Выбрать главу

Alek doskonale zdawał sobie z tego sprawę i nieraz z zapartym tchem wpatrywał się w twarz robota. Rysy jego twarzy, stworzone przez genialnego rzeźbiarza, tchnęły mądrością i szlachetnością. Bał się tylko patrzeć w puste oczy Diraka, w te błyszczące, nieruchome soczewki. Zdawało mu się, że zdradzi wówczas jakąś tajemnicę, naruszy decydujący o ich losach zakaz. A wtedy stanie się to najstraszliwsze — maszyna dokona procesu samouświadomienia. Właściwie Dirak miał do tego prawo, i Alka w takich chwilach nurtowało czasem niejasne poczucie winy. Próbował wówczas, nie wiadomo dlaczego, mówić ciepłym, łagodnym głosem, ale robot odpowiadał mu jak zawsze — uprzejmie i rozsądnie. To go drażniło. Tak, Alek często przyłapywał się na tym, że robot go drażni. Drażnił go przede wszystkim jego logiczny, pozbawiony wszelkich sprzeczności sposób myślenia i jego pewność siebie, a także lekceważenie tego wszystkiego, co wątpliwe i nie potwierdzone naukowo. To uczucie walczyło w człowieku z uczuciem wdzięczności, którą wywoływał w nim robot. I kiedy wdzięczność brała górę, Alek stawał się serdeczny i łaskawy.

Zbliżała się chwila lądowania.

— Jaka jest sytuacja, Dirak? — spytał Alek.

Robot nie odrywał się teraz od przyrządów ani na chwilę.

— Szybkość piętnaście kilometrów na sekundę — powiedział. — Odległość od…

— Pytam, czy wylądujemy pomyślnie…

— Nie widzę ani jednej przyczyny, która mogłaby zakłócić lądowanie…

Teraz planeta wypełniła sobą prawie cały horyzont, nie zdawała się już tak błękitna, miała odcień rezedy. Oślepiająco białe pióropusze obłoków szczelnie osłaniały nieznany kontynent. Nie było już widać jeziora, na którym powinni wylądować, jezioro znajdowało się po drugiej stronie planety, tam gdzie wstawał ranek.

— Wchodzimy w najwyższe warstwy atmosfery — powiedział Dirak. — Gęstość powietrza wyższa niż się spodziewaliśmy…

— Zmniejsz szybkość!

— Przecież wiesz, Alek, że regulator jest automatyczny.

— Niezbyt dowierzam automatom — wyjaśnił uprzejmie człowiek.

— Ale ja im wierzę — powiedział robot. — Do tej pory ani jeden z automatów nas nie zawiódł.

— Do tej pory, to nie znaczy zawsze.

— Oczywiście, masz rację — ciągnął spokojnie Dirak. — Mimo wszystko nie widzę powodu do obaw. W konstrukcji automatów wzięto poprawkę na różne nieprzewidziane okoliczności.

Po upływie godziny przelatywali już nad jeziorem, które cienką, błękitną kreską przecinało nie kończący się las. Dirak przez cały czas nie odrywał spojrzenia od przyrządów.

— Długość jeziora osiemdziesiąt kilometrów — informował. — Przeciętna szerokość około piętnastu kilometrów. Głębokość w środkowej części trzysta metrów, przy brzegach około dwustu. — Po kilku sekundach dodał: — Wyjątkowo dobre warunki do lądowania i startu.

Musieli jeszcze raz okrążyć całą planetę. Stopniowo wytracali wysokość, by z minimalną szybkością wylądować na powierzchni jeziora. Znowu noc i znowu dzień, jak we śnie. Obłoki się zagęściły. Teraz już tylko w przerwach między nimi można było dostrzec skrawki lądu.

Wreszcie Dirak powiedział:

— Przygotuj się!

Rakieta pogrążyła się w mlecznobiałych obłokach, i Alek poczuł, że serce drży mu ze szczęścia. Te miękkie, białe obłoki po beznadziejnej pustce wszechświata wydały się wędrowcowi czymś ciepłym i bliskim jak gruchanie gołębi, jak pieśń, jak dotyk ręki matczynej — jak to wszystko, co utracił na dalekiej Ziemi.

Nagle rozbłysła błękitna, gładka powierzchnia jeziora. Wydawało mu się, że cały pogrąża się w błękicie. Raptowny wstrząs! Rakieta zanurzyła się w wodną przepaść i teraz wokół niej nie było już nic oprócz zielonkawego mroku, który snuł się za kryształowo przejrzystymi iluminatorami.

3

Kiedy wyszli na brzeg, mżył orzeźwiający deszcz. Chmury wkrótce rozwarły się i pojawiło się nad nimi czyste niebo.

Alek stał na brzegu i czuł pod stopami ciepłą, podobną do tamtej ziemię. Patrzył w niebo i nie mógł powstrzymać łez, które bezwiednie spływały po policzkach. Wreszcie spełnił się tak długo oczekiwany cud. Znów pod stopami miał grunt, a w górze niebo i obłoki. Oddychał prawdziwym powietrzem, a nad nim promieniowało naturalne źródło światła. Przyroda parowała ciepłem, jego zmysły znów funkcjonowały. Tylko głos utracił, nie mógł wydobyć z siebie słowa. Oddychał głęboko i czuł, jak stopniowo powracają mu siły i nie dająca się zagłuszyć żądza życia.

Dwa kroki od niego stał Dirak i wolno niczym kamera obracał żelazną głowę. Zresztą jego głowa była kamerą. To, co się wokół nich działo, rejestrowała w miniaturowych kasetkach jako obraz i dźwięk. A więc wszystko, na co spojrzały zimne, pozbawione wyrazu oczy Diraka, stawało się nieśmiertelne. Potem na Ziemi będą mogli to odtwarzać tysiące razy dopóki ludzie zechcą się tym interesować.

Wreszcie Alek zdołał się jakoś opanować.

— Co o tym sądzisz, Dirak? — spytał zdławionym głosem.

— Wszystkiego się spodziewałem — powiedział robot — Tylko nie tego.

— Wydaje ci się wspaniałe? — pytał dalej Alek.

— Przypomina mi to jakieś wielkie widowisko.

Alek gotów był przysiąc, że w głosie Diraka czuje rozczarowanie. Jeszcze raz się rozejrzał, starając się nie poddawać emocjom. Tak, rzeczywiście, w tym wszystkim, co ich otaczało, było coś zastanawiającego, ale co — jeszcze nie wiedział. I chyba tą niezwykłością nie była różniąca się od ziemskiej przyroda. Drzewa wokół nich podobne były raczej do gigantycznych kwiatów niż do prawdziwych drzew. Ogromne, mieczowate liście, wysokości kilkudziesięciu metrów, wyrastały wprost z ziemi. Między tymi liśćmi sterczały grube, zielone pnie o gładkiej powierzchni, z ich wierzchołków wyrastały kwiaty w kształcie dzwonów — żółtych, bladoróżowych, turkusowych. Alka ogarnęło nagle dziwaczne uczucie. Zdawało mu się, że jest małą, nędzna mrówką i pełznie po ogromnym zagonie tulipanów. Ziemię pokrywał sprężysty mech, którego wygląd budził skojarzenia z włóknem syntetycznym. Dziwny las, dziewiczy, nietknięty, jakby to był pierwszy dzień jego istnienia.

— Co o tym sądzisz, Dirak? — znów zadał to samo pytanie Alek.

— Przypatrz się — powiedział robot. — Żadnego znaku życia. Już dwadzieścia minut stoimy na brzegu, a nie spostrzegłem nawet muchy.

— Czyżby? — zdziwił się Alek.

— Zauważyłbym nawet mrówkę w trawie — z przekonaniem stwierdził Dirak. — Ale jej tu nie ma. Tak jakby wszystko zostało stworzone w jakimś gigantycznym laboratorium.

Alek popatrzył na niego ze zdumieniem. Ogarnęło go lekkie jak tchnienie, nieuświadomione w pełni uczucie lęku.

— Nie spiesz się z oceną, Dirak. Przejdziemy się, popatrzymy z bliska.

— Masz rację. W zasadzie nie widzę powodu, by nie mogły tu istnieć wyższe organizmy.

— Wobec tego ruszamy. Wziąłeś broń?