– To są przecież góry, które ujrzałam zaraz po przejściu przez lustro – szepnęła. – Te góry, w stronę których chciała mnie poprowadzić świecąca strzała.
Wzrok dziewczynki bez udziału jej woli przylgnął niemal magnetycznie do obrazu. Przedstawiony na nim pejzaż zdawał się pulsować życiem. Kusił, wołał niemym, choć natarczywym głosem, zapraszał: „Chodź, chodź do nas… czekamy… chodź…”
…jak lustro – wzdrygnęła się Agata. – Jak to złe, fałszywe lustro, które zabrało mi psa i zmusiło w ten sposób do przyjścia tutaj, choć wcale tego nie chciałam…
Dziewczynka wstrząsnęła się, jakby ją przeszły dreszcze. Odwróciła się plecami do obrazu i podeszła do stołu. Już nie widziała, jak obraz powoli, powoli znikał ze ściany…
Spojrzała nieufnie na tacę z wielkimi, ciemnofioletowymi owocami. Po chwili wahania wzięła jeden i ugryzła. Był soczysty, choć mdły. Jednak już po zjedzeniu kilku kęsów Agata poczuła, że nie jest ani głodna, ani spragniona. Owoce miały czarodziejskie właściwości.
Jedząc je, nie umrę z głodu czy pragnienia – pomyślała zadowolona.
Z prawdziwą przyjemnością umyła się w niewielkiej, ale wygodnej umywalni, gdzie stała duża miednica i dzban z wodą. Nie zabrakło ani ręczników, ani mydła, a nawet wiszących na wieszakach zwiewnych, przypominających tuniki strojów, w jakich chodzili tutejsi mieszkańcy. Dziewczynka z ciekawością przymierzyła jedną z tunik i zapragnęła przejrzeć się w lustrze. Ale lustra nie było. Nie było go nie tylko w umywalni – gdzie wydawało się niezbędne – ale w żadnym z pokoi.
Jeśli takie same problemy będę mieć ze znalezieniem tamtego lustra, to nigdy nie wrócę do domu – pomyślała Agata z niepokojem. Zniechęcona, odłożyła tunikę.
No i co teraz robić? – zaczęła się zastanawiać. – Mam czekać, aż ktoś mnie odwiedzi i powie, o co chodzi, czy też lepiej wyjść do miasta i spróbować porozmawiać z jego mieszkańcami? Tak, pójdę tam, to może jednak czegoś się dowiem…
Niewielki placyk przed domkiem był nadal pusty, ale za rogiem, w pobliskiej uliczce snuli się mieszkańcy. Tak, „snucie się” było określeniem najlepszym dla apatycznych, powolnych i najwyraźniej nie mających żadnego konkretnego celu ruchów kolorowych istot. Dziwaczność i tęczowość ich fryzur nadal oszałamiała Agatę. Żółte, zielone, niebieskie, fioletowe włosy – we wszystkich niemal odcieniach – powodowały, że uliczki miasta wydawały się bardziej ożywione, niż naprawdę były. Ta feeria barw wręcz kłuła w oczy.
Ładnie to wygląda, ale… ale w tych kolorach też jest coś dziwnego – zamyśliła się dziewczynka. – Czegoś im brakuje, ale czego…?
Barwne istotki wpatrywały się w Agatę z wyraźnie mniejszym zaciekawieniem. Wyglądało na to, że wieść o jej przybyciu już rozeszła się po mieście i jego mieszkańcy poprzestali na apatycznym zarejestrowaniu tego faktu. Jednak co pewien czas jacyś przechodnie przystawali na chwilę, by z nieufnym zaciekawieniem przyjrzeć się jej osobie. Ich wzrok przyciągały przede wszystkim płomiennorude włosy dziewczynki… Paru osobników próbowało nawet ich dotknąć, ale wystraszeni szybko cofali ręce, gdy tylko Agata poruszyła się.
– To zabawne, że mnie zaskakują ich włosy, a oni zaskoczeni są moimi… – szepnęła do siebie i nagle wydała głośny okrzyk zdumienia, który wywołała myśclass="underline" Żadne z nich nie ma włosów w kolorze rudym…
– Ależ ja jestem mało spostrzegawcza! – krzyknęła Agata i z wrażenia aż przystanęła. – Przecież nigdzie do tej pory nie natrafiłam na kolor czerwony! Nigdzie! Ani w dolinie, za murami miasta, ani tu, w mieście! I tego mi cały czas brakuje! Dlatego wszystko jest takie… takie kalekie!
Stała chwilę na środku uliczki, całkowicie pochłonięta nagłym odkryciem, na którego trop naprowadziło ją niezwykłe zainteresowanie mieszkańców jej płomieniście rudymi włosami.
„Jesteś Ta, bo masz włosy w tym kolorze” – powiedziały jej istotki spotkane na murze granicznym. – „Ta, bo masz takie włosy…”
Agata w pełni uprzytomniła sobie zadziwiający fakt, że przez cały niedługi czas przebywania w tym świecie nigdzie nie natknęła się na czerwień. Nie miało jej w sobie żadne z obu słońc, gdy wschodziły równocześnie na dwóch przeciwległych krańcach nieba, choć wschody i zachody słońca bardzo lubią odrobiną czerwieni rozżarzyć i ubarwić swe nadejście i porę rozstania. Na zboczach doliny, którą podążała w stronę miasta, nie było ani jednego czerwonego kwiatu, ba, nie widziała nawet czerwono żyłkowanego liścia. Tęczowe skrzydła ptakomotyli mieniły się wszystkimi kolorami – z wyjątkiem purpury. Pozbawione tego koloru było miasto i jego mieszkańcy. Kolory ich fryzur porażały wprawdzie tęczową orgią kolorów – z wyjątkiem tego jednego. A zatem jedynym czerwonym elementem w tym świecie jak na razie były jej włosy! „Jesteś Ta, bo masz włosy w tym kolorze…” W tym… Czy potrzebna jest nazwa dla czegoś, co nie istnieje?
Agata ocknęła się z zamyślenia i ruszyła dalej. Gdzieniegdzie natrafiała na spokojnie śpiących mieszkańców. Spali wprost na bruku, w głębi uchylonych bram lub na kamiennych schodkach. Idąc, co jakiś czas słyszała dobiegające ją zewsząd szepty:
– Idzie Ta… Patrz, Ta… W końcu musiała się zjawić… Będą kłopoty… Muszą być kłopoty… Idzie Ta… O, jakie ma włosy…
Nie da się ukryć, że włosy Agaty budziły duże zainteresowanie nie tylko w tym dziwnym mieście, ale nawet w jej własnym. Określenie, że dziewczynka jest ruda, byłoby nieprecyzyjne. Rudych jest sporo, ale ileż mają odcieni! Są rudzi, o których mówimy ryży, bywają rudzi – marchewkowi, rudzi – kasztanowi. Agata sama przed sobą musiała przyznać, że spośród wszystkich znanych jej rudzielców tylko jej włosy miały aż tak płomieniście głęboką i soczystą barwę autentycznej czerwieni. Dawniej martwiła się tym i reagowała łzami na liczne docinki. W końcu przywykła, a nawet polubiła ten odcień.
– To niesamowite, że akurat moje włosy są tu jedynym czerwonym akcentem – roześmiała się. – Czy możliwe, że w tym świecie nie ma najważniejszego z siedmiu kolorów tęczy?
Po raz pierwszy w życiu Agata – zapalona kandydatka na malarkę – pomyślała o tym, jak bardzo światu potrzebne są wszystkie kolory, w całym bogactwie swych odcieni; jakże karleje uroda przyrody, pozbawiona choćby jednego z nich, jak niepokoi ten brak, nawet jeśli początkowo trudno dociec, czego właściwie brakuje.
Wszystko tu wydawało mi się piękne, ale jakąś niepełną, ułomną urodą. Dopiero teraz wiem, czego brakowało – pomyślała dziewczynka.
Szła dalej krętymi uliczkami miasta, posępnymi przez swe uderzające zaniedbanie. Na jej szyi wisiał tajemniczy szmaragdowy naszyjnik. Kamień delikatnie pulsował, jego morskozielona barwa to bladła, to znowu intensywniała. Widocznie niezwykły „tłumacz” cały czas pracował według nieznanych prawideł. Blask kamienia przypomniał jej, po co wyszła z domku, i energicznie zatrzymała jedną z przechodzących osób.
– Dzień dobry, jak się nazywasz?
– Nazywam się Puu – odparła istota z błękitnymi, spływającymi faliście do połowy pleców włosami.
– A ja… – zaczęła Agata, ale Puu jej przerwał:
– Ty jesteś Ta.
– Dobrze, jestem Ta – zgodziła się Agata. – Ale powiedz mi, czego ode mnie chcecie?
– Najlepiej nie rób nic! – zamachał rączkami Puu.
– Nie rozumiem…
– Nie rób nic. Niech będzie, jak jest. Jest źle, ale może być jeszcze gorzej! – zaświergotał Puu. – I idź sobie. Nie chcę być przy tobie, gdybyś nagle zaczęła coś robić…