Выбрать главу

No, ale wszystko dobre, co się dobrze kończy, prawda? Żadnych ofiar, a żeby dołożyć wisienkę do tortu, miał właśnie w ręku poranne wydanie „Pulsu”, w którym autor wiodącego artykułu rozpaczał nad gangami krążącymi po mieście i zastanawiał się, czy straż zdoła oczyścić ulice.

No więc uważam, że zdoła, ty nadęty dupku. Vimes uderzył zapałką o cokół i zapalił cygaro dla uczczenia tego niewielkiego, ale posępnie satysfakcjonującego tryumfu. Bogowie świadkami, że go potrzebowali. Straż zbierała cięgi w całej tej sprawie doliny Koom, dobrze więc dać chłopakom coś, z czego — dla odmiany — mogą być dumni. W końcu bez wątpienia osiągnęli sukces.

Patrzył na cokół. Nie pamiętał, jaki posąg na nim stał. Teraz stanowił pamiątkę po generacji artystów graffiti.

Zdobił go element trollowego graffiti, zacierający wszystko, czego dokonali twórcy korzystający ze zwykłej farby. Vimes przeczytał:

PAN BŁYSK

ON DIAMENT

Górniczy znak, miejski napis, pomyślał. Sytuacja źle się układa i ludzie odczuwają potrzebę pisania na murach.

— Komendancie!

Odwrócił się. Kapitan Marchewa w błyszczącym pancerzu spieszył ku niemu, a jego twarz jak zwykle promieniała stuprocentowo czystym zapałem.

— Zdawało mi się, że wszystkim funkcjonariuszom poza pełniącymi służbę w areszcie kazałem trochę się przespać, kapitanie — przypomniał Vimes surowo.

— Chciałem tylko wyczyścić parę spraw, sir — odparł Marchewa. — Lord Vetinari przesłał do Yardu wiadomość. Oczekuje raportu. Pomyślałem, sir, że lepiej panu to przekażę.

— Tak się zastanawiam, kapitanie — rzekł serdecznym tonem Vimes. — Może wmurujemy jakąś niedużą tablicę? Mogłaby stwierdzać coś w rodzaju: „W tym miejscu 5 grune’a roku Krewetki nie stoczono bitwy w dolinie Koom”. A może namówić ich, żeby wydali jakiś znaczek? Jak sądzicie?

— Myślę, że pan też powinien się przespać, komendancie. I oficjalnie Dzień Doliny Koom wypada dopiero w sobotę.

— Naturalnie, pomniki bitew, które nie miały miejsca, są ideą trochę naciąganą, ale znaczek…

— Lady Sybil naprawdę się o pana martwi, sir. — Marchewa wręcz ociekał zatroskaniem.

Szum w głowie Vimesa przycichł. Jakby zbudzeni wspomnieniem o Sybil, wierzyciele jego ciała ustawili się w kolejce, wymachując swoimi zaległymi wekslami; stopy: śmiertelnie zmęczone i pragnące kąpieli; brzuch: burczący; żebra: w ogniu; plecy: obolałe; mózg: pijany własnymi truciznami. Kąpiel, sen, jedzenie… dobre pomysły. Ale miał jeszcze to i owo do załatwienia.

— Jak tam nasz pan Pesymal? — zapytał.

— Już poskładany przez Igora, sir. Trochę jest zdziwiony całym zamieszaniem. Sir, ja wiem, że nie mogę panu rozkazać iść na spotkanie z jego lordowską mością…

— Nie, nie może pan, ponieważ to ja jestem komendantem, kapitanie. — Vimes ciągle odczuwał lekkie zamglenie umysłu i oszołomienie będące skutkiem wyczerpania.

— …ale jego lordowska mość może i to zrobił, sir. A kiedy tylko pan wyjdzie, przed pałacem będzie czekała pańska kareta. To rozkaz lady Sybil, sir. — Marchewa odwołał się do władzy wyższej.

Vimes obejrzał się na brzydką bryłę pałacu. Czysta pościel wydała mu się tak cudownym pomysłem…

— Nie mogę tam pójść w takim stanie — mruknął.

— Rozmawiałem z sekretarzem Drumknottem, sir. W pałacu będą czekały gorąca woda, brzytwa i duży kubek kawy.

— Pomyślałeś o wszystkim, Marchewa…

— Mam nadzieję, sir. A teraz proszę…

— Ale ja też o czymś pomyślałem, co? — Vimes kołysał się radośnie. — Lepiej pijany do nieprzytomności niż pobity do nieprzytomności, co?

— To klasyczny podstęp, sir — zapewnił Marchewa. — Nadaje się do podręczników historii. A teraz proszę ruszać, sir. Ja sam będę musiał poszukać Angui. Nie spała w swoim łóżku.

— Ale w tym okresie miesiąca…

— Wiem, sir. Nie spała też w swoim koszyku.

* * *

W wilgotnej piwnicy, która kiedyś służyła za strych, a teraz była na wpół wypełniona błotem, vurmy wylewały się przez niewielki otwór w przegniłych deskach.

Pięść przebiła je od dołu. Wilgotne drewno rozpadło się i rozkruszyło.

Angua podciągnęła się w nową ciemność, po czym sięgnęła w dół, by pomóc Sally.

— No to następne bagno… — stwierdziła wampirzyca.

— Miejmy nadzieję — odparła Angua. — Myślę, że musimy się przedostać przynajmniej o jeszcze jeden poziom wyżej. Tam jest przejście. Chodź!

Miały za sobą już zbyt wiele ślepych zaułków, zapomnianych i cuchnących sal, fałszywych nadziei, a przede wszystkim o wiele za dużo paskudnej mazi.

Przechodziły i przedzierały się od jednego śmierdzącego pomieszczenia do następnego, na zabłoconych ścianach szukając ukrytych drzwi, wypatrując choćby maleńkiego punkciku światła na sufitach obwieszonych interesującymi, ale obrzydliwymi porostami. Po pewnym czasie zapach stał się niemal dotykalny, a potem udało mu się zmienić w jeszcze jeden element ciemności.

Teraz usłyszały muzykę. Pięć minut brnięcia i ślizgania doprowadziło je do zamurowanego przejścia, ale że zamurowano je przy użyciu bardziej nowoczesnej ankhmorporskiej zaprawy z piasku, końskiego nawozu i obierek, kilka cegieł zdążyło już wypaść. Sally jednym ciosem usunęła większość pozostałych.

— Przepraszam za to — powiedziała. — Wampiry już takie są.

Piwnica za zdemolowaną ścianą skrywała kilka beczek i wyglądała, jakby była regularnie używana. Miała też normalne drzwi. Spomiędzy desek stropu sączyła się powolna, monotonna muzyka. Była tam klapa.

— No dobra — mruknęła Angua. — Na górze są ludzie. Wyczuwam ich…

— Naliczyłam pięćdziesiąt siedem bijących serc — stwierdziła Sally.

Angua rzuciła jej Spojrzenie.

— Wiesz, na twoim miejscu tę szczególną umiejętność zachowałabym raczej dla siebie.

— Przepraszam, sierżancie.

— To nie jest coś, co ludzie chcieliby słyszeć — ciągnęła Angua. — Rozumiesz, ja bez trudu mogę zgnieść w szczękach czaszkę człowieka, ale nie przechwalam się tym dookoła.

— Zapamiętam to sobie, sierżancie — obiecała Sally z pokorą, całkiem możliwe, że udawaną.

— No dobrze… Jak wyglądamy? Jak potwory z bagien?

— Tak, sierżancie. Pani włosy są straszne. Jak wielka bryła zielonego śluzu.

— Zielonego?

— Obawiam się, że tak.

— A moja sukienka awaryjna leży gdzieś tam na dole… I jest już po wschodzie słońca. Czy możesz, ehm… przejść w nietoperze?

— W świetle dnia? Sto pięćdziesiąt pięć moich zdezorientowanych kawałków? Nie. Ale pani, sierżancie, mogłaby wyjść jako wilk, prawda?

— Tylko że wolałabym nie być potworem z bagien, który przebija się przez podłogę, jeśli ci to nie przeszkadza.

— Tak, rozumiem… Taka reklama się nie opłaca. — Sally strzepnęła bryłkę śluzu. — Fuj, ależ to paskudztwo.

— Czyli możemy tylko mieć nadzieję, że kiedy zaczniemy uciekać, nikt nas nie rozpozna — stwierdziła Angua i zgarnęła z włosów grudę trzęsącej się zielonej materii. — Przynajmniej… Och, nie!

— Co się stało? — zapytała Sally.

— Nobby Nobbs! Jest na górze! Wyczuwam go!

— Kapral Nobbs? — upewniła się Sally. — Mały, z pryszczami?

— Chyba nie jesteśmy pod komisariatem… — Angua rozejrzała się przerażona.