— Co pan ma na myśli? — spytał szef propagandy.
— Tego dotyczy właśnie moja prośba: muszę poznać możliwie najdokładniej prywatne życie prezydenta. — Powiedziałem to w liczbie pojedynczej, mając nadzieję, że natrafię na mniejszy opór.
— To niemożliwe! — wrzasnął nagle, czerwieniejąc ze złości zastępca — Co to za cyrk?
Wódz — teoretyk podniósł uspokajająco rękę.
— Wydaje mi się, że zdaje pan sobie sprawę z wagi swojego życzenia, proszę więc, żeby umotywował pan to bardziej konkretnie, a nie tylko teoretycznie.
— Chętnie — odpowiedziałem. — Sądzę, że to, co powiem, będzie łatwe do zrozumienia. Chyba wszyscy byliśmy już kiedyś wstawieni i znamy ten stan.
Skinęli głowami.
— A więc i to też panowie pewnie zauważyli, jak rozmaicie stan ten przejawia się u poszczególnych osób. Jedni są podnieceni, gwałtowni, inni zasypiają. Jedni są mili, gadatliwi, inni ponurzy i milczący, i tak dalej w wielu wariantach, można jednak wymienić kilka głównych typów zachowań według własnej „częstotliwości drgań”. Czy to jest zrozumiałe?
Znów skinęli głowami, zastępca z wyrazem zmartwienia na twarzy, ideolog z wyczekującym zainteresowaniem.
— Tej „częstotliwości drgań” u człowieka nieprzytomnego nie można ustalić żadnym badaniem ani eksperymentem. Pewne wnioski można wyciągnąć jedynie po zapoznaniu się z bezpośrednim środowiskiem pacjenta.
Tu zastępca znów uczynił taki gwałtowny ruch protestu, że aż ordery zabrzęczały na jego marynarce. Zrozumiałem to, bo przecież już od dawna przedmiotem plotek była specyficzna sytuacja, jaka istniała pomiędzy nim a dyktatorem oraz jego przyjaciółką — urzędowo „gospodynią” prezydenckiej rezydencji. Według niektórych dama ta była bliską krewną „dzikiej świni”, inni natomiast twierdzili, że była przedtem jego kochanką i że dyktator, dochodząc do władzy, zabrał mu ją, co z kolei pozwoliło zastępcy osiągnąć aktualną pozycję. Na twarzy ideologa pojawił się na krótką chwilę złośliwy błysk, jakby potwierdzający moje domysły, który jednak zdradzał również, że tych dwóch ludzi, to zawzięci rywale i śmiertelni wrogowie i jedynie dyktator dzięki swojej energii i bezwzględności jest w stanie ich pohamować, by nie skoczyli sobie do gardła. Tak jak oczekiwałem, naczelny ideolog odezwał się:
— Czy jednak, biorąc pod uwagę o kogo chodzi, nie można by tego pominąć lub zastąpić czymś innym?
— Posłuchajcie, panowie — powiedziałem — to nie dziecinna igraszka, o czym sami dobrze wiecie. Ale żebyście w pełni zdali sobie sprawę z wagi zagadnienia, wrócę do tego, co zacząłem poprzednio…
Tu zrobiłem małą przerwę, podczas gdy zastępca szarpał linoleum ostrogami.
— W poprzednim porównaniu wskazałem na wpływ powszechnie znanej substancji, na alkohol, który tak rozmaicie oddziaływuje na ludzi. Ale chodzi o to, że różne substancje mogą w różny sposób działać na poszczególnych ludzi. Powszechnie znany jest na przykład pobudzający, ożywczy wpływ kofeiny, większość ludzi, jeżeli przed snem wypije kawę, ma trudności z zaśnięciem lub w ogóle zasnąć nie może, ale są i tacy, którzy mogą usnąć tylko wówczas, gdy wypiją przedtem swoją małą czarną. No a teraz powracam do sedna swoich wywodów. Wyobraźmy sobie sytuację, gdy jakaś duża masa, powiedzmy płyn — w naszym wypadku większa nie uszkodzona część ośrodka nerwowego — ma określoną barwę czy, uciekając się do innego porównania, określony obwód drganiowy. I teraz, żeby uzyskać efekt współdziałania, trzeba mniejszą, nową, a więc bezbarwną część ośrodka nerwowego zabarwić na taki sam kolor. Możemy liczyć na sukces tylko w wypadku, gdy uda nam się uzyskać barwę identyczną lub prawie identyczną, w przeciwnym razie zawsze coś tam nie będzie pasować. Zrozumiałe, prawda? Można powątpiewać, czy różnica odcieni jest tu istotna, skoro nie uszkodzona część mózgu i tak zdecydowanie dominuje nad częścią nową, pustą. W praktyce jednak znamy barwniki, których jedna kropla, dolana do innej intensywnej farby, wystarczy, by całość przybrała kolor barwnika. Jeżeli więc przyjmiemy, że większa masa nasycona jest takim silnym barwnikiem, wówczas kolor mniejszej nie ma znaczenia, jeżeli natomiast zdarzy się, że właśnie mniejsza masa ma barwnik silniejszy, wówczas stosunkowo łatwo „przestroi na swój obwód drganiowy” masę większą. System nerwowy człowieka, jego świadomość jest jednak nieskończenie bardziej skomplikowana niż jakakolwiek kombinacja chemiczna i — jak wspomniałem — jest to niesłychanie płaskie porównanie, bo żadna analiza chemiczna nie potrafiłaby wykazać „barwy” duszy. Tym bardziej konieczne jest, bym uświadomił panom konsekwencje, jakie może spowodować ingerowanie w ten mechanizm bez możliwie pełnej znajomości wszystkich czynników. Niewykluczone zresztą, że i tak nasz wysiłek będzie daremny.
Po tych słowach zapadła głęboka cisza, ustały nawet pochrząkiwania „dzikiej świni”.
Zaczekałem chwilę, po czym ciągnąłem dalej:
— Prezydent jest jednostką ogromnie utalentowaną, o silnej woli i zdolności szybkiego podejmowania decyzji. Co by się jednak stało, gdyby w wyniku niewłaściwej regeneracji jego charakter uległ zmianie? Jakie konsekwencje pociągnąłby za sobą fakt, że jakaś natychmiast potrzebna decyzja rodziłaby się długo, wśród wahań i wątpliwości, tylko dlatego, że nie dysponując odpowiednimi informacjami, czegoś zaniedbaliśmy.
Szef propagandy, błyskając okularami, zerknął na milczącego wierzgającego zastępcę wodza i odezwał się pierwszy:
— Widzę, że nic tu się nie da zrobić… Jak pan sobie to wyobraża, panie profesorze?
— Im prędzej, tym lepiej — powiedziałem, i ustaliliśmy, że ponieważ dzisiaj jest już dosyć późno, jutro wczesnym przedpołudniem pojedziemy we trzech do pałacu prezydenckiego. Zastępca wyszedł z kwaśną miną.
To zdarzyło się dzisiaj. Muszę wyznać, że duża część z tego, co wyłożyłem, to było zwykłe ple — ple. Nie fakty, w nich najbardziej surowa kontrola naukowa nie znalazłaby fałszu, ale nie to, co dotyczyło prezydenta… Bowiem przed rozmową, kiedy znów go obejrzałem, doszedłem do niezbitego wniosku, że właściwie jest nie do uratowania i że wkrótce wszystkie nasze starania będą daremne. A więc trzeba się spieszyć.
9 listopada.
Dziś rano w eskorcie aut pancernych przybyliśmy do pałacu. Okazało się, że w śródmieściu ruch uliczny jest bardzo słaby i prawie na każdym skrzyżowaniu tkwią nieruchomo czołgi. W pałacu, również gęsto otoczonym czołgami, przeszliśmy wprost do prywatnych apartamentów prezydenta, gdzie najpierw przyjrzałem się drobnym przedmiotom o charakterze osobistym, a później wypytywałem służbę o zwyczaje wielmożnego pana, starając się tymczasem notować ich miny. Odpowiadali skrępowani i wielokrotnie musiałem powtarzać, że jestem lekarzem, który w interesie chorego musi wiedzieć wszystko. Pomimo to tylko na wyraźną zachętę naczelnego ideologa zgadzali się mówić o rzeczach bardziej intymnych. Ile pali, czy pije, czy często się gniewa, czy jest bezwzględny, a może brutalny. Czego słucha w radio, ewentualnie co ogląda w telewizji. Obejrzałem urządzenie łazienki, przybory do mycia: dowiadywałem się, czy sam się goli. Wypytywałem fryzjera, jak również kucharkę o jego ulubione potrawy, a lokaja o drobne przyzwyczajenia; obejrzałem jego sypialnię, zajrzałem do biblioteki. Oczywiście nie interesowałem się tajemnicami państwowymi, a jedynie drobnymi, indywidualnymi cechami i gestami. Wreszcie nastąpiła najbardziej kłopotliwa część odwiedzin. Poprosiłem, bym mógł się zobaczyć z gospodynią. Gdy weszła, ogarnęły mnie w pierwszej chwili dziwne, mieszane uczucia. Była dojrzałą pięknością o czarnych włosach i nadzwyczaj efektownym wyglądzie, ale w jej wyważonym, „uprzejmym” zachowaniu, ruchach, głosie, w całej postaci było coś odrażającego, wywołującego opór. Na myśl o jakichś bliższych kontaktach z nią wzdrygnąłem się. Zresztą — zestawiając ją szybko z „dziką świnią” — czułem, że to nie krewni… Powiedziałem, o co chodzi i powołując się na względy lekarskie, poprosiłem obydwu zastępców, żeby zostawili nas samych. Po „dzikiej świni” było widać, że tylko z największym trudem potrafi zebrać w sobie tyle siły, by zadośćuczynić naszej prośbie.