskazując na podstawę konsoli. Urządzenie stało kilkanaście centymetrów dalej niż przedtem.

– Lepiej postaw ją tam, gdzie była, stary, żeby nikt się nie skapował. Niech to na razie pozostanie tajemnicą.

Po zebraniu przysiadł się do Okresowych grających w bezika i sprowadził rozmowę na temat siły, mięśni i konsoli do hydroterapii. Myślałem, że powie im, jak pomógł mi odzyskać dawną moc; niech wiedzą, że nie wszystko robi dla pieniędzy.

Ale nie wspomniał o mnie ani słowem. Gadał i gadał, aż wreszcie Harding go spytał, czy ma ochotę znów się do niej przymierzyć; McMurphy odparł, że dla niego jest za ciężka, ale to wcale nie znaczy, że nikt by jej nie podniósł. Scanlon oświadczył, że pewnie da się ją unieść za pomocą dźwigu, lecz dotąd nie urodził się siłacz, który sam by jej podołał. McMurphy pokiwał głową i powiedział, że może tak, może nie, nigdy nic nie wiadomo.

Obserwowałem go, jak nimi manewrował, dopóki nie zaczęli wołać, że żaden człowiek nie udźwignie konsoli, i sami nie wpadli na pomysł zakładu. Widziałem, jak bardzo się ociągał, a oni brnęli coraz głębiej; choć szedł na pewniaka, uległ im dopiero, gdy zaproponowali stosunek pięć do jednego. Niektórzy stawiali nawet i po dwadzieścia dolarów. Nie przyznał się wcale, że widział, jak podnosiłem konsolę.

Przez całą noc modliłem się, żeby zrezygnował. A kiedy nazajutrz na zebraniu oddziałowa oznajmiła, że wszystkich uczestników wyprawy rybackiej czeka dodatkowa kąpiel pod prysznicem, bo prawdopodobnie wrócili zawszeni, miałem nadzieję, że uwolni mnie od podnoszenia konsoli – na przykład każąc nam bezzwłocznie iść do umywalni.

Niestety. Zaraz po zebraniu, nim sanitariusze zamknęli gabinet hydroterapii, McMurphy wprowadził mnie i chłopaków do środka i kazał mi podnieść konsolę. Usłuchałem wbrew sobie; nie miałem innego wyjścia. Wstyd mi było, że pomagam mu oskubać chłopaków. Choć wypłacając mu wygraną, nadal odnosili się do niego przyjaźnie, wiedziałem, co czują: pustkę, jakby nagle stracili grunt pod nogami. Gdy tylko postawiłem konsolę z powrotem, wyleciałem z gabinetu, nie patrząc na McMurphy’ego i pobiegłem do toalety. Chciałem być sam. Spojrzałem w lustro. McMurphy spełnił daną mi obietnicę: ręce miałem znów tak umięśnione jak wtedy, gdy mieszkałem w naszej wiosce i grałem w szkolnej drużynie, klatkę piersiową potężną, bary szerokie. Stałem wpatrzony w swoje odbicie, kiedy wszedł McMurphy. Trzymał w ręce banknot pięciodolarowy.

– Masz, Wodzu, będziesz miał na gumę do żucia.

Potrząsnąłem głową i ruszyłem do drzwi. McMurphy chwycił mnie za łokieć.

– Wodzu, chciałem ci w ten sposób podziękować za pomoc. Jeśli liczyłeś na większą dolę…

– Nie! Nie chcę twoich pieniędzy!

Cofnął się o krok, zahaczył kciuki o kieszenie i odchylił głowę, żeby na mnie spojrzeć. Przyglądał mi się przez chwilę.

– Jak sobie chcesz – rzekł. – Ale o co ci chodzi? Czemu nagle wszyscy patrzą na mnie wilkiem?

Nie odpowiedziałem.

– Zrobiłem, co obiecałem, nie? Znów jesteś duży. Co wam się nagle przestało we mnie podobać? Boczycie się na mnie, jakbym zdradził ojczyznę.