Wówczas, na próbę, znów zaczął wciągać powietrze, węszyć, nagle zbladł i poprosił o miskę. Szybko postawiłem ją przed nim, oczywiście zwymiotował tylko śliną, bo przecież od wielu dni odżywiany był sztucznie… Gdy poczuł się lepiej, rzucił na mnie pełne skargi spojrzenie…
— Później każę cię umyć czymś likwidującym ten zapach, po czym będziesz się mógł wypachnić według własnego upodobania, niech diabli wezmą twój wrażliwy nos. Będziesz jak rokokowa dama…
Patrzył na mnie poważnie, nie uśmiechał się…
Radę zawiadomiłem przez pełnomocników, że za dwa, trzy dni prezydent będzie mógł przyjąć na parominutowej audiencji dwóch członków, ale nie należy zakłócać procesu poprawy jego zdrowia, który rokuje w tej chwili jak najlepsze nadzieje, żadnymi pytaniami… Te dwa, trzy dni wydają się jeszcze bardzo potrzebne.
Wieczorem uświadomiłem sobie, że dzisiaj wiele razy słyszałem jak gdyby odgłos dział. Prawdę mówiąc, jesteśmy dosyć hermetycznie oddzieleni od świata zewnętrznego i tych kilku najbardziej zaufanych ludzi z personelu Instytutu, którzy wykonują wokół nas najpotrzebniejsze czynności, nie zamienia ze sobą w pokoju ani słowa.
17 listopada.
Minione dwa dni pełne nagłych kryzysów, grożących ostateczną kieską, to znów cichej nadziei stanowiły taką huśtawkę, stwarzały stan takiego napięcia, że byłem bliski ostatecznego załamania nerwowego. Mam nadzieję, że nigdy więcej nie powtórzy się w moim życiu taki okres. Wczoraj rano dyktator wydawał się spokojny, ale wyczuwałem w nim jakieś napięcie. Sztywno patrzył przed siebie i na moje pytania tylko kiwał głową. Nie odpowiadał. Starałem się, żeby nie spostrzegł mojego uważnego spojrzenia, ale czułem ucisk koło żołądka. Przyniesiono kilka gazet i żeby go wytrącić z odrętwienia, położyłem dwie z nich na jego kołdrze… Mechanicznie przeglądał jakiś ilustrowany tygodnik, gdy w pewnej chwili dał się słyszeć krzyk tak rozdzierający, że krew we mnie zastygła. Trzasnął ręką w papier, potem w swoją twarz i z płaczem i skomleniem rzucił się na łóżko. Chwyciłem gazetę, spojrzałem i zaparło mi dech. W nieaktualnej gazecie artykuł, wydrukowany dużą czcionką, okalał jakieś zdjęcie. Tytuł i zdjęcie dotyczyło pogrzebu znanego asystenta uniwersyteckiego, Matthiasa Felsena. Na zdjęciu matka i narzeczona zmarłego słaniały się przy grobie…
Myślałem, że zemdleję z przerażenia. Ze spuszczonymi oczami i zawrotem głowy stałem tak, gdy nagle zdałem sobie sprawę, że chory klęczy przede mną, ściska mój fartuch i wstrząsająco szlocha…
— Profesorze — stękał — niech pan to odwróci, nie wytrzymam, nie wytrzymam… — Potem puścił mnie, twarz ukrył w dłoniach, upadł na podłogę i drgał jak gąsienica nadziana na igłę.
Nic nie mogłem poradzić, sam się rozpłakałem. Z rozpaczą objąłem go, podniosłem z ziemi i z wielkim trudem położyłem z powrotem na łóżku, potem dałem mu szybko silny środek uspokajający, który podziałał po kilku minutach. Chory uciszył się i usnął, ale z drgnień jego ust i tak można było wyczytać: „Nie wytrzymam…”
Mając na przemian zamęt w myślach i głuchą pustkę w duszy, siedziałem koło jego łóżka, dopóki znów nie odzyskał przytomności. Spojrzał na mnie i natychmiast powiedział:
— Profesorku, niech pan to odwróci!
Ująłem jego twarz w swoje ręce i spytałem, czy mnie słyszy, czy potrafi się skupić. Po małej przerwie skinął, że tak.
— Synku — mówiłem trzęsącym się głosem — to, czego pragniesz, jest niemożliwe. Tam nie ciebie pochowano, przecież wiesz o tym, czujesz, że jesteś tutaj. Prawda? — i lekko potrząsnąłem nim. Patrzył i patrzył mi w oczy, potem wolno skinął głową. — Ty nie jesteś tym, kogo pochowano — bałem się wymówić imię — ty jesteś prezydentem państwa, masz władzę. Twoje słowo jest w tym kraju prawem, jesteś panem życia i śmierci… Jesteś panem życia każdego z nas… dlaczego tylko nad własnym nie umiesz zapanować? Nie czujesz ogromnej odpowiedzialności, jaka na tobie spoczywa? Odpowiadasz za nas wszystkich, za los narodu…
W jego oczach pojawił się na chwilę błysk zrozumienia, ale zaraz zgasł i opanował go dawny strach.
— Profesorze, niech pan to odwróci! — błagał głosem, który poruszał do głębi.
Na chwilę wypadłem z przyjętej świadomie i jedynie słusznej w tej sytuacji roli człowieka twardego i bezwzględnie logicznego.
— Nie można, synku — westchnąłem i głos mi się załamał — nie można, nie istnieje taka możliwość. Widzisz, co zrobiłeś, gdy wprowadziłeś mnie w błąd i wpakowałeś się w to, tylko dlatego, że ja w ostatniej chwili przeraziłem się, zląkłem, ale przecież to była tylko „słabość ciała”, chwilowy triumf nerwów nad duchem, jesteś lekarzem, powinieneś to wiedzieć… Mnie życie lepiej wyćwiczyło, świadomie wybrałem tę rolę, rozumiesz, rolę — znów nim potrząsnąłem — którą trzeba odegrać w tym kostiumie, w tej masce — i ująłem jego twarz — przecież aktor też nie gra w swoim prywatnym ubraniu, a jednak gra, jakkolwiek niewygodny byłby kostium… Ja — uderzyłem się w pierś — nauczyłem się tej roli, źle czy dobrze, to już inna sprawa, ale jeżeli ty, dlatego że było ci mnie żal, bez żadnej próby wskoczyłeś w tę rolę, to ją teraz graj i nie lituj się nad sobą!
Ze zmarszczonym czołem długo milczał, potem skinął głową.
— W porządku! — powiedział.
W parę minut później wezwano mnie na konsultację do wypadku ciężkiego uszkodzenia mózgu. Nie wiem, co mnie do tego skłoniło, ale podszedłem do swojej nocnej szafki i rewolwer, który trzymałem tam od czasu przeprowadzki, wsadziłem do kieszeni. Dobrze zrobiłem, bo kiedy wróciłem, chory słaniając się stał przy mojej szafce i przeszukiwał szuflady. Nie odezwałem się, on też nie. Zataczając się wrócił do łóżka i naciągnął kołdrę na głowę.
— W porządku! — powiedział, ale w ciągu tych dwóch dni dyskusja powtórzyła się jeszcze trzy razy w zasadzie w ten sam sposób, ale z coraz mniejszą gwałtownością, mnie jednak doprowadzała zawsze do krańcowego zdenerwowania, bo przecież każde wahanie mogło oznaczać ostateczne niebezpieczeństwo…
Dzisiejszy wieczorny atak miał zgoła nieoczekiwany finał. Kiedy znów rozwodziłem się nad tym, jaki to błąd podjąć się takiej sprawy z powodu współczucia dla mnie, po chwili milczenia dyktator odezwał się, ale teraz była w jego spojrzeniu nie znana mi dotąd ostrość:
— Nie zrobiłem tego ze współczucia dla pana. — Zmieszałem się. — Ja — tu utknął — …ja chciałem być dyktatorem! — powiedział to wyraźnie, zdecydowanie. — Muszę stwierdzić, że pomysł ten przyszedł mi dosyć nieoczekiwanie, powodowało mną też uczucie, że jestem młodszy, może więc lepiej zniosę nie tylko zamianę, ale i obciążenie psychiczne, wynikające z samej roli. Decydującym bodźcem, wypierającym wszystko inne, była chęć dojścia do władzy… oto prawda!
Gapiłem się na niego w osłupieniu, potem poczułem głęboką ulgę. Domyśliłem się, że to jest klucz do ostatecznego zwycięstwa.