Выбрать главу

– Niewdzięczna suka!

– Wstyd!

Jeden za drugim okrążyli ją, obrzucając wyzwiskami, popychając, szturchając.

– Jak mogłaś?

– Zdrada!

Kathleen miała łzy w oczach, powieki piekły ją, chciała umrzeć, zapaść się pod ziemię. Ktoś na nią splunął, potem następny i następny. Chciała się wytrzeć, ale Stephen uderzył ją po ręce.

– Znasz reguły. Ręce przy sobie! – ryknął, ale to już nie był Stephen. To nie były oczy Stephena. To był jakiś dziki oszalały zwierz, jakaś obrzydliwa bestia, która zawładnęła jego ciałem.

Kathleen stała, zamykając oczy, żeby choć tak obronić się przed plwocinami, i próbując w jakiś sposób zamknąć też uszy, żeby nie dopuścić do nich słów padających z zacietrzewionych, wściekłych i nabrzmiałych pogardą ust. Przyjmowała uderzenia i pchnięcia, które przypominały jej, że ma stać prosto. Nie walczyła, bo niby jak miała walczyć? Tylko usiłowała się bronić, biernie i cicho, próbowała odizolować się od tego, co działo się wokół niej. Co działo się z nią.

Ciągnęło się to całą wieczność, aż oczy zaczęły ją palić, w uszach dzwoniło, rozbolały nogi i cała była posiniaczona.

I nagle ją zostawili. Nagle zrobiło się cicho. Odeszli w porządku i spokoju, jakby wpadli tylko na kolację i właśnie wstali od stołu i pożegnali się z gospodynią. Kathleen została zupełnie sama w pustej sali.

Bała się poruszyć, bała się, że załamią się pod nią kolana. Otaczała ją cisza, więc wsłuchiwała się w dźwięki dochodzące z zewnątrz – powszednie odgłosy przygotowań do zbliżającego się wyjazdu. Zupełnie jakby nic się nie stało. Jakby nie spełniła się właśnie na oczach świadków jej największa obawa, jej lęk, że zostanie poniżona przed tymi, którzy, jak jej się zdawało, darzą ją szacunkiem. Co gorsza potraktowali tę karę jak rzecz najzupełniej naturalną. Jakby to było normalne, że publicznie chłosta się czyjąś duszę.

I wtedy zobaczyła tego młodego człowieka. Stał w cieniu, tuż obok tylnego wyjścia. Kiedy zdał sobie sprawę, że go dostrzegła, podszedł do niej, powoli, ze spuszczoną głową, z jedną ręką w kieszeni. W drugiej trzymał ręcznik, który jej podał.

Ręcznik. Chciało jej się śmiać. Ona potrzebowała butelki, pieprzonej butelki czegokolwiek… Jacka Danielsa, absoluta… Do cholery, tylko alkohol by jej teraz pomógł. Wzięła jednak ręcznik i zaczęła wycierać sobie twarz i ręce, potem resztę, starając się nie myśleć o siniakach, udając, że… Ale jak, do diabła, miała udawać? Ależ tak, zrobi to, już nieraz to robiła. Wyjdzie z tego. Musi tylko złapać równowagę. Czy ta sala się kręci? Czy jej się tylko wydaje?

Chłopak pomógł jej usiąść. Coś do niej powiedział, potem wziął ręcznik i wyszedł. Dlaczego? Na pewno uznał, że to przegrana sprawa. Opuścił ją jak cała reszta? Nie, znowu był przy niej. Było ich dwóch, podali jej nowy ręcznik. Świeży, tym razem wilgotny.

Dotknęła nim czoła i karku, podciągnęła rękawy i wytarła nadgarstki. Czuła się już lepiej. Tym razem, kiedy podniosła wzrok, ujrzała przed sobą tylko jednego chłopca. No i, dzięki Bogu, sala w końcu znieruchomiała. Młody człowiek był wyraźnie zamyślony. Patrzył na jej nadgarstki. A raczej patrzył na poziome blizny, które się pokazały, kiedy podwinęła rękawy kardiganu.

– Wierz mi – odezwała się do niego. – Wiem, jak nie schrzanić tego następnym razem.

ROZDZIAŁ SZEŚĆDZIESIĄTY CZWARTY

Justin chciał powiedzieć tej kobiecie, że ją rozumie. Tyle już razy myślał o pozbawieniu się życia, że nawet usystematyzował sobie stosowne metody. Nigdy nie spotkał jednak nikogo starszego od siebie, kto przypominałby mu jego matkę, a ona przypominała ją, i to bardzo… Nigdy nie spotkał nikogo w tym wieku, kto by tego naprawdę spróbował.

– Psze pani, dobrze się pani czuje? – spytał. – Bo powinienem teraz pomagać przy pakowaniu.

– Dobrze, nic mi nie będzie. – Uśmiechnęła się do niego i ściągnęła w dół rękawy. – Mam na imię Kathleen. Nie musisz mówić do mnie pani. Ale pewnie znasz już moje imię po tym wieczorze.

– Jestem Justin.

– Dziękuję ci za pomoc, Justinie.

Skinął jej głową.

– Wiem, że pani nic złego nie zrobiła.

Potem odwrócił się i wyszedł tylnym wyjściem.

Musiał wracać do kuchni, do pudeł pełnych puszek fasolki i zupy, i takiej masy ryżu, że dałoby się nią chyba zapchać jakiś nieduży naród. Może za bardzo się starał, ałe miał świadomość, że przerżnął sprawę w Bostonie. Od powrotu nękała go wciąż obawa, że skończy z wężem dusicielem na szyi. Wiedział, że znalazł się bardzo blisko publicznego napiętnowania za zdradę. Może dlatego czuł potrzebę, żeby wrócić i pomóc tej kobiecie, tej Kathleen. A także dlatego, że przypominała mu jego mamę. Nie zdawał sobie z tego sprawy do tego wieczoru, ale tęsknił za matką. Tęsknił też za Erikiem. Nie miał już pewności, czy Eric w ogóle do nich wróci.

Na początku sądził, że nie pozwolą mu jechać do Clevelandu na kolejne spotkanie modlitewne. Nie miałby im zresztą tego za złe. Prawdę mówiąc, myślał nawet, że może zwieje, kiedy inni wyjadą. Był niemal pewny, że znalazłby drogę do parku narodowego Shenandoah, w końcu poprzednim razem udało mu się to bez większego wysiłku. Ale potem Alice powiedziała mu, że znajduje się na liście, na pieprzonej liście wyjeżdżających.

Znalazł starą kobietę, która nazywała się Mavis, i pomógł jej załadować metalowe pudło pełne kartonów do bagażnika autokaru, który był już zapakowany innymi pudłami. W obu wozach bagażniki na dachu były zapchane ponad normę. Kobieta z pralni poinstruowała Justina, żeby położył wszystkie pudełka, które ze sobą przytargała, pod siedzeniami.

– Muszą się zmieścić. Zrób tak, żeby się zmieściły – powiedziała i poszła.

Pudła te były oznakowane: „Koszule”, „Bielizna”, „Ręczniki”. Po co im to wszystko na dwudniową wycieczkę? Kiedy Justin upchnął ostatnie z pudeł pod siedzenie kierowcy, Alice weszła do autokaru z naręczem koców. Pomógł jej znaleźć dla nich miejsce, unikając jej wzroku i jakiegokolwiek kontaktu. Nie był z nią sam na sam od spotkania i rozmowy z Ojcem. Nie mógł na nią patrzeć. Nie mógł uwierzyć, że tak go oszukiwała, udając czystą i niewinną. I pomyśleć, że prawiła mu kazania na temat jego złych przyzwyczajeń. Ale on nie jest żadną pieprzoną dziwką.

Cholera! Obiecał sobie, że nie będzie myślał w ten sposób. Zwłaszcza po wczorajszym dniu, kiedy widział te biedne kobiety, które krzyczały wniebogłosy i kopały co sił. Tamte kobiety nie wychodziły mu z głowy.

– Nie odzywasz się, odkąd wróciłeś z Bostonu – powiedziała Alice, patrząc na niego tym zatroskanym spojrzeniem, któremu przedtem ufał. Teraz nie wiedział, co myśleć. Jak się okazuje, nikt nie jest tym, za kogo brał go Justin. On także.

– Nic ci nie jest? – dodała.

– Jestem tylko zmęczony. – Udawał, że sprawdza pudełka, upewnia się, czy są bezpieczne pod siedzeniami.

– Jak już ruszymy, będziesz mógł się zdrzemnąć – powiedziała przyjaźnie.

Ale skąd miał wiedzieć, czy naprawdę tak czuła? W dalszym ciągu nie patrzył na nią, lecz Alice położyła rękę na jego ramieniu, zmuszając, by przerwał swą pozorowaną inspekcję.

– Justin? Jesteś na mnie zły? Zrobiłam coś nie tak?

– Nie, czemu?

– To dlaczego na mnie nie patrzysz?

Jasna cholera! Zapomniał, że ona potrafi czytać w jego duszy. Spojrzał jej w oczy, by jej udowodnić, że jest do tego zdolny. To był błąd. Ona widziała, że coś jest nie tak. I teraz to on odpowiadał za smutek, jaki pojawił się w jej głosie:

– Powiedz mi, proszę, jeśli zrobiłam coś złego. Nie mogę znieść myśli, że się na mnie gniewasz.