Выбрать главу

— Potworne! — krzyknąłem i zakryłem oczy dłonią. — A jeżeli szpiegował dla pana?…

Wódz machnął ręką, że nie.

— Ja go tam nie posyłałem — powiedział — a jeżeli ktoś robi co innego niż to, co mu poleciłem, ten już mnie zdradza… i on to wiedział!.. są trzy możliwości: wspomniane już szpiegowanie, ale to zupełnie nieprawdopodobne, bo to nie jego interes i w najlepszym razie i tak pomieszałby szyki tym, którzy tam byli, no i moje. Druga możliwość — kontynuował z precyzyjną felsenowską logiką — to ta, że należał do opozycji, ale z drugiej strony to też nieprawdopodobne, biorąc pod uwagę jego przeszłość… Trzecia możliwość jest najbardziej uzasadniona: chciał zawiązać spisek przeciwko mnie… Zresztą w każdym wypadku był zdrajcą. I jeżeli swojemu wrogowi mogę czasem okazać łaskę, bo wiem, czego mogę się po nim spodziewać, to zdrajcy nigdy… Pan wie, że minister propagandy i mój zastępca, to były dwie szale tej samej wagi; równoważyli się wzajemnie w zawiści, jaką żywili w stosunku do mnie. Jasno zdawali sobie sprawę, że jeżeli ja upadnę, to przede wszystkim będą musieli walczyć ze sobą. Każdy z nich ma swój obóz i w ten sposób obydwa są moje!.. Ale temu szczurowi wydawało się, że okręt tonie, i próbował z niego uciec. Gdyby uciekł po prostu, machnąłbym ręką, niech go diabli, ale tak… A teraz muszę wykonać najtrudniejszą ewolucję akrobatyczną: jednym ramieniem utrzymać cały ciężar, drugim natomiast mogę tylko rozgarniać powietrze.

Słuchałem pełen odrazy. Następnie pozwolił mi odejść, mówiąc na zakończenie:

— Profesorku, pana sytuacja też nie jest łatwa. Musi pan uważać. Przykro mi…

Zanim się oddaliłem, weszła „gospodyni”. Była bardzo zdenerwowana, widać było, że moja obecność też jej przeszkadza. Wódz zdawał się tego nie zauważać i powitał ją z wylewną serdecznością, która bardzo mnie zaskoczyła. Pocałował ją w rękę, posadził obok siebie i znów wielokrotnie całował jej ręce. Wreszcie przyszło mu do głowy, że ktoś jeszcze jest w pokoju i dał mi znak oczami, żebym wyszedł. Wstałem i coś bełkocąc ruszyłem w stronę drzwi, ale w tej samej chwili wpadł do pokoju wzburzony zastępca wodza. Widząc skierowane ku sobie spojrzenie zaskoczonego prezydenta zawahał się, ale na mój widok wziął się jakoś w garść, niezgrabnie ukłonił się i drżącym głosem oznajmił, że ma coś bardzo pilnego do zakomunikowania. Prezydent po chwili milczenia zwrócił się do mnie, a potem z pewnym wahaniem do damy i gestem rąk wyrażając bezradność, poprosił nas, żebyśmy go zostawili sam na sam z zastępcą.

Zgiełk i huk na zewnątrz wzmagały się i stanowiły ponure tło dla moich rozmyślań. Po południu prezydent przyjął mnie z widocznym niepokojem.

— Kazałem pana wezwać, aby móc panu podziękować, drogi panie profesorze — odezwał się — teraz jednak naprawdę lepiej będzie panu w Instytucie. Z ciężkim sercem zwalniam pana. Ciężar, który trzymam jedną ręką — dodał z cierpkim uśmiechem — ma swoją wagę, ale teraz pan już nie może mi pomóc… Bóg z panem.

Odszedłem z niepokojem i troską. Wóz pancerny wiózł mnie przez wyludnione ulice. Obraz ten w uciążliwy sposób przypominał sen, który mnie dręczył przed operacją… Straże i czołgi wokół Instytutu stanowiły ponury widok, ale była cisza.

26 listopada.

Zainstalowałem się w specjalnym laboratorium. Nie mogłem usnąć, a gdy mi się to prawie udało, przestraszył mnie jakiś wybuch, potem falowo przybliżający się to znów oddalający huk, słychać było szczęk broni i tak prawie przez całą noc, chociaż od czasu do czasu morzyło mnie jednak zmęczenie.

Rano, w porze zmiany warty zwróciłem uwagę na szczególny szept. To cichnąca, to znów głośniejsza wymiana słów przenikała przez drzwi, potem zapukano. Nie otworzyłem natychmiast, przypomniałem sobie spojrzenie żołnierza, stojącego tam wczoraj wieczorem, którym zmierzył mnie od stóp do głów. Od tego spojrzenia ciarki przebiegły mi po krzyżu…

— Kto tam? — spytałem, słysząc powtórne pukanie.

— Proszę, towarzyszu profesorze — odezwał się ktoś ledwie dosłyszalnie — w bardzo ważnej sprawie. — Ten zwrot zaskoczył mnie i po krótkim wahaniu otworzyłem drzwi. Wszedł jakiś żołnierz, nocny strażnik pozostał na zewnątrz z bronią gotową do strzału.

Żołnierz, nie czekając nawet na pytania, zaczął mówić zdenerwowany, głos mu się trząsł:

— Panie profesorze, należę do organizacji z ulicy Newtona. Po wczorajszej rewizji wielu z nas sądziło, że to pan profesor sypnął. Mój kolega — wskazał na drzwi — to też towarzysz i od wczoraj wieczora medytował, jak zabić pana profesora. Pozostałych żołnierzy nie znamy…

Nie mogłem wydobyć głosu, tępo patrzyłem na niego.

— Mnie dziś rano przysłano z pałacu ze specjalnym rozkazem, z poleceniem, żebym… bez wzglądu na to, co się będzie działo, zastrzelił pana profesora…

Nie pamiętam, czy pytałem o coś, prawdopodobnie tak, bo żołnierz ciągnął dalej:

— Nie, nie zastępca, sam pan prezydent osobiście wydał ten rozkaz… jeżeli będzie trzeba, mam też zastrzelić strażnika, gdyby przeszkadzał… I kazał mi się spieszyć… stąd wiem, że pan profesor… towarzysz, nie jest zdrajcą… biegłem tu co tchu, bo znałem zamiar nocnego wartownika… ale przybyłem w porę, teraz już we dwóch będziemy strzec pana profesora…

Dopóki mówił, do mojej świadomości docierał jedynie hałas z zewnątrz. Żołnierz otworzył drzwi, żeby zawołać kolegę. W tej samej chwili, jak jakiś’ straszny sen, pojawił się na końcu krótkiego korytarza dyktator. Z szeroko otwartymi oczami, z prawą ręką zwisającą bezwładnie, wymachując nad głową pistoletem trzymanym w lewej ręce, wpadł otoczony przez nas trzech do laboratorium.

— Profesorze — wyjęczał ledwie zrozumiale — profesorze, niech mnie pan ratuje! — i zemdlał.

Odwróciłem go na wznak i z odrazą spostrzegłem, że prawa strona jego kurtki zalana jest krwią, czego w ciemnym korytarzu nie było widać. Patrzyliśmy na siebie z żołnierzami wzrokiem bez wyrazu. Nocny wartownik, drżąc, odezwał się:

— W nocy zaczęło się powstanie… zastrzel go!

Drugi ociągając się podniósł broń i kurczowo ściskając drgającą lufę, wkoło obszedł leżącego. Skoczyłem ku niemu.

— Partia jeszcze nie rozstrzygnięta — krzyknąłem — żaden z was nie może brać odpowiedzialności za śmierć dyktatora! Potem ja to jakoś załatwię, już i tak niewiele mu zostało… Niech mi pan pomoże — powiedziałem do opuszczającego broń żołnierza — połóżmy go tutaj.

Nie wiem, co mnie skłoniło do tego, żebyśmy go położyli na noszach wyciągniętych z transplantatora mózgów, potem poprosiłem dwóch żołnierzy, żeby bez mojego pozwolenia nikogo nie wpuszczali…

Ściągnąłem z niego kurtkę, koszulę i przeraziłem się. Po prawej stronie klatki piersiowej widniała straszna rana od kuli rozrywającej. Strzał dosięgnął go z tyłu i spowodował z przodu ogromną wyrwę. Jako tako opatrzyłem go i przywróciłem do przytomności.

— Co się stało?! Na Boga? — zacząłem wypytywać.

— Profesorze, niech mnie pan ratuje — jęczał. — Sądzę, że mnie śledzono — i w podnieceniu chciał wstać — zginę, jeżeli mi pan nie pomoże — przestraszonymi oczami dyktatora patrzył na mnie Felsen.

Doznałem wstrząsu, znów zaczęły mi się kłębić w głowie najrozmaitsze myśli. Poprzedniego dnia wieczorem, gdy tylko przyjechałem, poprosiłem następcę Felsena o zdanie sprawy z sytuacji w Instytucie. Między innymi poinformował mnie i o tym, że przywieziono niedawno człowieka z ciężkimi obrażeniami mózgu, którego stan wydaje się beznadziejny… Rana dyktatora też jest śmiertelna, to nie ulega wątpliwości… Podszedłem do telefonu i zarządziłem, aby przygotowano chorego z obrażeniami mózgu do operacji i natychmiast przeniesiono do specjalnego laboratorium. Dwóm żołnierzom powiedziałem, żeby tych, co przywiozą chorego, wpuścili, ale wyłącznie ich…