Выбрать главу

Wodzowi dałem środki wzmacniające i żeby zmobilizować go psychicznie, zacząłem wypytywać o to, co się wydarzyło. Z tego, co opowiedział, z dużymi lukami, zacinając się, zdołałem zestawić, co następuje:

Już wczoraj wieczorem wszystko wskazywało na to, że jego zastępca szykuje się do decydującego uderzenia. Podczas kilku minionych dni prezydent też starał się zorganizować swoje siły, ale niemałą przeszkodę stanowił fakt, że wrogowie „dzikiej świni” grupowali się dotychczas wokół szefa propagandy i po wykończeniu ich przywódcy nie mógł im już ufać… jedynie paru ludzi zdołał zebrać wokół siebie dla zapewnienia sobie bezpośredniej ochrony… Dziś o świcie w pośpiechu weszła do niego „gospodyni” i drżąc cała opowiedziała mu, co wiedziała lub sądziła, że wie o zamiarach jego zastępcy. Prezydent, którego drażniła bliskość niebezpieczeństwa, jak również świadomość, że coraz silniejsza sympatia dla „gospodyni” — dla niego samego też zupełnie niezrozumiała — poddaje go nieograniczonej władzy, tracąc ostatecznie panowanie nad sobą, z dziką gwałtownością rzucił się na kobietę i pokonał jej opór, nie słysząc nawet pełnych rozpaczy, rozdzierających krzyków… Ocknął się dopiero wówczas, gdy poczuł, że wzburzony „dzika świnia”, który — jak się później okazało, zastrzelił dwóch strażników — w napadzie szału zazdrości, pomijając wszelką ostrożność, szarpie go, trzęsie nim jak pies szczurem. Wzięli się za łby.

— To była straszna walka — dyszał dyktator — pan wie, panie profesorze, że jestem dosyć dobry w dżiu — dżitsu — powiedział z półuśmiechem — i tylko dlatego dałem radę jego byczej sile. Gdy tak kotłowaliśmy się, zobaczyłem, że na wpół oszalała kobieta kieruje na nas rewolwer, który wypadł mi z kieszeni, szybko odchyliłem się tak, żeby mój przeciwnik znalazł się między mną a pistoletem. Po strzale jego ucisk zelżał, a on sam osunął się na plecy… — Prezydent nagle umilkł i zaczął kaszleć krwawą pianą. Potem szybko dysząc i zacinając się opowiedział, że przez otwarte drzwi, przed którymi leżały zwłoki dwóch strażników, widział biegnące w jego kierunku umundurowane postacie, słyszał też krzyki, szybko pobiegł do tajnego wyjścia, ale zanim zdążył się ukryć, z tyłu dosięgnął go strzał; spoglądając za siebie zobaczył jeszcze pistolet wypadający z ręki rozciągniętego na ziemi swojego zastępcy…

Chwiejąc się i potykając dotarł na dwór i rozkazał siedzącemu w samochodzie pancernym żołnierzowi, żeby zawiózł go do Instytutu. Ten wahał się, na co prezydent wypchnął przestraszonego chłopca z samochodu, zabrał mu pistolet, wczołgał się na jego miejsce i przyjechał tutaj przez ulice pełne wrzeszczącego i wymachującego rękami tłumu, sam nie bardzo wiedząc jak…

Zapominając na chwilę o strachu, zacząłem się zastanawiać nad tym niemal cudem, który przypisać należy sile fizycznej i sile woli, a może po prostu rozpaczy.

Na zewnątrz coraz silniejszy zgiełk i hałas. Kroki przed drzwiami, słychać szmer, wiozą chorego…

Tutaj dziennik kończy się. Ja, Alfred Steigh, pielęgniarz z Instytutu, opiszę, co widziałem i czego doświadczyłem w dniu, którego data widnieje jako ostatnia w dzienniku.

Z moim kolegą Sandersem dostaliśmy polecenie, by natychmiast przewieźć na operację do specjalnego laboratorium chorego nr 63, z ciężkimi obrażeniami mózgu, leżącego na oddziale X. Instytut od poprzedniego dnia znów pełen był żołnierzy, którzy raz po raz zatrzymywali mnie. Zanim dotarliśmy do budynku laboratorium, pośród zgiełku i strzelaniny tłum przerwał kordon żołnierzy i wtargnął do parku. Widziałem, że żołnierze coraz częściej stają po stronie tłumu. Żołnierz bez czapki, biegnący na czele, zobaczył nas. W okropnym zgiełku usłyszałem jego okrzyk: „To on… chodźmy!..”

Atak tłumu był tak szybki, że ci, co biegli na czele, jednocześnie z nami dotarli do drzwi prowadzących na korytarz laboratorium. Dwóch strażników chciało ich zatrzymać, ale tłum zmiótł ich. Na przedzie biegł czołgista bez czapki. Gdy zobaczył, że nasz chory to nie ten, którego szukają, zaczął krzyczeć, że pewnie tu gdzieś ukryła się ta świnia. My dwaj ze wszystkich sił staraliśmy się bronić naszego nieprzytomnego chorego, niestety, bez większych rezultatów. Gdy tłum uniósł nas z sobą, zauważyłem prezydenta z klatką piersiową przewiązaną zakrwawionym „bandażem, jak podniósł się z trudem i chwiejnie ruszył naprzód. Jego spojrzenie było zupełnie nieprzytomne, wyglądało na to, że nawet nie wie, gdzie się znajduje.

— To ten! — wrzasnął żołnierz i gdy w tym czasie jakiś kamień rozbił górne okno, podniósł ciężką, żelazną część maszyny, która leżała obok transplantatora mózgu.

Profesor zasłonił sobą zataczającego się prezydenta.

— To nie on — krzyczał strasznym głosem — to nie on!

— Po co kłamiesz, zdrajco! — krzyknął żołnierz i zamierzył się uniesionym w górę żelazem.

Głowę profesora i stojącego za nim nieco wyższego prezydenta cios dosięgnął jednocześnie i roztrzaskał obydwie. Krew i mózg zbryzgały ściany, świat wokół mnie zawirował, zemdlałem i ocknąłem się z uczuciem, że opieram się o jakiś mały stolik, na którym leży poplamiony krwią zeszyt, a obok niego pióro… Nie wiem dlaczego, ale schowałem ten zeszyt do kieszeni fartucha i widząc, że również chory przeniesiony przez nas leży martwy na ziemi, zatoczyłem się w stronę drzwi, gdy nagle zauważyłem ześlizgujący się po framudze kawałek mózgu. Upadłem na wznak, uderzając głową o marmurową posadzkę korytarza…

Jak się później dowiedziałem, mój kolega wydarł mnie rozjuszonemu tłumowi… Gdy przyszedłem do siebie, na jednej z ławek w parku, nie było już wokół nikogo, tylko z góry dolatywało grzmiące buczenie. Gdy spojrzałem w niebo, ujrzałem, jak z potężnych samolotów ze znakami Blufónii wyskakują tysiące spadochroniarzy i wolno opadają kołysząc się na wietrze…

Przetłumaczyła Elżbieta Cygielska — Guttman

Gyula Fekete

Niszczyciele maszyn

W tym wynalazku najcudowniejsze było to, że nikt dotychczas nie wpadł na podobny pomysł.

Właściwie nie był to nawet wynalazek. Nazwałbym go raczej dokładnie skonstruowaną i wielokrotnie sprawdzoną skalą porównawczą wiadomości o stanie zdrowia, cechach charakteru, talencie, inteligencji, skłonnościach, wrażliwości społecznej, sądach politycznych i moralnych człowieka; mówiąc krótko, było to komputer zaprogramowany z matematyczną precyzyjnością i inżynieryjną błyskotliwością, przystosowany do kompleksowych pomiarów wartości ludzkich.

Czyli coś w rodzaju cybernetycznej ankiety personalnej.

Wynalazcy, leciwy autor powieści i jego wnuczka, młoda słuchaczka wydziału cybernetyki — ze znakomitym zmysłem praktycznym zastosowali w projekcie i w programowaniu aparatu probierczego wszystkie sprawdzone już eksperymentalnie metody, doświadczenia i wyniki badań. W zasadzie uważali siebie nie za wynalazców, a za projektantów złożonej aparatury.

Było tajemnicą poliszynela, że autorzy projektu korzystali szeroko już to z wyników badań przeprowadzonych dawniej w dziedzinie ich specjalności, już to z danych i faktów odnotowanych w literaturze fachowej.