Выбрать главу

Jak już pisałem, sprawa regeneracji nerwów dosyć szybko posuwała się naprzód, zaś inne procesy zrastania się, łączenia żył i temu podobne były już od długiego czasu zagadnieniami w praktyce lekarskiej rozwiązanymi. Jednak i tak siedzieliśmy tam z półtorej godziny z bijącym sercem i drżącymi kolanami, gdy wreszcie serce, bez sztucznej interwencji, zaczęło regularnie pracować i twarz chorego boleśnie się naprężyła. Wówczas natychmiast dostał środki uśmierzające — i znowu czekaliśmy…

Nie wiem — wtedy też nie wiedziałem — ile czasu upłynęło, zanim chory otworzył oczy. Jednocześnie zwróciliśmy się do niego:

— Jak się pan nazywa? — zapytaliśmy.

— Fischer — powiedział wyraźnie, ale nagle słowa uwięzły mu w gardle. Oczy niespodziewanie zapadły się i zaczął rzęzić. Natychmiast użyliśmy aparatury i środków pobudzających, nasz trud nie poszedł na marne, po parominutowej agonii akcja serca wolno i słabo, ale znów regularnie została wznowiona.

Wyczerpani spojrzeliśmy na siebie, ale Felsen nagle podskoczył. — Jakie nazwisko podał? — spytał, krzycząc tak głośno, że aż się wzdrygnąłem. — Nie Fischer?

— Ależ tak — powiedziałem mechanicznie i nie wiedziałem, czego chce.

Felsen pochylił się i zaczął przeszukiwać ubranie na wpół żywego pacjenta — bo nagleni koniecznością natychmiastowej operacji, nawet nie mieliśmy czasu go rozebrać — i szybko wyciągnął z jednej z górnych kieszeni legitymację kolejową. Była wystawiona na nazwisko Weilera. Felsen spojrzał na mnie i rzucił się do przykrytych zwłok, przeszukał ubranie, a potem znaleziony portfel. Nie był w stanie się odezwać, a ręce tak mu drżały, że musiałem je przytrzymywać. W papierach widniało nazwisko — Ernesto Fischer.

Jednocześnie opadliśmy na krzesła i w ciszy usłyszałem westchnienie Felsena:

— Udało się!..

— Tak — odpowiedziałem, ale nagle przeraziła mnie jakaś straszna myśl i poczułem, że pot zalewa mi czoło.

Felsen spostrzegł, co się ze mną dzieje.

— Co ci jest?

— Czy myślałeś już o tym, co byś czuł, gdyby w lustrze patrzyła na ciebie obca twarz? — Wlepił we mnie oczy, widać było po nim, że nie rozumie. — Lub na przykład — ciągnąłem — gdyby na ulicy zwracano się do ciebie, witano nie znanym ci nazwiskiem i obstawano przy tym, że ty to nie ty, ale ktoś inny, i inni by to potwierdzali? Gdyby całe społeczeństwo uznało cię za kogoś innego?… Co z nim będzie, jeżeli wyzdrowieje? — wskazałem na ledwie oddychającego chorego. — Co zrobiliśmy? — spytałem i widziałem, że Felsen doznał wstrząsu. Patrzyliśmy na siebie z rozpaczą, potem mechanicznie wyszliśmy, powierzając opiekę nad żyjącym i martwym naszym współpracownikom…

Nazajutrz Felsen zadzwonił do mnie do mieszkania, niewiele spał tej nocy — powiedział, i poinformował mnie, że „Weiler”, który przeżył operację, pomimo opieki i wszelkich wysiłków naszych współpracowników, o trzeciej nad ranem zmarł. Natychmiastowa sekcja wykazała, że śmierć nastąpiła na skutek obrażeń mózgu, tak jak u „Fischera”…

— Tak — odpowiedziałem — tak. Żal mi biedaka…

I bezmyślnie zapatrzyłem się w okno.

Pisałem poprzednio, że w nocy, po wypadku dyktatora, niewiele spałem. Ciągle przychodził mi do głowy Weiler — Fischer albo Fischer — Weiler. Teraz też mnie to dręczy, nie mogę się od tego uwolnić. Prezydent — dyktator leży nieprzytomny, i bardzo problematyczne, czy da się go uratować… Na posiedzeniu rady państwa mówiłem szczerze, choćby nawet dlatego, że nie szanuję tej bandy na tyle, żeby przed nią udawać. Śmierć ich wodza, czy też zmniejszenie się jego zdolności ruchowej i — co jeszcze istotniejsze — umysłowej łączyłaby się z trudnymi do wyobrażenia konsekwewncjami. Nienawidzę go i gardzę nim za zbrodnie i podłości, których — zwłaszcza na początku panowania reżimu — dopuszczali się wobec moich towarzyszy i innych ludzi o demokratycznych poglądach jego zbiry z „dziką świnią” na czele.

8 listopada.

(Dla uproszczenia w dalszym ciągu będę datował swój dziennik według bardziej popularnej jeszcze, starej ery.)

Dyktator wciąż jest nieprzytomny. Okolica Instytutu to prawdziwy obóz wojskowy. Chociaż udało się najściślejszy dozór ograniczyć do grupy budynków, w których znajduje się pokój chorego, to jednak na każdym rogu można zobaczyć czołgi i piesze patrole i dopiero dzięki moim wielokrotnym, energicznym wystąpieniom Instytut może jako tako pracować. Udało się również oddalić oficera pełniącego straż przy łóżku chorego, po tym, jak telefonicznie wytłumaczyłem zastępcy „dzikiej świni”, że nieszczęsny drzemiący strażnik i tak nie rozumie nic z tego, co się wokół niego dzieje, i że gdybyśmy chcieli, moglibyśmy na jego oczach zamordować wodza, dając mu odpowiedni zastrzyk, czy też wręcz odwrotnie — nie dając zastrzyku, który jest mu potrzebny…

Nie mam spokoju. Myśli wirują mi w głowie, przed oczami tańczą czarne kółka, chociaż w lustrze wyglądam na spokojnego. Nie wiem, co robić, martwię się, że stan prezydenta staje się krytyczny i nie zdążę. Cała rada państwa bez przerwy siedzi w Instytucie, zajęli największą salę wykładową i otaczające ją pomieszczenia. Dziś późnym popołudniem z niemałym trudem udało mi się tam dotrzeć, by poprosić na rozmowę zastępcę wodza i naczelnego ideologa. Powszechnie wiadomo, że ci dwaj to główne filary i zaufani dyktatora; jeden jest uosobieniem byczej siły, drugi — chytrej ostrożności. Mówią, że dyktator, żonglującym tym dwiema przeciwnymi siłami, utrzymuje między nimi równowagę; świadczy to w każdym razie o jego wielkim talencie politycznym.

Usiedliśmy w jednym z sąsiednich pomieszczeń. Poprosiłem przede wszystkim o zachowanie pełnej tajemnicy, co obydwaj mi przyrzekli. Postaram się możliwie dosłownie oddać przebieg rozmowy.

— Panowie — powiedziałem — stan prezydenta dotąd się nie zmienił, ale w każdej chwili może się polepszyć bądź pogorszyć. Robimy wszystko w celu wyleczenia, ale muszę w tym wypadku prosić panów o pewną niekonwencjonalną przysługę.

Sztywno popatrzyli na mnie, a wódz propagandy kiwnął palcem, żebym kontynuował.

— Panowie, chociaż nie są fachowcami, z pewnością jednak słyszeli o metodzie regeneracji nerwów. — Skinęli głowami, „dzika świnia” trochę niepewnie i z opóźnieniem. — Polega ona na tym — ciągnąłem — że jesteśmy w stanie, do pewnego stopnia, wpłynąć na odradzanie się systemu nerwowego, na powstawanie nowych komórek nerwowych. Jednak te nowe tkanki nerwowe są puste, nie posiadają żadnej treści, żadnego zapisu. Różnicę, jaka istnieje pomiędzy starym obszarem świadomości a nowym możemy z czasem wyrównać, wprawiając je w stan rezonansu i licząc na ich wzajemne oddziaływanie. Oczywiście nie możemy zapełnić tego obszaru nową treścią, ale regulując „liczbę drgań” możemy nadać świadomości pewne zabarwienie. By jednak efekt taki osiągnąć, musimy jak najdokładniej znać dotychczasowe życie pacjenta.