– Oskarżeń? – Racine zerknęła na O’Dell i wróciła do niego wzrokiem. – Czy chłopcy dali ci odczuć, że jesteś aresztowany? Na pewno musiałeś ich źle zrozumieć, Garrison.
Chciał jej powiedzieć, żeby się odpieprzyła, zamiast tego uśmiechnął się i raz jeszcze uniósł ręce, żeby mu zdjęła kajdanki.
O’Dell sięgnęła za siebie i zapukała w drzwi, zapraszając tego z grubym karkiem, żeby się zajął kajdankami. Potem gliniarz wyszedł, nie odzywając się zresztą ani słowem.
Ben długo rozcierał nadgarstki, by zyskać na czasie, aż wreszcie wziął swój worek i zaczął w nim grzebać. Nie życzył sobie, żeby mu przewracały jego rzeczy. Położył na stole aparat, obiektyw i statyw. Wyjął dwa T-shirty i parę spodenek oraz ręcznik, i w końcu dotarł do szarych kopert. Otworzył jedną z nich i wysypał zawartość na stół: negatyw, stykówki i odbitki wywołane przez ludzi Harwooda, którzy dali mu kopie. Położył na stole pięć zdjęć dwadzieścia na dwanaście i pół centymetra, dla pełnego efektu układając je w porządku chronologicznym.
– Wczoraj, późne popołudnie. Boston.
Z kolejnej koperty wyciągnął kilka fotografii córki Briera z miejsca zbrodni oraz kilkanaście innych ze spotkania Everetta w Waszyngtonie. Na jednej z nich Everett stał z jasną blondynką, Ginny Brier i dwoma chłopcami, którzy byli też na zdjęciach z Bostonu. Szurnął je przez stół.
– Dość łatwo rozpoznać niektórych z tych dobrych młodych chrześcijan – powiedział Ben. – Kiedy byłem na spotkaniu w Waszyngtonie, w sobotę wieczorem, słyszałem, jak mówią o jakiejś inicjacji, która ma się odbyć w Boston Common we wtorek. Uznałem, że to może być interesujące.
– Zabawne, że mi o tym nie wspomniałeś. Nawet nie powiedziałeś, że byłeś na spotkaniu w sobotę – zauważyła Racine.
– Wtedy nie wydawało mi się to ważne.
– Nawet wiedząc, że masz zdjęcia tej zamordowanej dziewczyny?
– Zrobiłem przez weekend masę zdjęć. Może nie wiedziałem od razu, kto tam był, co?
– Tak samo jak nie wiedziałeś, że nie oddałeś całego filmu, który zrobiłeś na miejscu zbrodni?
Uśmiechnął się znowu i wzruszył ramionami.
– Czy Everett był w Bostonie? – spytała z kolei O’Dell, biorąc do ręki jedno ze zdjęć i patrząc nań wnikliwie. Odłożyła je i wzięła następne.
– Nie widziałem go, ale z tego co mówili, wnioskowałem, że mógł tam być. – Wskazał na Brandona na kilku zdjęciach z Bostonu i ze spotkania. – Chyba ten tam rządził. Wszyscy byli pijani. Widać na jednym ze zdjęć, że mają butelki z piwem i polewają nim kobietę.
– Nie wierzę – powiedziała Racine. – A gdzie była w tym czasie policja?
– To był wtorek po południu. Kto wie? Nie widziałem w okolicy ani jednego gliny.
– I przyglądał się pan temu wszystkiemu spokojnie? – O’Dell patrzyła na niego, jakby chciała zrozumieć, z kim naprawdę ma do czynienia.
– Nie, robiłem zdjęcia. Taką mam pracę.
– Oni atakowali te kobiety, a pan sobie stał i robił zdjęcia?
– Kiedy patrzę w obiektyw, nie jestem uczestnikiem zdarzeń. Jestem po to, żeby zapisać i uchwycić w kadrze to, co się dzieje.
– Jak pan mógł nie zareagować? – O’Dell nie poddawała się, teraz słyszał już złość w jej głosie.
– Nie rozumie pani. Gdybym odłożył aparat, nie miałybyście tych pieprzonych zdjęć, żeby oskarżyć teraz tych sukinsynów.
– Gdyby odłożył pan aparat i starał się im przeszkodzić, może nie potrzebowalibyśmy tych zdjęć. Może te kobiety nie musiałyby tego przeżywać.
– No tak. Czyli wychodzi, że to ja jestem winny. Powiem pani, pani agentko FBI, że to, co ja robię, wymaga o wiele więcej pracy i planowania. Ja stwarzam dla was tematy. Zatrzymuję emocje w kadrze. Nie biorę udziału w zdarzeniach. Jestem częścią tego instrumentu. Za obiektywem staję się niewidzialny, do cholery. Ma pani swoje zdjęcia. Ja się zmywam.
Chwycił worek, wpakował aparat i obiektyw, i ruszył do drzwi, przekonany, że któraś z kobiet zatrzyma go. Tymczasem obie zajęły się zdjęciami. Racine zaczęła robić notatki.
Chrzanić je! Jeśli tego nie rozumieją, nie będzie im wkładał takich banałów do głowy. Wyszedł ciut rozczarowany, że nie natknął się na neandertalczyka, bo by go chętnie popchnął, a przynajmniej lekko pacnął. Tak, zdaje się, że Racine wygrała tę rundę.
ROZDZIAŁ PIĘĆDZIESIĄTY DZIEWIĄTY
– Jak mogło do tego dojść? – spytała Racine, stojąc nad zdjęciami i kręcąc głową, jakby rzeczywiście nie mogła w to wszystko uwierzyć. – Myślisz, że tak to wyglądało?
Maggie nie potrzebowała więcej słów, by wiedzieć, że Racine mówi o zamordowanych kobietach: Ginny Brier, bezdomnej spod wiaduktu i jak dotąd również anonimowej topielicy z Raleigh. A teraz, po rozmowie z Tullym, należało jeszcze dodać do tego tę nieszczęsną kobietę, którą policja z Bostonu zidentyfikowała jako maklerkę Marię Leonetti.
– Czy to w ogóle możliwe? – ciągnęła Racine, nie doczekawszy się odpowiedzi. – Czy to ma być jakaś barbarzyńska inicjacja? Jakiś rytuał przejścia dla młodych mężczyzn z Kościoła Everetta?
– Nie wiem – odparła w końcu Maggie. – Mam tylko nadzieję, że nie.
– To by nam wyjaśniło wiele kwestii. Na przykład dlaczego nie zabijają od razu. No wiesz, że uprawiają z nimi jakieś chore gry. No i wtedy byłoby zrozumiałe, dlaczego to się zbiega w czasie ze spotkaniami modlitewnymi.
– Ale w Bostonie nie było żadnego spotkania – przypomniała Maggie.
Obie zamilkły, stojąc ramię w ramię. Wciąż wpatrywały się w zdjęcia rozrzucone na stole, lecz nie dotykały ich.
– Dlaczego powiedziałaś, że masz tylko nadzieję? – Racine przerwała ciszę. – Co? Powiedziałaś, że masz tylko nadzieję, że nie tak wyglądały te morderstwa.
– Ponieważ nie chcę wierzyć, że jeden człowiek może do tego stopnia rozpalić grupę chłopców, zmusić ich do czegoś takiego. Ten jeden człowiek, po prostu wydając im rozkaz, skłonił ich do gwałtu, brutalności i prawdopodobnie morderstwa.
– Nie pierwszy raz w historii. Mężczyźni potrafią być potwornie okrutni – stwierdziła Racine, dając wyraz swojemu wzburzeniu.
Maggie zerknęła na nią. Pomyślała, że może ta złość wyrasta z jej własnych doświadczeń. Może pochodzi z lat spędzonych w wydziale zajmującym się przestępstwami na tle seksualnym. Jakkolwiek było, miało to wyraźny osobisty odcień, czyli coś, o czym Maggie wolała nie wiedzieć.
– To znaczy, że Everett jest o wiele groźniejszy, niż sądziliśmy – oznajmiła Maggie, dodając prawie szeptem: – Eve miała rację.
– Jaka Eve?
– Była członkini Kościoła Everetta, z którą rozmawiałam. Cunningham i senator Brier umówili mnie na to spotkanie. Myślałam, że ona jest głupia, że przesadza.
– I co teraz zrobimy?
Maggie zaczęła szperać w stosie rzeczy, które Garrison wyrzucił ze swojego worka i zostawił. Tak się spieszył, kiedy wychodził, że zabrał tylko aparat i obiektyw. Odsunęła na bok metalowe ustrojstwo nieznanego przeznaczenia, śmierdzący T-shirt i spodenki, i sięgnęła po szarą kopertę. Otworzyła ją i wysypała jej zawartość – kolejne zdjęcia – na stół, obok fotografii z Bostonu. Wszystkie były najprawdopodobniej zrobione na miejscu zabójstwa Ginny Brier. Pochodziły niewątpliwie z filmu, który Garrison zatrzymał dla siebie. Były to odbitki sprzedane na pniu redakcji „Enquirera”.
– Nie mogę uwierzyć, że byłam taka głupia – westchnęła Racine, jak tylko zobaczyła te zdjęcia. – Henderson jest wkurzony jak diabli.
– Zrobiłaś błąd. Każdemu z nas to się zdarza – powiedziała Maggie, nie oskarżając jej o nic. Czuła na sobie wzrok Racine.