– Ależ on był silny.
To, co zdarzyło się później, należałoby uznać za absurdalny antyklimaks.
Martin Beck wyszedł na klatkę schodową i na balkon, dając ludziom znak, by przerwali hałas.
Kiedy wrócił, Ronn i Gunvald Larsson zdejmowali właśnie pomarańczowe kombinezony z szeroką taśmą odblaskową.
Jakiś nieznany im policjant zajrzał przez roztrzaskane drzwi i dał coś w rodzaju zielonego światła osobie znajdującej się za nim.
Drzwi jednej z wind otworzyły się i Buldożer Olsson wbiegł do mieszkania truchtem z opuszczoną głową.
Zobaczył najpierw dwóch nieprzytomnych Japończyków, potem zrujnowane mieszkanie, a na koniec jego pogodne spojrzenie omiotło Martina Becka, Gunvalda Larssona i Einara Rönna.
– Wspaniale, chłopaki – pochwalił. – Nie wierzyłem, że dacie radę.
– Naprawdę? – rzucił kwaśnym tonem Gunvald Larsson. – A w ogóle to co tutaj robisz?
Buldożer Olsson pogładził parę razy czubkami palców olbrzymi krawat dnia, gadżet amerykańskiej partii politycznej z białymi słoniami na zielonym tle.
Odchrząknął i oświadczył:
– Hitadichi Iti i Matsuma Leitzu, aresztuję was niniejszym za usiłowanie zabójstwa, terroryzm i zbrojny opór przeciw funkcjonariuszom na służbie.
Mniejszy z mężczyzn odzyskał przytomność i oznajmił grzecznym tonem:
– Excuse me, sir, but thats not our names.
Po chwili dodał:
– If what you said were supposed to be names.
– E, z nazwiskami na pewno się załatwi – odrzekł beztrosko Buldożer.
Dał znak policjantom stojącym za nim i polecił:
– Okej, zabierzcie ich do Kungsholmen. Znajdźcie kogoś, kto im powie po angielsku, jakie mają prawa czy co tam, i poinformuje, że jutro zostaną aresztowani. Jeśli nie mają adwokata, to im załatwimy.
Po krótkiej pauzie dodał:
– Byle nie Bekacza.
Część ludzi Buldożera weszła do mieszkania. Wyprowadzono obu aresztantów, jednego na własnych nogach, a drugiego na noszach.
– Tak – ucieszył się Buldożer. – Pierwszorzędna robota, chłopaki, jak rzekłem. Wspaniałe zatrzymanie. Ale wciąż nie rozumiem, jak dokonaliście tego sami.
– Nie – zaprzeczył Gunvald Larsson jeszcze kwaśniejszym tonem niż przedtem. – Nie rozumiesz.
– Jesteś dziwnym człowiekiem, Larsson – zauważył Buldożer.
– I wyrzuć ten amerykański krawat wyborczy tam do zsypu na śmieci.
– Nigdy w życiu – odparł Buldożer. – Lubię go. Dostałem od gubernatora w Nowym Jorku, kiedy tam byłem. Republikanina. Próbowałem też dostać demokratyczny od burmistrza miasta, ale nie miał. Powiedział, że mi przyśle podczas następnej kampanii wyborczej. Nowe wybory już się odbyły, a ja wciąż nie mam krawata demokratów.
Przez chwilę wyglądał prawie smutno. Pokręcił głową i dodał:
– Nie można wierzyć ludziom.
Potem wygnieciony niebieski garnitur ulotnił się wraz z prokuratorem w środku.
Kiedy Buldożer znikł, Gunvald Larsson zapytał:
– Skąd do diabła?
I umilkł.
Martin Beck pomyślał przez chwilę o tym samym, ale nic nie powiedział.
Sprawa była prosta. Buldożer Olsson miał wszędzie wtyczki. Wtrącał się do wszystkiego i starał przypisywać sobie zasługi. Martin Beck był niemal pewny, że Buldożer nie ma żadnego informatora w jego komisji, co oznaczało, że jest ktoś taki w wydziale kryminalnym.
Kto?
Ek?
Strömgren?
Strömgren pasował, ale nigdy by się do tego nie przyznał.
– No cóż – stwierdził Rönn i zachichotał. – Zabawa skończona.
– Zabawa?
Gunvald Larsson długo patrzył na Rönna, ale powstrzymał się od dalszych komentarzy.
Martin Beck oglądał bomby w pudełku. Laboratorium techniki kryminalnej wkrótce powinno się nimi zająć.
Strömgren siedział czterysta metrów dalej, paląc za firanką. Po rozmowie z Buldożerem godzinę temu nie robił nic prócz wypalania jednego papierosa za drugim. Myślał, że teraz zostanie wreszcie przeniesiony do grupy specjalnej Buldożera i otrzyma upragniony awans.
Benny Skacke leżał w domu w łóżku. W tym momencie zajmował się sprawami natury prywatnej.
– A gdzie do diabła jest Heydt? – zapytał przygnębionym głosem Larsson.
– Czy nie potrafisz myśleć o czymś innym? – zapytał Rönn. – Przynajmniej teraz.
– Na przykład o czym?
– No, na przykład o tym, że przestrzeliłem ten sznurek. To było prawie niemożliwe.
– Ile punktów zdobyłeś podczas ostatniego treningu strzeleckiego?
– Zero – odparł Einar Rönn, czerwieniejąc po szyję.
– Ale ten drań był silny – uznał Gunvald Larsson, chwytając się za krzyż.
W piętnaście sekund później mruknął sam do siebie:
– Gdzie do diabła jest Heydt?
Rozdział 28
Rozprawa o aresztowanie dwóch Japończyków odbyła się szesnastego przed południem i okazała jedną z największych fars, jakie kiedykolwiek rozegrały się w murach sztokholmskiego ratusza.
W Szwecji prokuratora należy wyznaczać w różnych sprawach przez głosowanie, prawdopodobnie po to, by stworzyć iluzję sprawiedliwości.
W przypadku losowania, które nie było wcale takie oczywiste, Buldożer Olsson pilnował, by jego nazwisko znalazło się na wszystkich losach, ponieważ zachowywał się z pewnością siebie i niewymuszoną swobodą, które sprawiały, że sama myśl o kimś innym w tej roli wydawała się niedorzeczna. Miał świeżo wyprasowany garnitur, to znaczy od rana, wyszczotkowane buty i jaskrawozielony krawat w czerwone platformy wiertnicze, przypuszczalnie osobisty podarunek od szacha Iranu. W każdym razie sam tak twierdził.
Specjalnie prosił o stawienie się Martina Becka, Gunvalda Larssona i Einara Rönna, a prócz tego sala była pełna ludzi, którzy przyszli tu z czystej ciekawości albo uważali, że mają obowiązek być ze wszystkim na bieżąco. Do drugiej kategorii należeli naczelny komendant i Stig Malm, królujący w pierwszej ławce dla publiczności. Bardziej w cieniu widać było lisią aureolę wokół łysej głowy szefa Säpo. To był chyba jego pierwszy publiczny występ od dwudziestego pierwszego listopada.
Japończykom przydzielono obrońcę, w porównaniu z którym Hedobald Braxén przedstawiał się jak Clarence Darrow i Abraham Lincoln w jednej osobie.
Większy z terrorystów po starciu z Gunvaldem Larssonem wyglądał jak mumia ze starego filmu z Borisem Karloffem, ale mniejszy uśmiechał się uprzejmie i kłaniał każdemu, kto na niego spojrzał.
Wszystko skomplikował fakt, że trzeba było wyznaczyć tłumacza.
Najsłabszym punktem w argumentacji Buldożera była nieznajomość nazwisk zatrzymanych. Na wstępie odczytał czternaście różnych nazwisk z listy poszukiwanych przysłanej przez Interpol, ale przy każdym z nich zarówno mumia, jak i jego uprzejmy towarzysz kręcili głowami.
Sędzia stracił w końcu cierpliwość i kazał tłumaczowi zapytać Japończyków, jak się nazywają i kiedy się urodzili.
Grzeczny odpowiedział na to, że nazywają się Kaiten i Kamikaze i podał również ich daty urodzenia. Mumia nie mógł nawet mówić.
Martin Beck i Gunvald Larsson spojrzeli na siebie ze zdumieniem, ale żaden z nich nie zareagował. Prawdopodobnie tylko oni dwaj wiedzieli, że Kaiten oznacza żywą torpedę, a Kamikaze lotnika samobójcę. Poza tym mężczyzna podał daty urodzenia admirała Togo i admirała Yamamoto, co oznaczało, że jeden miał sto siedemdziesiąt lat, a drugi sto, choć żaden z nich nie wyglądał na więcej niż trzydzieści.
Sąd jednak połknął te informacje, a protokolant pisał, aż skrzyło mu się pióro.