Выбрать главу

— Tak, rzeczywiście, jeszcze za wcześnie — jęknął cicho. — Przynieś mi coś do jedzenia, Dirak. Może potem będę miał więcej siły…

Dirak popatrzył na niego wypukłymi, błyszczącymi soczewkami i wyszedł bezszelestnie.

Nad głową Alka pracował niestrudzenie zegar, okrągły, stary, śmieszny zegar. Czas płatał mu figle, ale zegar jak gdyby nigdy nic z pedantyczną dokładnością wciąż odmierzał swoje fałszywe godziny. Zdawał się ślepy i bezsilny jak starzec, i tylko Dirak zwracał czasem na niego uwagę. Alek z zapartym tchem obserwował teraz błyszczącą gwiazdę, ku której tyle lat już lecieli. Nawet gołym okiem można było zobaczyć Hele — zdawała się maleńką, błękitną gwiazdką, zimną i nieruchomą. Nie wiedział, dlaczego budzi w nim teraz niezrozumiałą wrogość. Do głosu dochodziło pełne cichej goryczy cierpienie. Cokolwiek jest na tej gwieździe, nigdy nie będzie tym, czego pragnął. Hela pozostanie na zawsze dla niego obca, daleka i niezrozumiała. Jeśli nawet żyją tam rozumne istoty, nigdy nie pojmą jego ani jego uczuć. Teraz, kiedy był u progu celu, nawet bał się o nim myśleć.

Nagle ekran rozbłysnął, zobaczył przed sobą Kazimierza — jego bladą twarz i oczy, które się uśmiechały.

— Witaj! — zawołał Alek serdecznie. — Jak się czujesz?

— Wspaniale — odpowiedział Kazimierz słabym głosem. — Wspaniale, stary. A ty?

— Jak Winetou, wódz indiański — roześmiał się Alek. — Wiesz, że się zmieniłeś? Wyglądasz młodziej!

— Słowo honoru, ty też… Widziałeś Hele?

— No cóż, taka sobie zwykła gwiazda — powiedział Alek. — Wydaje się, że nie było warto z jej powodu robić taki szmat drogi.

Po twarzy pilota przemknął cień.

— Z jej powodu — powtórzył. — Słowo honoru, Alek, z jej powodu nie ruszyłbym nawet palcem.

— Tak, wiem, co masz na myśli — uśmiechnął się gorzko Alek. — Ale czy nie wydaje ci się, że coś, co musi udowodnić swoje istnienie, nie jest czymś prawdziwym… Sens rzeczy zawarty jest w nich samych…

Pilot nie od razu odpowiedział. Kiedyś on również przeżywał gorzkie i straszne chwile zwątpienia. A wówczas ten wątłej budowy uczony z oczami i twarzą poety umiał mu dodać otuchy.

— Nie myśl o tym, Alek — pilot zmienił temat. — Lecimy i dolecimy do celu. A kiedy znajdziemy się już na miejscu, będziemy mieli jeszcze wspanialszy cel — powrót.

— To prawda…

— Czy wydarzyło się coś nowego wtedy, gdy spaliśmy?

— Nie. Nic szczególnego. Zwykłe, banalne historie; asteroidy, nieoczekiwanie silne promieniowanie… Ale ta stara landara trzyma się świetnie.

— Dzięki Dirakowi, oczywiście. Nie sądzisz, Alek, że cały ten wszechświat jest diabelnie nudny, w każdym miejscu taki sam.

— Chyba dlatego, mój drogi, że nie napotkaliśmy jeszcze objawów życia.

Pilot wzruszył ramionami.

— Kto wie… — mruknął. — Wcale bym się nie zdziwił, gdyby na Heli przywitał nas Bagrationow.

Drzwi do komory otworzyły się bezszelestnie, pojawił się Dirak. Nim odezwał się, sprawdził, czy z tacy zniknęło jedzenie.

— W porządku — powiedział. — A ty, Kazimierzu, nie jesteś głodny?

— Jak wilk! — wykrzyknął pilot. — Ale tęsknię do prawdziwej kuchni, nie do takiej jak twoja, przyjacielu.

— Dlaczego moja? Zapomniałeś chyba, że aż trzy instytuty przygotowywały wasze posiłki.

— A niech to diabli! — pilot był szczerze oburzony.

— A pamiętasz, coś powiedział z okazji udzielania wywiadu dla prasy? — dręczył go Dirak.

— Pluję sobie do dziś w brodę…

— Twój język jest strasznie niechlujny — stwierdził z niewzruszonym spokojem robot. — To nie jest język podróżników kosmicznych.

— Masz rację! I możesz się nią wypchać!

Dirak zabrał tacę, ale przy drzwiach jeszcze się zatrzymał.

— Może chcecie obejrzeć jakiś film?

— Dziękuję — powiedział pilot. — Nie mam zamiaru usnąć.

— A ty, Alek?

— Chętnie bym coś obejrzał… Wybierz jakiś film z najstarszego archiwum… Coś o Indianach albo o duchach.

— Świetnie! — zawołał Kazimierz. — Ja też chętnie obejrzałbym coś o duchach. Już po dziurki w nosie mam tej kosmicznej nudy.

Drzwi zamknęły się bezszelestnie.

2

Rakieta oddzieliła się od statku kosmicznego tak lekko i zwinnie, jak mały kangur, który opuszcza na chwilę bezpieczny schowek w bliskości łona matki. Kazimierz, stojący przy pulpicie sterowniczym, widział jeszcze przez chwilę cienki, czerwony ślad, a potem rakieta pozostała gdzieś w tyle i zgasła jak rzucony w ciemność papieros. Kazimierz poczuł paniczny lęk przed samotnością. Dlaczego pozwolił im opuścić statek? Cóż będzie robić sam w tej straszliwej pustce, jeśli im się coś złego przytrafi?

W dole pod statkiem widział błękitną i tajemniczą Hele, niewiele większą od ziemskiego księżyca. Przez cienkie zasłony chmur przezierała jej gładka powierzchnia, ciemniejsza przy równiku, przeźroczyście błękitna na biegunach. Silny teleskop na statku kosmicznym przez trzy dni obmacywał ją uważnie, nim wybrali miejsce do lądowania. Na planecie nie było kontynentów — ląd obejmował szerokim pasem całą jej centralną część. Nie było widać gór ani mórz wewnętrznych. Nie było nawet wysp na dwóch spokojnych oceanach wokół biegunów. Ziemię planety pokrywały nie kończące się lasy, tu i ówdzie przecięte błękitnym mieczem jeziora.

— Jeśli rzeczywiście są tu jakieś istoty — myślał Kazimierz — niewiele się chyba różnią od orangutanów. Że też do takiej menażerii odważyłem się posłać swego jedynego przyjaciela!

Sięgnął ręką do pulpitu, ekran rozjaśnił się. Zobaczył wzburzoną twarz Alka i jego oczy niespokojne wpatrujące się w planetę. Obok Alka stał robot zajęty jakimiś czynnościami przy pulpicie sterowniczym. Jego żelazna twarz jak zawsze była spokojna i pozbawiona wyrazu.

— Jak się czujesz, chłopie? — spytał siląc się na wesołość Kazimierz. — Co sądzisz o szybkości?

— Straszliwa — powiedział z zadowoleniem Alek. — Prawie sto kilometrów na sekundę.

— A jak pracują przyrządy?

— Wspaniale!

— Mimo to proszę cię, uważajcie — w głosie pilota można było wyczuć lęk. — Przypuszczam, że natraficie tam na komary wielkości gołębi…

— To nic strasznego — uśmiechnął się Alek. — Ja się o coś innego boję… Żeby planety nie połknął jakiś potwór morski.

— Oby mu stanęła kością w gardle! — powiedział z gniewem pilot. — Jeszcze raz cię proszę, uważaj!

Ekran w rakiecie zgasł. Teraz jeszcze jaśniej świeciła przed nimi Hela — piękna i spokojna. Jeszcze tylko dziesięć godzin lotu — maleńki krok w bezmiarze przestrzeni, którą przebyli.

Dirak w dalszym ciągu zajmował się aparaturą, w tej chwili nie interesowało go nic, nawet planeta, na której mieli lądować. Planeta była dla niego tylko punktem docelowym, nie wywoływała w nim żadnych uczuć. I o to właśnie chodziło. Na tym polegała jego wyższość nad ludźmi w czasie tej długiej wędrówki. W przeciwnym razie dawno by zwariował, sto razy zawróciłby statek w kierunku Ziemi lub opanowany szaleńczą wściekłością skierowałby go na któreś z rozżarzonych słońc. Ale ludzie wiedzieli, w czym tkwi jego siła, i spokojnie powierzyli mu swój los. Pozbawiony uczuć zdawał się straszniejszy od przyrody — bo był od niej niezależny. Dla Diraka nie istniały czas ani przestrzeń, nie istniała nawet materia, z której był stworzony. Wszystko, co go otaczało, było dla niego jedynie powodem do kalkulacji myślowych. Ale nawet jego potężny umysł, w którym zawarta była tak ogromna wiedza, nie był tym, co warunkowało jego istnienie. Jedynym i niezmiennym warunkiem jego istnienia byli ludzie i ich rozkazy — silniejsze i bardziej dominujące od wszelkich instynktów, którymi przyroda mogłaby obdarzyć żywe istoty. Bagrationow rzeczywiście stworzył coś, co być może było wspanialsze od nieskończoności kosmosu, po którym wędrowali.