Выбрать главу

Nie chcę tu pisać o intymnych fragmentach rozmowy, jedno jednak muszę zaznaczyć. To mianowicie, że — jak szyderczo plotkowano wśród miejskiej czeladzi — ich stosunek nie przebiegał bez zakłóceń, a to na skutek prostych anomalii fizjologicznych, z którego to powodu dama wiele razy była poddawana leczeniu sanatoryjnemu. Niemałego wysiłku wymagało ode mnie pocałowanie jej w rękę, aby wyrazić jej mój najgłębszy szacunek. Z zamętem w głowie, wywołanym doświadczeniami zebranymi w pałacu, wróciłem do Instytutu i jeszcze raz odwiedziłem wodza. W stanie chorego nie zaszły żadne zmiany…

Jeszcze tego samego wieczoru opowiedziałem Felsenowi o swoich przeżyciach w pałacu. Zdziwiony zapytał, po co mi to wszystko było potrzebne. Nie mogłem nic wyjaśnić, bo sam działałem pod naciskiem jakiegoś tajemniczego impulsu. Ale zaskoczyło mnie, że w pełni podziela moją niechęć do gospodyni. Zjawiska tego też nie umiał wytłumaczyć inaczej, niż stwierdzając, że to na pewno „nie jego typ”. Zresztą znał ją nie tylko ze zdjęcia, bo spotkał ją kilka razy na urzędowych przyjęciach. O Felsenie zresztą nie wiedziono, że „jesteśmy z tej samej gliny” i uważano go za eleganckiego światowca…

10 listopada.

Krążę wokół tej myśli, czując się jak pasażer na karuzeli, dla którego jedynym stałym punktem jest ozdobiony lustrami słup osi wirującego kręgu. Już wiele razy postanawiałem, że wezwę Felsena i opowiem mu o wszystkim, ale nie mogłem się na to zdecydować.

O wpół do drugiej po południu trzeba było podjąć decyzję. Felsen przybiegł i oznajmił, że stan dyktatora pogorszył się… Mówił też coś o buntach na przedmieściach, w pewnej chwili nawet jak gdyby dał się słyszeć odległy szczęk broni, ale wszystko to nie pozostawiło w mojej świadomości żadnego śladu…

Od tej chwili popadłem w jakiś szczególny stan ducha. Jakby pękła gdzieś we mnie jakaś tama i porwał mnie niepohamowany strumień energii. Tak jakbym działał według opracowanego gdzieś w głębi mojej świadomości szczegółowego planu, każda rodząca się nagle myśl natychmiast zamieniała się w czyn… Mówiłem na wpół świadomie, z mechaniczną dokładnością, ale z tego potoku słów niewiele potrafię tutaj przytoczyć. Natychmiast zarządziłem, by przewieziono dyktatora do specjalnego eksperymentalnego laboratorium, i ja też zaraz tam pospieszyłem, wprost wlokąc ze sobą pół żywego ze strachu Felsena. W tym czasie widziałem tylko, ale nie dotarło to do mojej świadomości, że przed drzwiami staje uzbrojony strażnik…

Kiedy wtoczyliśmy na noszach konającego wodza i zgodnie z dotychczasową praktyką cały personel opuścił laboratorium, kazałem Felsenowi usiąść i stojąc przed nim wygarnąłem mu kawę na ławę. Najpierw przypomniałem naszą rozmowę, w trakcie której ustaliliśmy, że bezwzględnie leży w tej chwili w interesie kraju, by znienawidzony dyktator pozostał przy życiu.

Wystraszony Felsen tylko kiwał głową. Dyktatora nie da się uratować, zostało mu tylko parę minut, nie ma czasu na wahania.

— Co pan chce zrobić? — spytał Felsen, któremu groza zjeżyła włosy na głowie.

— Powtórzyć operację Fischer — Weiler — powiedziałem.

Felsen podskoczył i jak oszalały, szczękając zębami biegał po wąskim pomieszczeniu. Złapałem go za ramiona i cisnąłem na krzesło. Z rozpaczą spojrzał na mnie, potem wyjąkał:

— Kto jest tym drugim?

— Ja — odpowiedziałem. Już paplałem. Sądzę, że jakiś wewnętrzny bodziec narzucał mi coraz szybsze tempo, bym przekroczył otchłań przerażenia i odrazy, która rozwierała się przede mną na myśl, że za parę minut moja fizyczna istota będzie już tylko martwym ciałem.

Felsen nie mógł wydobyć głosu, tylko zajęty grozą potrząsał przecząco głową.

— Niech pan zrozumie, nie możemy zrobić nic innego — powiedziałem i zęby mi zaszczękały. Potrząsnąłem nim tak, że aż mu głowa zaczęła latać.

— Prof… — stęknął wreszcie — dla takiego łotra ryzykować sobą… pan, ojciec nauki?

— Nie dla niego, dla nas wszystkich, dla naszej przyszłości, a istnieje tylko ta konieczność: on musi żyć! I pomyśl jeszcze o jednym — po raz pierwszy go tykałem — pomyśl, że nasz największy wróg to będzie właściwie nasz człowiek. Mamy szansę osłabić od wewnątrz ten przeklęty system, tak żeby zawalił się nie mszcząc nas! Jaką więc ceną jest ryzykowanie jednego życia?

— Ale dlaczego pańskiego, panie profesorze? — zamachał z rozpaczą ręką.

— Bo któż inny da mi gwarancję, że nie wpadniemy z deszczu pod rynnę albo jeszcze gorzej?… Z drugiej strony, nie mamy czasu — machnąłem w kierunku widocznie słabnącego wodza. — Szybko! — krzyknąłem na Felsena, licząc na dobrze uszczelnione drzwi; to podziałało na niego, wydawało się, że zapanował nad swoim strachem i chociaż zbladł, wyjąkał:

— Więc ja się tego podejmę.

— Synku — jęknąłem i przytuliłem go do siebie jak matka płaczące dziecko — nie można. Ja wybadałem teren, ja wiem jak postępować, by w pierwszych chwilach nie wydarzyło się nic dziwnego, co dałoby okazję stadu wilków do rozerwania swego przewodnika jako pierwszego… Ja jestem starszy, bardziej doświadczony. A ty pod względem politycznym jesteś dzieckiem, naiwnym uczonym. Byłoby to z twojej strony bezsensowne poświęcenie i z mojej też, bo w nauce ty masz przyszłość, a ja do pewnego stopnia należę już do przeszłości… chodźmy! — wrzasnąłem nagle, patrząc na agonalne drgawki prezydenta.

— Ale… — jąkał się Felsen.

Wyciągnąłem rewolwer, który wziąłem ze sobą rano odruchowo, skierowałem na Felsena i w zdenerwowaniu zacząłem krzyczeć nieco bez sensu:

— Natychmiast wyjdziesz stąd — ryczałem — albo zastrzelę cię jak psa, bo nie można ci ufać! — Zrobił się jeszcze bardziej blady i zataczając się ustąpił. — Operację wykonam sam, włączając transplantator od wewnątrz. Za dziesięć minut wejdziesz do laboratorium i żeby nie pozostał żaden ślad tej sprawy, zewnętrzną dźwignią, którą potem zaraz zdemontujesz… — tu głos uwiązł mi w gardle — jednym ciosem, jeżeli to możliwe, rozbijesz głowę swego profesorka, zawołasz o pomoc, wybiegniesz i powiesz, że konstrukcja nośna spadła na niego, kiedy wykonywał zabieg. Musisz to zrobić zaraz po operacji, żeby ewentualne badanie nie mogło ustalić, że śmierć nastąpiła wcześniej… Rozumiesz?… Jeżeli natomiast byłbym zmuszony cię tu natychmiast zastrzelić, wówczas przed rozpoczęciem operacji dam sygnał alarmowy z transplantatora i ci, co wejdą, znajdą zwłoki dwóch lekarzy i, mam nadzieję, żywego wodza, bo przecież do tej pory operacja odbędzie się, a wódz po odzyskaniu przytomności, zakładając, że w owym czasie będzie nieprzytomny, wszystko im wyjaśni… Chodźmy…