Выбрать главу

Felsen spuścił oczy, zatrząsł się, z jego twarzy z wolna zniknął wyraz grozy i powiedział:

— Nie pójdę, profesorze. Podejmę się prowadzenia operacji i tego, co muszę zrobić po niej! — W tym czasie po jego trupio bladej twarzy toczyły się łzy, a usta drżały… Wspiął się i zaczął demontować wskazaną część urządzenia.

— Szybko! — mówiłem — szybko! — i jedną ręką starałem się mu pomóc, podczas gdy w drugiej trzymałem gotową do strzału broń, chociaż na myśl, że za parę minut żelazna belka roztrzaska mi czaszkę, poczułem zimny dreszcz na plecach… Wreszcie zdjęliśmy i położyliśmy na ziemi ciężki „przyrząd”.

— Do dzieła — powiedziałem do Felsena, gdy znikałem w transplantatorze, który od czasu wypadku Weilera — Fischera unowocześniłem tak, że wprowadzenie izotopu odbywa się teraz automatycznie. Możemy mu nawet powierzyć wymianę mózgu, chociaż wciąż jeszcze wydaje się nam, że ten delikatny zabieg sami wykonujemy lepiej. Pistolet trzymałem tak, żeby Felsen mógł go widzieć. Leżąc na wznak patrzyłem mu w oczy: jego zalana łzami twarz wzruszyła mnie, wyciągnąłem do niego rękę, uścisnął ją i widziałem, jak sięga do guzika z narkozą. W ostatniej chwili jednak próbowałem mu przeszkodzić, wyprężając całe ciało zacząłem się bronić, chciałem się stamtąd wydostać i zrozpaczony, strasznym głosem krzyczałem, że nie chcę… nie chcę! Felsen patrzył na mnie szeroko otwartymi oczami, jednym ruchem odepchnął moje rękę, szybko nacisnął guzik, a potem chwytając mnie za ramiona i przygniatając całym swoim ciężarem wepchnął z powrotem do maszyny…

…Ściskam kierownicę czołgu, nie wypuszczając jednak z ręki rewolweru. Na prawo ode mnie „dzika świnia” maca spust karabinu maszynowego. Wiem też, że siedzący za nami okularnik nastawia celownik działa. Gąsienice bezszelestnie suną po bruku ciemnej ulicy, nigdzie żadnego światła ani postaci. Prężę się w swoim mundurze wodza, który przylega do mnie jak moja własna skóra, i chociaż nie widzę, czuję, jak wspaniale czerwienią się na nim generalskie lampasy. Moja noga w lakierkach naciska pedał, a ulica staje się coraz węższa, tak że czołg dotyka ścian domów… Nagle na całej szerokości ulicy pojawia się tłum, tak gęsty, że ludzie tratują się wzajemnie. Powiewają nad nami czerwone sztandary, ich kolor jest taki, jak lampasy na moich spodniach… A, w śmiertelnej ciszy, w pierwszym szeregu idą mój ojciec i moja matka. Nie wiem, jak to możliwe, przecież już dawno umarli. Wytężając wszystkie siły staram się zatrzymać czołg, ale on wciąż prze do przodu. „Dziką świnią” wstrząsa złośliwy rechot, wąż okularnik szyderczo puszcza do niego oko i czołg jedzie dalej. W ostatniej chwili udaje mi się skręcić kierownicę. Czołg chwieje się i posuwa naprzód w taki sposób, że ścina podmurówki domów, a te walą się za nami na ulicę. Na wystającej żelaznej belce uwieszona jedną ręką jakaś kobieta — belka jest identyczna jak ta w laboratorium — w drugiej ręce kobiety dziecko… Moi towarzysze ryczą już teraz pełną gębą, chociaż nie słychać nawet piśnięcia. Druga gąsienica czołgu robi z tłumu marmoladę, strumienie krwi tryskają na ściany domów i spływają po szybach okien, za którymi tłoczą się ciekawscy. Spieniony potok krwi zalewa plac, za nami wysokie fale wciskają z powrotem do bram ludzi, usiłujących wydostać się na zewnątrz; następnie powódź zaczyna podążać za nami, fala, wyższa niż czołg, niezłomnie prze naprzód, a w pierwszym szeregu ciągle bez słowa idą moi rodzice… Krwawa powódź wypełnia czołg tak nagle, że nie mam nawet czasu wziąć oddechu, nos i usta mam pełne krwi, duszę się z obrzydzenia i przerażenia i czuję, wiem, że okularnik ostatkiem sił usiłuje wyjąć lufę działa, żebym mógł się przecisnąć przez tę szczelinę, ale zamiast tego podnosi żelazną belkę z laboratorium i opuszcza ją na moją głowę. Belka pobrzękuje jak łańcuch… łańcuch pobrzękuje… pobrzękuje… i nie chce zamilknąć… nie chce zamilknąć. Już nie tonę, ale wstręt i przerażenie dławią mnie, a łańcuch brzęczy… Leżę zlany potem, otwieram oczy.

Spoglądam na dobrze znane górne oświetlenie specjalnego laboratorium, ale lufa działa, która zmieniła się w żelazną belkę, wciąż jeszcze brzęczy. Rozglądam się. W transplantatorze odzywa się sygnał wskaźnika narkozy, który sygnalizuje, że wyznaczony czas upłynął. W prawej ręce wciąż trzymam swój rewolwer, na piersi znajduję kartkę, a na niej kilka niewyraźnych liter. Bez namysłu biorę ją i odczytuję: „Niech pan profesor przeprowadzi operację!” Z pustką w głowie gapię się, potem patrzę na transplantator, z nieartykułowanym krzykiem zrywam się i zataczając się zbliżam do maszyny. Strzałki wskazują, że otwarcie czaszek i przecięcie połączeń już nastąpiło…

Rozpacz i przerażenie o mało nie ścięły mnie z nóg. Felsen mnie oszukał! Kiedy straciłem świadomość, wyciągnął mnie z maszyny, sam zajął moje miejsce i włączył automat… Wskaźniki podawały, że parę sekund temu puls w obydwu ciałach zanikł… Nie mogłem nic poradzić, musiałem natychmiast działać. Odezwała się we mnie rutyna, ona mną kierowała. Zamieniłem dwa trzęsące się, galaretkowate mózgowia i włączyłem u wodza działanie regeneracyjne. Martwe ciało Felsena wywlokłem z maszyny i drżąc zaciągnąłem je na miejsce, które mu przedtem sam wskazałem, mechanicznie podniosłem ciężką żelazną belkę, następnie kierowany nagłym impulsem dokładnie wytarłem odciski palców Felsena, potem unosząc w obydwu rękach żelazo, jednym potwornie silnym uderzeniem roztrzaskałem głowę mojego ulubionego ucznia i współpracownika. Sądziłem, że jako lekarz oswojony z widokiem śmierci będę patrzył na rozbryzgujący się mózg i zbryzgane krwią pomieszczenie bez specjalnych emocji, ale omyliłem się. Świat i mój żołądek nagle zawirowały — trudno, nigdy nie byłem katem — i zdobyłem się tylko na to, by nacisnąć dzwonek alarmowy, otworzyć drzwi i krzyczeć, czy raczej szeptać o pomoc. Upadłem twarzą koło buta wartownika z pistoletem maszynowym…

Kiedy przyszedłem do siebie, można by rzec, że cały Instytut stał koło mojego łóżka. Widząc, że otwieram oczy, szybko zaczęli się nawzajem wypychać z pomieszczenia, zostali ze mną tylko drugi zastępca dyrektora i siostra przełożona. Moje pierwsze pytanie dotyczyło Felsena. Po lekarzu było widać, że nie chce odpowiedzieć, ale wreszcie wykrztusił tyle, że spadła na niego, obluzowana jak się wydaje, część maszyny.

— Ale co z nim jest? — spytałem teraz już w gorączkowym podnieceniu, bo znów ujrzałem przed oczami potworny widok.

— Zmarł… na skutek zupełnego rozbicia czaszki — odpowiedział — policja bada teraz przebieg wypadku.

W tej samej chwili jakiś człowiek, wyglądający na urzędnika, zajrzał i spytał, czy może wejść.

— Tak — odpowiedziałem teraz już ja. Przedstawił się, był inspektorem policji, jego nazwiska nie mogę sobie przypomnieć. Opowiedziałem, że nie mając już innego wyjścia, przeprowadziliśmy operację otwarcia czaszki prezydenta, gdy jakaś widać obluzowana część maszyny spadła na Felsena. W pierwszym odruchu przerażenia próbowałem wyciągnąć go spod niej, ale czując, że robi mi się słabo, zawołałem o pomoc. Tyle potrafię o tym powiedzieć… Wydaje się, że to ich zadowoliło, bo więcej mnie nie niepokoili…

Gdy automat wykonał swoje zadanie, kazałem wodza w ogromnym białym turbanie na głowie przewieźć na dawne miejsce. Swoje łóżko też kazałem wstawić do jego pokoju, bo sam chciałem kontrolować stan chorego i na razie wszystkim innym zabroniłem wstępu. Nawet siostra przełożona mogła tam wejść tylko na moje specjalne wezwanie.