Выбрать главу

12 listopada.

W ciągu ostatnich dwóch dni nie wydarzyło się nic szczególnego poza tym, że pięć razy mdlałem, gdy pojawiał się przed moimi oczami obraz, który ujrzałem w specjalnym laboratorium. Nawet nie starałem się ukryć przyczyny swojej słabości… W jutrzejszym pogrzebie nie wezmę udziału. W stanie wodza żadnych zmian, w dalszym ciągu jest nieprzytomny, ale ja po słabych drganiach widzę, że zaczęła się poprawa i wygląda na to, że operacja zakończyła się sukcesem. Ale jestem zdenerwowany.

W budynku Instytutu, w którym leży wódz, ustała normalna praca. Można powiedzieć, że okupuje go rada państwa. Nie mogą uporać się z przepędzaniem ciekawskich sprzed pokoju chorego. Tu i ówdzie pojawia się teraz czerwona gęba „dzikiej świni”…

13 listopada.

Felsena pochowano. Mimo burzliwej, niepewnej sytuacji politycznej odprowadzały go tłumy. Ja posiałem osobny, obok instytutowego, ogromny wieniec. Poza tym nic nowego. Stan chorego niepewny, ze słabymi oznakami poprawy. Nie dopuszczam jeszcze do niego nikogo, bez wyjątków! Dzisiaj próbowała „gospodyni”, ale uprzejmie odmówiłem.

14 listopada.

Wódz otworzył dzisiaj oczy. Właśnie stałem obok jego łóżka i wpatrywałem się w jego twarz z wolna nabierającą życia: była bardzo zarośnięta. Spojrzał na mnie i czułem, że serce mi wyskoczy… Parę razy zamrugał, potem patrzył na mnie drętwo. Z wysiłkiem, mając na wpół sparaliżowany język, odezwał się:

— Profesorku…

Zadrżałem. Dyktator mnie nie znał, nigdy nie interesował się moją pracą, w Instytucie natomiast jeden jedyny Felsen tak mnie nazywał, i to też tylko w cztery oczy!.. Na chwilę zakryłem twarz rękami, gdy przyszedł mi nagle do głowy pewien pomysł. Odesłałem będącą właśnie w pokoju siostrę przełożoną i pochyliłem się nad chorym. Wolno sylabizując, by mógł śledzić również ruch moich ust, głośno powiedziałem:

— Jak się pan czuje, ekscelencjo? — Jego spojrzenie stało się jeszcze bardziej sztywne. Szybko poprawiłem poprzedni tekst: — Jak się pan czuje, panie prezydencie? — powtórzyłem kilkakrotnie, coraz bardziej zdenerwowany.

— Ależ, profesorku… — powiedział znów i rozejrzał się wkoło zdziwiony, a potem pytająco spojrzał na mnie. Nie wiedziałem, co mam robić. Opanował mnie taki strach, że opadłem na krzesło szczękając zębami. Najchętniej wybiegłbym z pokoju.

Nie wiem, jak długo tak siedziałem, ale w pewnej chwili zauważyłem, że wódz odwrócił głowę, na której miał już tylko cienki bandaż, w moją stronę i patrzy na mnie. Cóż mogłem zrobić, wstałem i podszedłem do niego.

— Jak się pan ma, panie profesorze? — spytał przymilnie, tak jak zwykł mnie co rano pozdrawiać Felsen. Zatoczyłem się do tyłu i o mało nie upadłem, bo potknąłem się o krzesło. — Czy nic panu nie jest? — wykrzyknął wódz charakterystycznym, tyle razy słyszanym w radio głębokim barytonem i chciał wstać, żeby mi pomóc, ale upadł na wznak.

— Uważaj! — teraz ja krzyknąłem. — Jeszcze nie wolno panu się ruszać — i nawet nie zauważyłem, że zwracam się do niego raz tak, a raz tak. Zapanowałem nad swoim zdenerwowaniem i usiadłem na skraju łóżka. Przy nagłym gwałtowniejszym ruchu kołdra zsunęła się, a spod szpitalnej piżamy ukazała się ogromna, muskularna, owłosiona klatka piersiowa dyktatora. Mimowolnie ujrzałem przed sobą wysportowaną, chłopięcą sylwetkę Felsena…

— Nic mi nie jest — powiedziałem, chociaż głos mi drżał i z trudem przełykałem ślinę. — Ale co z panem?

Starałem się nie wymawiać imienia. — Wie pan, gdzie pan jest?

Najpierw zrobił taki ruch, jakby chciał zapytać: A gdzie mógłbym być? — ale potem sprawiał wrażenie, jakby się zastanawiał, nieruchomo patrzył przed siebie, potem na mnie, następnie zmieszany potrząsnął głową.

— Co pan pamięta? — spytałem, a potem, jak gdyby nawiasem, dodałem: — Specjalne laboratorium… transplantator mózgów?…

— Niech pan poczeka! — wykrzyknął. — Profesorze, ja zrobiłem to zamiast pana — i dalej patrzył na mnie tak, jakby uważał to wszystko za najbardziej naturalny porządek rzeczy.

— A potem?

— Co potem? Potem obudziłem się tu, w separatce… — mruknął. — Ho, ho, ale paskudnie zarosłem — powiedział, gdy przesunął ręką po swojej klatce piersiowej — i męczy mnie jakiś brzydki zapach… Czy to ja tak śmierdzę?

— To nie smród — wtrąciłem — to zapach pańskiego ciała, który jest różny u różnych ludzi…

— Ale ja nigdy tego nie czułem — mówił podniecony i obwąchiwał wszystko dookoła.

Myślałem, że wygram pierwszy atut. Żartobliwym głosem powiedziałem:

— Ryby własna ość nie przebije. — Spojrzał na mnie przerażonym wzrokiem, jakby zaczynał coś rozumieć.

— Ułożył się pan w transplantatorze i włączył go, prawda? Partnerem był dyktator, pamięta pan?

Szeroko otwartymi oczami, przerażony patrzył na mnie, potem odwrócił głowę. Widziałem, że nie ma innego wyjścia, trzeba zrobić ostatni krok. Zdjąłem lustro wiszące nad umywalką i postawiłem przed nim. Na krótką chwilę wlepił w nie wzrok, potem z rozdzierającym krzykiem — nie sądzę, żeby wódz wydał kiedykolwiek taki — zakrył rękami twarz i zemdlał.

Kiedy doprowadziłem go do przytomności, chwycił go taki spazm płaczu, że serce mi się ścisnęło. W swojej lekarskiej karierze widziałem wiele rozpaczy, jeszcze więcej słyszałem szlochów, ale tak łkać może tylko ktoś, kto stracił więcej niż wszystko: samego siebie… Właściwie dopiero teraz przeraziło mnie to, co się stało, co zrobiliśmy, a dokładnie, co ja zrobiłem. Przecież to mój pomysł zawiódł.

Wreszcie udało się go uspokoić, ale musiałem użyć najsilniejszych środków uspokajających. Sam śmiertelnie wyczerpany zwaliłem się na łóżko… W tym stanie w dalszym ciągu sam będę musiał na niego uważać…

15 listopada.

Dzisiaj na szczęście obudziłem się, a ściślej mówiąc, doszedłem do siebie wcześniej niż on. Dlatego piszę w ten sposób, bo nie wiem, jak go nazywać. Usiadłem koło jego łóżka i czekałem. Gdy otworzył oczy i spojrzał na mnie, przywitałem go:

— Dzień dobry, panie prezydencie! Jak się pan czuje?

Jego spojrzenie zastygło, widziałem po nim, że zaraz znów się załamie. Najcieplejszym tonem, na jaki mnie było stać, ciągnąłem: — Posłuchaj mnie, Felsen, synku! Posłuchaj mnie i bardzo pilnie myśl o tym, co ci powiem. — Mówiłem cicho, ale w moim głosie był jakiś hipnotyzujący spokój i siła. Patrzył na mnie, a jego spojrzenie było czyste, zdecydowanie rozumne. Sądzę, że wódz, odkąd żyje, nigdy nie patrzył na świat w ten sposób…

— Maciusiu — po raz pierwszy chyba wymówiłem imię Felsena, na co z wolna obrócił twarz w moją stronę — nie tylko ja, ale i ty też wiesz, kim jesteś; jednym z najlepszych, może nawet najlepszym chirurgiem na świecie, wspieranym na dodatek energią młodości! — Tu przecząco potrząsnął ręką, ale dalej milczał. — Jeżeli ktokolwiek zdolny jest uchwycić istotę spraw największej wagi, przeniknąć je na wylot, to tym kimś jesteśmy właśnie my. Ta świadomość skłoniła nas do podjęcia zadania na miarę największych osiągnięć człowieka. — Milczał, spuszczając oczy, ale widziałem, że z całej siły stara się śledzić to, co mówię. — I jeżeli podjęliśmy się go, to musimy wziąć na siebie również wynikające stąd konsekwencje — i tu ścisnęło mi się serce… — Po raz ostatni wymówiłem nazwisko Matthias Felsen, od tej chwili jesteś prezydentem państwa, Xaverem Feliciusem i nigdy nie byłeś kim innym. Na początku będzie ciężko, poza wszystkim innym musisz jeszcze przywyknąć do zapachu własnego ciała, ale jakoś to pójdzie; powoli poczujesz się w nowej skórze jak ryba w wodzie. — Tu Matthias wzdrygnął się, ale panował nad sobą. — Któż wie lepiej od ciebie, że poszczególne organy powoli asymilują się, i to, co dla twojego nosa dziś jest dziwne, jutro stanie się naturalne.