— Raczej nie. Sądząc po odgłosach, ktoś tam tańczy. Ale jak może pani wywąchać jednego człowieka w takim… wszystkim?
— Uwierz mi, to się zapamiętuje na zawsze.
Zapachy starej kapusty, maści na trądzik i niezłośliwej choroby skórnej w kapralu Nobbsie ulegały transmutacji w dziwny odór, który kładł się na nosie jak piła na harfie. Nie był nieprzyjemny w ścisłym sensie, ale przypominał swojego właściciela: dziwaczny, przenikliwy i piekielnie trudny do zapomnienia.
— To przecież także funkcjonariusz, prawda? Pomoże nam chyba?
— Jesteśmy nagie, młodsza funkcjonariusz!
— Tylko w sensie technicznym. To błoto jest strasznie lepkie.
— Chodzi mi o pod błotem — warknęła Angua.
— No tak, ale w ubraniu też pod nim jesteśmy nagie! — zauważyła Sally.
— To nie jest odpowiednia chwila na logikę! To jest chwila, żeby nie widzieć, jak Nobby się do mnie szczerzy!
— Ale przecież widział panią w postaci wilka, prawda?
— I co z tego?
— No więc technicznie jest pani wtedy naga…
— Nigdy mu tego nie mów!
Nobby Nobbs — cień w ciepłym, czerwonawym półmroku — szturchnął sierżanta Colona.
— Nie musi pan zamykać oczu, sierżancie — szepnął. — Wszystko jest legalne. Chodzi o artystyczną celebrację kobiecego ciała, jak mówi Płova. A zresztą jest przecież ubrana.
— Dwa frędzle i złożona chustka do nosa to nie ubranie, Nobby — oświadczył Fred, kuląc się na krześle.
Różowy Kociak! Trzeba uczciwie przyznać: Fred służył w wojsku i w straży, a nie da się spędzić tylu lat w mundurze, żeby człowiek nie zobaczył przy tym jednego czy drugiego… albo i trzeciego, jak sobie właśnie przypomniał. To prawda, jak zauważył Nobby, że tancerki w operze też niewiele pozostawiały wyobraźni, w każdym razie nie Nobby’ego. Jednak człowiek musi dojść do wniosku, że balet to sztuka, nawet jeśli trochę w nim brakuje cokołów i urn, a to dlatego, że oglądanie go jest raczej kosztowne, no i baleriny nie kręcą się głową w dół. A co najgorsze, zdążył już wypatrzyć wśród widzów dwóch znajomych. Na szczęście go nie zauważyli, bo kiedy tylko dyskretnie na nich zerkał, obaj patrzyli w zupełnie przeciwnym kierunku.
— Teraz będzie naprawdę trudny kawałek — szepnął swobodnie Nobby.
— Naprawdę? — Fred Colon znowu zamknął oczy.
— O tak. Nazywa się potrójna śruba…
— Słuchaj, czy kierownictwo nie ma nic przeciw temu, że tu przychodzisz? — wyszeptał Fred, zsuwając się jeszcze niżej na siedzeniu.
— Nie, skąd. Odpowiada im, kiedy na sali jest strażnik. — Nobby nie odrywał wzroku od sceny. — Uważają, że ludzie się lepiej zachowują. Zresztą przychodzę, tylko żeby potem odprowadzić Betty do domu.
— A Betty to…?
— Płova to jej pseudonim nadrągowy. Mówi, że nikt by się nie zainteresował egzotyczną tancerką, która ma na imię Betty. Bo uważa, że to brzmi tak, jakby lepiej jej szło z wyrabianiem ciasta.
Colon znów zamknął oczy, próbując usunąć myślowe skojarzenie tej opalonej, giętkiej postaci na scenie oraz misy z ciastem.
— Chyba przyda mi się trochę świeżego powietrza — wykrztusił.
— Nie, jeszcze chwilę, sierżancie! Następna będzie Brokoli. Ona potrafi dotknąć się stopą z tyłu głowy…
— Nie wierzę! — oświadczył Colon.
— Potrafi, sierżancie, sam widziałem…
— Nie wierzę, że jest tancerka, która się nazywa Brokoli…
— No, kiedyś się nazywała Candi, ale potem ktoś jej powiedział, że brokuły są zdrowe…
— Kapralu Nobbs!
Zdawało się, że głos dobiegł spod stołu.
Nobby popatrzył na Freda Colona, po czym spojrzał w dół.
— Tak? — zapytał ostrożnie.
— Tu sierżant Angua — oznajmiła podłoga.
— Och… — odparł Nobby.
— Co to za lokal?
— Klub Różowego Kociaka, sierżancie — poinformował Nobby posłusznie.
— O bogowie… — Z dołu dobiegły odgłosy rozmowy, po czym Angua zapytała: — Są tam jakieś kobiety?
— Tak, sierżancie. Eee… Co pani tam robi, sierżancie?
— Wydaję ci rozkazy, Nobby. Czyli są tam kobiety?
— Tak, sierżancie. Mnóstwo.
— Dobrze. Poproś którąś, żeby zeszła do piwnicy z piwem. Potrzebujemy dwóch wiader ciepłej wody i ręczników. Zrozumiałeś?
Nobby zauważył, że orkiestra przestała grać, a Płova znieruchomiała w połowie zjazdu z rozwarciem. Wszyscy słuchali gadającej podłogi.
— Tak, sierżancie. Zrozumiałem — zapewnił.
— I jakieś czyste ubrania. I… — Znowu podziemne szepty. — Może lepiej czterech wiader wody. I szczotki. I grzebienia. I drugiego grzebienia. I więcej ręczników. Aha, i dwóch par butów, rozmiar sześć i… cztery i pół? Poważnie? No dobrze. I czy jest z tobą Fred Colon, czy to może głupie pytanie?
Fred odchrząknął.
— Jestem tu, sierżancie — przyznał. — Ale przyszedłem tylko dlatego…
— Dobrze. Chcę pożyczyć komplet pańskich pasków. Mam nieprzyjemne przeczucie, że przez najbliższe kilka godzin będzie mi zależało, by nikt nie zapomniał o tym, że jestem sierżantem. Zapamiętaliście wszystko obaj?
— Jest pełnia — szepnął Fred do Nobby’ego, jak mężczyzna do mężczyzny. A potem powiedział głośno: — Tak, sierżancie. To może chwilę potrwać…
— Nie! Nie potrwa! Bo macie tu na dole wilkołaka z wampirem, jasne? Mnie zupełnie się włosy nie słuchają, a ją bolą zęby. W takim klubie z dziewczynkami na pewno nie ma buraków! Co? No dobrze, a jabłko wystarczy? Nobby, młodsza funkcjonariusz Humpeding pilnie potrzebuje jabłka. Albo czegoś innego, co może ukąsić. A teraz rusz się!
Kawa była jedynie sposobem kradzieży czasu, który zgodnie z prawem powinien należeć do trochę starszego Vimesa. Vimes wypił dwa kubki, umył się i przynajmniej spróbował ogolić, dzięki czemu poczuł się zasadniczo człowiekiem, o ile tylko ignorował te swoje części, które wydawały się napełnione ciepłą watą. W końcu uznał, że lepiej już się czuł nie będzie i że prawdopodobnie jest w stanie rozumieć dość długie pytania — i został wprowadzony do Podłużnego Gabinetu Patrycjusza Ankh-Morpork.
— Ach, komendancie… — Po odpowiednio długim milczeniu lord Vetinari uniósł głowę i odsunął na bok jakieś papiery. — Dziękuję, że pan przyszedł. Jak słyszałem, gratulacje byłyby jak najbardziej na miejscu. Tak mi mówiono.
— A to czemu, sir? — Vimes przybrał specjalny, tępy wyraz twarzy, używany do rozmów z Vetinarim.
— Niech pan da spokój, Vimes. Wczoraj wydawało się, że w samym środku miasta wybuchnie wojna międzygatunkowa, i nagle jej nie ma. Te gangi były całkiem groźne, jak rozumiem.
— W większości spali, kiedy przybyliśmy, sir — stwierdził Vimes. — Musieliśmy ich tylko uprzątnąć.
— W samej rzeczy — zgodził się Vetinari. — To było doprawdy zadziwiające. Niech pan siądzie, nawiasem mówiąc. Naprawdę nie ma powodu, żeby stał pan tu przede mną jak kapral na służbie.
— Nie wiem, o co panu chodzi, sir — oznajmił Vimes i z wdzięcznością zwalił się na krzesło.
— Nie? Mówiłem, Vimes, o szybkości, z jaką obie grupy zdołały w tym samym czasie pozbawić się sił za pomocą mocnych trunków.
— Nic mi o tym nie wiadomo, sir.
To była reakcja automatyczna. Dzięki niej życie stawało się łatwiejsze.
— Nie? Wydaje się, Vimes, że szykując się do nadchodzącej potyczki, i trolle, i krasnoludy weszły w posiadanie czegoś, co, jak zakładam, uważały za piwo…?