Выбрать главу

Francisco Bajamonde Cassavetes y Larrinaga rozłożył na balustradzie plan zabezpieczenia, ale Gunvald Larsson patrzył na swój garnitur. Uszycie go zajęło policyjnemu krawcowi siedem dni, a rezultat był fantastyczny, ponieważ w tym kraju sztuka krawiecka wciąż stała na wysokim poziomie. Jedyny spór dotyczył miejsca na kaburę pistoletu; krawiec uznał je za oczywiste. Gunvald Larsson nigdy jednak nie używał kabury, tylko nosił pistolet przypięty do paska. Tu, za granicą, nie był oczywiście uzbrojony, a garnitur miał potem nosić w Sztokholmie. Wywiązała się krótka dyskusja i oczywiście dostał to, czego chciał, bo nie mogło być inaczej. Z głębokim zadowoleniem zerknął na pięknie skrojone nogawki, westchnął z rozkoszą i zajął się otoczeniem.

Stali na ósmym piętrze hotelu, miejscu wybranym z najwyższą starannością. Kolumna miała przejechać pod balkonem i zatrzymać się przed pałacem prowincjonalnym o jedną przecznicę dalej. Gunvald Larsson uprzejmie rzucił okiem na plan, lecz bez większego entuzjazmu, ponieważ znał go już na pamięć. Wiedział, że port był zamknięty dla wszelkiego ruchu od piątej po południu, a lotnisko cywilne od momentu wylądowania prezydenckiego samolotu.

Na wprost miał port i morze niebieskie jak lazur. Na redzie zewnętrznej stało na kotwicy kilka dużych statków pasażerskich i frachtowców. W ruchu były tylko jeden okręt wojenny, jedna fregata i kilka policyjnych motorówek w basenie wewnętrznym.

Poniżej ich punktu obserwacyjnego znajdowała się promenada wysadzana palmami i akacjami. Naprzeciw był postój taksówek, a za nim rząd kolorowych dorożek. Wszystkie dokładnie sprawdzone.

Wszyscy ludzie na tym terenie, prócz żandarmerii wojskowej i policjantów, którzy tworzyli szpaler na długość ramienia po obu stronach promenady, przeszli przez wykrywacze metalu tego typu, w jakie wyposażone są obecnie większe lotniska.

Policjanci mieli mundury zielone, żandarmeria wojskowa szaroniebieskie. Policjanci nosili wysokie buty, żandarmi glany.

Gunvald Larsson stłumił westchnienie. Przejechał tę trasę podczas porannej próby. Wszystko było na swoim miejscu prócz prezydenta.

Kolumna przedstawiała się następująco: najpierw piętnastoosobowa grupa specjalnie wyszkolonych do ochrony policjantów na skuterach. Dalej tyle samo policjantów ze służby porządkowej na motocyklach, a za nimi dwa samochody pełne ochroniarzy. Potem samochód prezydencki, czarny cadillac z szybą z niebieskiego pancernego szkła.

Gunvald Larsson podczas próbnej jazdy siedział na tylnym siedzeniu jako dubler, co niewątpliwie było zaszczytem.

Dalej był otwarty samochód pełen ochroniarzy, na wzór amerykański.

A na końcu następne motocykle policyjne, za którymi jechał radiowy wóz transmisyjny i samochody z autoryzowanymi dziennikarzami.

Do tego ochroniarze w cywilu zostali rozstawieni na całej trasie z lotniska.

Jeden szczegół wszyscy zdążyli już w każdym razie poznać.

Wszystkie słupy latarni zostały ozdobione zdjęciami prezydenta. Droga była dość długa, żeby nie powiedzieć – bardzo, i Gunvald Larsson zdążył się już napatrzeć na głowę o byczym karku, z nalaną twarzą i w okularach w polakierowanych na czarno stalowych oprawkach.

To była ochrona naziemna.

W przestrzeni powietrznej dominowały wojskowe helikoptery na trzech poziomach po trzy maszyny w każdej grupie.

Dla większej pewności dywizjon starfighterów latał tam i z powrotem, by strzec wyższych warstw powietrza.

We wszystkim widać było perfekcjonizm, przy którym wszelkie przykre niespodzianki wydawały się nie do pomyślenia.

Popołudniowy upał był, łagodnie mówiąc, przytłaczający.

Gunvald Larsson pocił się, ale niezbyt mocno. Nie umiał sobie wyobrazić, że coś mogłoby pójść nie tak. Przygotowania były szczególnie dokładne i staranne, a planowanie trwało kilka miesięcy.

Specjalna grupa zajmowała się wyszukiwaniem błędów w planowaniu i dokonano już pewnej liczby poprawek. Do tego dochodził fakt, że w tym kraju nie powiodła się żadna próba zamachu, a nie było ich mało. Naczelny komendant policji miał rację, mówiąc, że tu znajdują się najlepsi eksperci w tej dziedzinie.

Za piętnaście trzecia po południu Francisco Bajamonde Cassavetes y Larrinaga spojrzał na zegarek i oznajmił po angielsku:

– Jeszcze dwadzieścia jeden minut, jak sądzę.

Nie potrzebowali hiszpańskojęzycznego delegata. Ekspert do spraw bezpieczeństwa władał królewską angielszczyzną, używaną w najbardziej dystyngowanych klubach w Belgravii.

Gunvald Larsson popatrzył na własny zegarek i skinął głową.

Teraz właśnie była dokładnie za trzynaście minut i trzydzieści pięć sekund godzina trzecia w środę piątego czerwca 1974 roku.

Przed wejściem do portu fregata zmieniła kurs, by wystrzelić salwę powitalną, co było jej jedynym zadaniem.

Wysoko nad promenadą osiem myśliwców rysowało białe zygzaki na intensywnie błękitnym niebie.

Gunvald Larsson rozejrzał się dokoła. W przedłużeniu promenady znajdowała się bardzo duża, okrągła arena do walk byków, zbudowana z cegły, z okrągłymi łukowatymi arkadami otynkowanymi na kolory biały i czerwony. Z drugiej strony wystrzeliły właśnie kolorowe łuki wody w niezwykle wysokiej fontannie. W tym roku panowała dość uciążliwa susza i fontanny – bo ta nie była jedyna – były uruchamiane tylko przy szczególnie uroczystych okazjach.

Mimo wszelkich różnic ten kraj był, podobnie jak Szwecja, pozorną demokracją, rządzoną przez kapitalistyczną gospodarkę i cynicznych zawodowych polityków, którzy dbali o to, by stworzyć pozór swego rodzaju socjalizmu, który naprawdę był tylko swego rodzaju.

Poza różnicą czasu najbardziej rzucały się w oczy różnice w sferze religii i to, że dawno temu zaprowadzono tutaj ustrój republikański.

Teraz było już słychać warkot helikopterów i klaksony motocykli.

Gunvald Larsson znów sprawdził godzinę. Kolumna zdawała się jechać znacznie przed planowanym czasem. Potem omiótł porcelanowoniebieskimi oczami port i zauważył, że wszystkie policyjne motorówki są teraz w ruchu. Sam port nie zmienił się wiele od czasu, gdy bywał tu jako marynarz – tylko statki na redzie wyglądały zupełnie inaczej. Super-tankowce, kontenerowce ze skrzyniami rozładowywanymi metodą roll-on roll-off i wielkie promy, w których samochody odgrywały większą rolę niż pasażerowie, były jednostkami, jakich nie napotkał podczas lat służby na morzu.

Oczywiście nie tylko Gunvald Larsson zauważył, że rozwój wydarzeń wyprzedza zatwierdzony harmonogram.

Cassavetes y Larrinaga mówił szybko, lecz spokojnie i precyzyjnie do swojej krótkofalówki i przed wejściem do portu dał się zauważyć wzmożony ruch na fregacie z odbiornikiem.

Gunvald Larsson zaczął w tym momencie myśleć o dwóch zupełnie różnych rzeczach. O tym, że jego hiszpański niepokojąco zardzewiał, i o tym, że poza wielkimi policyjnymi akcjami tylko w trzech krajach na świecie wydaje się na cele militarne więcej na mieszkańca niż w Szwecji, mianowicie w Izraelu i obu supermocarstwach: Stanach Zjednoczonych i Związku Radzieckim.

Cassavetes y Larrinaga zakończył rozmowę przez radio, uśmiechnął się do jasnowłosego gościa i wyjrzał w stronę fontanny, gdzie pierwsze grupy specjalnie wyszkolonych do ochrony policjantów na skuterach pokazały się między szeregami policji w zielonych mundurach.

Gunvald Larsson przeniósł wzrok. Tuż pod nimi przechadzał się środkiem ulicy, paląc papierosa, jeden z ochroniarzy, wyraźnie zajęty obserwowaniem snajperów rozstawionych na okolicznych dachach. Za szeregiem policjantów stał rząd czarnych taksówek z niebieskim pasem po bokach, a przed nimi otwarta czarno-żółta dorożka. Mężczyzna na koźle miał na sobie również czarno-żółte ubranie, a koń czarno-żółte pióra w opasce na czole.