– Czyli pozostaje…
– Einar – powiedział z głębokim westchnieniem Gunvald Larsson. – Myślałem o tym godzinami. Einar ma pewne wady, które obaj znamy, ale ma przynajmniej jedną dużą zaletę. Długo z nami pracuje i wie, jak myślimy.
Martin Beck zatęsknił za Kollbergiem. Rönn na pewno wiedział, jak myśli Gunvald Larsson, ale było równie pewne, że nie wie, jak myśli Martin Beck. Przynajmniej nigdy tego nie okazał.
– Możemy z nim porozmawiać – zaproponował Martin Beck. – To nie jest zadanie, które daje się ludziom i mówi, że mają po prostu robić tak i tak.
– Zaraz tu będzie – ocenił Gunvald Larsson.
Czekając, wysłali Strömgrena do mieszkania w Tanto. Skacke był wyraźnie zbyt zmęczony, by zareagować. Włożył swoją piękną broń do futerału, co wyglądało, jakby niósł jakiś instrument muzyczny. Potem wyszedł z domu, wsiadł do swojego dość nowego samochodu, pojechał do domu i poszedł spać.
Czerwony nos Rönna pokazał się w drzwiach dopiero przed dziewiątą. Nie spieszył się, trochę z powodu tonu Gunvalda Larssona, który nie zapowiadał miłych niespodzianek, a trochę dlatego, że od dłuższego czasu nie miał okazji, by się odprężyć. Dlatego pojechał do miasta metrem, bo w gruncie rzeczy nie lubił prowadzić samochodu.
Teraz w każdym razie był już, przywitał się i usiadł, patrząc wyczekująco na kolegów.
Martin Beck myślał tak: Gunvald Larsson jest od wielu lat kumplem Rönna, więc to on powinien poprowadzić rozmowę. Co też Larsson uczynił.
– Ja i Beck rozważaliśmy przez wiele godzin, jak się dostać do tych typków w Tanto. Teraz się nam wydaje, że doszliśmy do możliwego rozwiązania.
„Możliwego” to dobre słowo, pomyślał Martin Beck, kiedy Gunvald Larsson przedstawiał plan.
Rönn milczał przed dłuższą chwilę, a potem na nich spojrzał. Rzucił tylko szybko wzrokiem na Martina Becka, jak gdyby widział go już wiele razy i wiedział, do czego zmierza. Gunvaldowi Larssonowi poświęcił natomiast bardziej wnikliwe spojrzenie. Cisza była trudna do zniesienia. Ponieważ na samym początku powiedzieli Melanderowi, by odbierał wszystkie rozmowy, nie było nawet nadziei, by przerwał ją dźwięk telefonu. Po dobrych kilku minutach Rönn stwierdził:
– Tam, skąd pochodzę, nazywają coś takiego samobójstwem.
Rönn pochodził z Arjeplog. Dwa przestępstwa, które tam popełniono, wydarzyły się po tym, jak Rönn opuścił swoją rodzinną miejscowość. Były do siebie w pewien sposób podobne, z tą różnicą, że policja poradziła sobie z jednym, natomiast nie udało jej się z drugim. W pierwszym przypadku jeden z miejscowych zastrzelił swoją żonę, człowieka, o którym sądził, że jest jej kochankiem, a na końcu siebie. Miejscem zbrodni była ulica i pozostały na niej potrójne zwłoki wraz z narzędziem zbrodni. Zabezpieczono wszystkie odciski palców i podobne ślady, które pasowały. Policja uznała nie bez powodu, że sprawa jest wyjaśniona, i odłożyła dokumenty do akt.
Druga sprawa wydawała się dla niewtajemniczonych prosta, ale okazała się niespodziewanie skomplikowana. Znany w okolicy pijaczek Nelon Nelonsson włamał się o siódmej wieczorem do sklepu monopolowego i podjął ambitnego zadania, by wypić całe znajdujące się tam piwo. Sporo osób widziało, jak Nelon Nelonsson się włamuje, a jeszcze więcej słyszało w następnych godzinach jego coraz bardziej bełkotliwą mowę i świńskie piosenki, które śpiewał.
Wezwano policję, ale obaj dostępni w tym przypadku policjanci byli w terenie i jechali wozem patrolowym przez niezamieszkany obszar, który Główny Zarząd Policji mimo wytrwałego oporu wszystkich instancji narzucił ogromnemu rejonowi lapońskiemu. Radiowóz ten był wyposażony w tachometr, który zmuszał policjantów, by niepotrzebnie robili dziesiątki tysięcy kilometrów. Trzeci policjant był na miejscu, ale miał wolny dzień i był tak pijany, że nie dało się go nawet zanieść na miejsce przestępstwa.
Kiedy radiowóz wrócił po kilku godzinach z głuszy, piwo było wypite, a Nelon Nelonsson znikł. Znaleziono go jednak następnego dnia śpiącego na poddaszu sklepu i obudzono, ale wszystkiemu zaprzeczył. W jakiś czas później przeprowadził się na południe kraju i może z tego powodu, że sprawa przydała mu pewnej heroicznej sławy, wstąpił na drogę kariery politycznej. Zaczął jako prowokator socjaldemokratycznego związku zawodowego, ale wkrótce osiągnął zacniej sze stanowiska w dużej partii blagierów.
Śledztwo policyjne umorzono, a przypadek uznano za nierozwiązywalny.
Einar Rönn wyrósł na porządnego człowieka. Postawiony przed wyborem, czy zostać policjantem, czy wojskowym, wybrał służby porządkowe. Dziwny brak logiki, jaki często cechuje władze policyjne, sprawił, że wysłano go na południe Szwecji i odbył służbę w Lund. Jednak prawdziwą edukację policyjną przeszedł w wydziale kryminalnym w Sztokholmie, w środowiskach nacechowanych bezgranicznym cynizmem i przemocą, tak nieokrzesaną i brutalną, że większość ludzi nie wierzy w jej istnienie, dopóki sami się z nią nie skonfrontują.
Po chwili Rönn zapytał:
– Pokazaliście ten tak zwany plan Melanderowi?
– Tak – odrzekł Martin Beck. – To właściwie on podsunął zasadniczy pomysł.
– Jaki zasadniczy pomysł? Że sam nie weźmie w tym udziału?
Gunvald Larsson i Martin Beck z trudem skrywali zawód, jaki sprawiła im reakcja na starannie obmyślony plan. Rönn jednak podszedł nagle do okna, wyjrzał na deszcz ze śniegiem i zadeklarował ze smutkiem:
– Cóż, zgadzam się. Przynieście tutaj to paskudztwo, żebym mógł je przeczytać jeszcze raz.
A w pół godziny później:
– Rozumiem, że chodzi o to, by Gunvald wtargnął przez drzwi, podczas gdy Martin zsunie się z balkonu na wyższym piętrze.
– Tak – przytaknął Gunvald Larsson.
– Właśnie. A ja mam z rykiem wypaść ze ściany. Ładnie, ładnie. O której mamy to zrobić?
– A o której jedzą? – zapytał Martin Beck.
– O dziewiątej – odparł Rönn. – Pierwszy posiłek punkt dziewiąta i jest to zwykle solidny lunch z wieloma daniami.
– Więc weźmiemy ich pięć po dziewiątej. To znaczy, Japończyków.
– Tak – potwierdził Rönn. – A Gunvald?
– Tak?
– Gdyby drzwi nie były zamknięte na zamek, pamiętaj, że mieszkanie jest na jedenastym piętrze. Skąd zresztą mamy wziąć te wszystkie rzeczy?
– Biuro robót drogowych – oznajmił Martin Beck.
– A kto się nimi zajmie?
– Policja – skwitował Gunvald Larsson. – Nie możemy żądać od ludzi pracujących przy robotach drogowych, by podejmowali zbędne ryzyko.
– Zbędne ryzyko, tak – zgodził się Rönn. – A w co mamy się ubrać?
Gunvald Larsson skrzywił się brzydko i wyjaśnił:
– W kombinezony, które pożyczymy z biura robót. Einar?
– Słucham.
– Mam nadzieję, że jesteś świadom jednego.
– Czego?
– Że to jest całkowicie dobrowolne.
– Tak – rzekł Rönn.
Rozdział 27
Był piątek trzynastego grudnia, ale nikt nie stroił sobie z tego niestosownych żartów.
Jeśli któryś z nich trzech kiedykolwiek wątpił, że dziesięć świdrów pneumatycznych w zasadniczo zamkniętej przestrzeni robi niewyobrażalny hałas, zwłaszcza przy dwóch wściekle pracujących koparkach i czterech histerycznych walcach drogowych w tle, został błyskawicznie pozbawiony złudzeń tego piątkowego ranka o godzinie ósmej pięćdziesiąt osiem.