Выбрать главу

Hedobald Braxén wyglądał na obecnego zaledwie ciałem i nic nie wskazywało na to, że słyszał choćby słowo z zeznania świadka.

– Nie mam pytań – zakomunikował.

Buldożer Olsson poczuł zadowolenie. Sprawa wydawała się załatwiona, dokładnie tak, jak mówił od początku. Jedyny błąd, że zajęła zbyt wiele czasu.

Kiedy sędzia zaproponował godzinną przerwę, skinął z entuzjazmem głową i potruchtał drobnymi kroczkami do drzwi.

Martin Beck i Rhea Nielsen wykorzystali przerwę na wyjście do Amaranten. Po kanapce i piwie zamówili kawę i koniak.

Martin Beck przeżył kilka męczących godzin. Tyle wiedział o Bekaczu, że to trochę potrwa, i nie miał ochoty siedzieć w ponurej poczekalni razem z Kristianssonem i Kvastmo, nadętym dyrektorem banku i kilkoma damami, które wyglądały na całkowicie porażone doniosłym faktem, że wezwano je na świadków w sprawie ekscytującego przestępstwa, prawie morderstwa, a w każdym razie czegoś, o czym będą pisać i w „Aftonbladet”, i w „Expressen”.

Zaszedł do wydziału kryminalnego i porozmawiał przez chwilę z Rönnem i Strömgrenem, ale nie było to zbyt owocne. Strömgrena nigdy nie lubił, a jego stosunek do Rönna był złożony. Mówiąc wprost, nie miał już kolegów w komendzie przy Kungsholmsgatan. I tam, i w GZP byli tacy, którzy go podziwiali, tacy, którzy go nie znosili, i trzecia, najliczniejsza grupa tych, którzy mu zazdrościli.

W Västberdze też nie miał przyjaciół, odkąd Lennart Kollberg odszedł z policji. Benny Skacke szukał etatu i go dostał, z poparciem Martina Becka. Nie mieli złej relacji, ale od tego do prawdziwej przyjaźni była daleka droga. Czasami siedział i patrzył w przestrzeń, tęskniąc za Kollbergiem. Mówiąc szczerze, a teraz przychodziło mu to łatwiej, przeżywał po nim żałobę jak po dziecku albo utraconej miłości.

Posiedział przez chwilę w pokoju Rönna i pogadał o niczym, ale Rönn nie był specjalnie zabawny. Do tego miał dużo roboty – praca w wydziale kryminalnym w Sztokholmie nie była synekurą, a poza tym najbardziej narzekał na zmarnowany widok. Z okna Rönna widać było teraz tylko olbrzymią nową kwaterę główną policji, która zdążyła się wznieść na imponującą wysokość. Miała być gotowa za jakiś rok i wtedy wszyscy się tam przeprowadzą, co nikogo nie napełniało entuzjazmem.

– Ciekawe, co tam robi Gunvald. Nie miałbym nic przeciwko temu, by się z nim zamienić. Korrida, palmy i wystawne obiady, no, no.

Specjalnością Rönna było wzbudzanie w Martinie Becku poczucia winy. Dlaczego nie pojechał w tę przyjemną podróż, on, który z pewnością potrzebował zachęty bardziej niż ktokolwiek inny?

Trudno było powiedzieć głośno prawdę – Rönn był naprawdę dyskryminowany. Po prostu dlatego, że nikt nie pomyślał o tym, by wysłać Norlandczyka z zakatarzonym czerwonym nosem, o wybitnie niereprezentacyjnym wyglądzie. Tylko przy najlepszej woli można było powiedzieć, że włada on zrozumiałą angielszczyzną.

Ale Rönn był dobrym policjantem.

Z początku nie wyróżniał się osobowością, ale teraz był niewątpliwie jednym z najmocniejszych punktów wydziału.

Martin Beck próbował wymyślić coś na pocieszenie, ale jak zwykle mu się nie udało.

Rzucił tylko „cześć” i poszedł.

A teraz siedział razem z Rheą i to było naprawdę coś innego.

Szkoda tylko, że wyglądała na zmartwioną.

– Ta rozprawa – zaczęła. – Cholernie przygnębiająca. I któż tam decyduje. Ten prokurator to prawdziwy pajac. I jak na mnie patrzył. Jak gdyby nigdy wcześniej nie widział dziewczyny.

– Buldożer – odparł Martin Beck. – Widział mnóstwo dziewczyn, a poza tym nie jesteś w jego typie. Jest tylko ciekawy jak homar.

– To homary są ciekawe?

– Nie wiem. Słyszałem gdzieś to wyrażenie. Chyba szwedzko-fińskie.

– A adwokat nawet nie zna nazwiska klientki. Poza tym tylko beka i ciągle przerywa niezrozumiałymi uwagami. Ta dziewczyna nie ma najmniejszych szans.

– Jeszcze nie widzieliśmy zakończenia. Buldożer wygrywa prawie wszystkie swoje sprawy, lecz jeśli zdarza mu się przegrać, to właśnie z Braxénem. Pamiętasz tamtą historię ze Svärdem?

– Czy ja pamiętam? – spytała Rhea.

Roześmiała się ochryple.

– Kiedy po raz pierwszy przyszedłeś do domu przy Tulegatan. Zamknięty pokój i cala reszta. Wkrótce miną dwa lata. Jak mogłabym nie pamiętać?

Wyglądała na zadowoloną.

A jego nic nie mogłoby bardziej ucieszyć. Pięknie spędzali czas od tamtego dnia, wypełniony rozmowami, zazdrością, przyjacielskimi sprzeczkami i równie udanym seksem, zaufaniem i poczuciem wspólnoty. Choć był po pięćdziesiątce i myślał, że większość już przeżył, rozwijał się razem z nią.

Miał nadzieję, że ta relacja jest wzajemna.

Tego jednak nie był równie pewny. Była od niego silniejsza psychicznie i miała bardziej wyzwolony umysł, prawdopodobnie przewyższała go też inteligencją, a przynajmniej szybkością myślenia. Miała mnóstwo wad, między innymi często bywała nadąsana i drażliwa, ale je kochał. To słowo było może głupie albo zbyt romantyczne, nie umiał jednak znaleźć lepszego.

Spojrzał na nią i uświadomił sobie, że już nie jest zazdrosny. Duże czubki jej piersi odznaczały się pod materiałem, a koszula była niedbale zapięta. Zdjęła sandały i pocierała pod stołem jedną bosą stopą o drugą. Od czasu do czasu schylała się i drapała w kostki. Była jednak swoja, nie jego, i to było w niej najlepsze.

Teraz jednak miała zatroskaną twarz – nieregularne rysy wyrażały niepokój i niechęć.

– Nie bardzo znam się na prawie – wyznała zgodnie z prawdą. – Ta sprawa jednak wydaje mi się przegrana. Czy możesz tak zeznawać, by nastąpił jakiś przełom?

– Nie bardzo. Nawet nie wiem, czego on ode mnie chce.

– A inni świadkowie obrony wydają się bezużyteczni. Dyrektor banku, nauczycielka gospodarstwa domowego i policjant. Czy ktoś z nich w ogóle tam był?

– Tak. Kristiansson. Prowadził wóz patrolowy.

– Czy jest tak samo tępy jak ten drugi glina?

– Tak.

– Sprawy raczej nie da się wygrać mową końcową, to znaczy obrońcy.

Martin Beck się uśmiechnął. Powinien był się spodziewać, że ona tak się zaangażuje.

– Nie, to mało prawdopodobne. Ale czy jesteś pewna, że obrona powinna wygrać i Rebecka Lind jest niewinna?

– Dochodzenie to kupa śmieci. Sprawa powinna wrócić do policji. Nic nie zostało porządnie zbadane. Właśnie za to nienawidzę glin, nie licząc przemocy i całej reszty, rzecz jasna. Przekazują prokuraturze dochodzenia, które nie są zrobione nawet w połowie. Potem prokurator drepcze po tych śmieciach jak kogut, a ci, którzy mają sądzić, są zbieraniną jemu podobnych i tylko tam siedzą, bo są bezużyteczni politycznie i nie nadają się do niczego innego.

Generalnie miała rację. Ławników wyciągnięto z dna partii politycznych, często mieli podejrzaną komitywę z prokuratorem albo dawali się zdominować silnemu sędziemu, który w istocie nimi pogardzał. Na ogół nie odważali się występować przeciw prawniczym autorytetom i zbyt często byli przedstawicielami milczącej większości narodu, która żarliwie pragnęła porządku stworzonego przez doraźne prawa i niewiele więcej.