– Ale co robić?
– Nie wiem, zostaw mnie – i Puu podreptał w przeciwnym kierunku.
Nie zrażona tym Agata podeszła do zielonowłosej istoty, która przysiadła na progu jednego z domów. Dom wyraźnie osiadał na fundamentach i Agata pomyślała, że za parę miesięcy na pewno się zawali. Nie było widać, żeby jego mieszkańcy czynili jakiekolwiek wysiłki w celu ratowania go. Zielony osobnik siedział na progu apatyczny i znudzony. Nawet nie podniósł głowy, gdy usłyszał głos dziewczynki:
– Dzień dobry…
– Dobry jak dobry, skoro przyszłaś…
– Nie zamierzam robić nic złego, naprawdę!
– Coś jednak musisz zrobić, skoro już tu przyszłaś – mruknął Zielony niechętnie.
– Ale co? Co, twoim zdaniem, miałabym robić?
– Nie wiem. To ty powinnaś wiedzieć.
– Czy naprawdę nikt z was nie wie, po co przyszłam?
– Wszyscy wiedzą, że musiałaś przyjść. Zapowiedziano cię. A skoro przyszłaś, no to już jesteś i zrobisz to, po co tu przyszłaś.
– Nic nie rozumiem! – zirytowała się dziewczynka.
– Tu nie ma nic do rozumienia. Musiałaś przyjść. Jesteś. I coś zrobisz. Ale nikt nie wie, czy to coś będzie dla nas dobre. Żyjemy tu sobie spokojnie, wygodnie, śpimy, ile chcemy, jemy, co się da, a tu nagle pojawiasz się i na pewno teraz okaże się, że już nie jest tak, jak było…
– A jak niby było, skoro teraz wali ci się dom?! Całe miasto się wali! Dlaczego nie ratujecie go?! Wystarczy naprawić to, co zniszczone, albo… – zirytowała się Agata.
– Och, nie męcz mnie. Czuję się coraz gorzej… – westchnął Zielony i ziewnął.
– Jeśli chcesz wiedzieć, co tu robię, to szukam mojego psa – powiedziała dobitnie Agata. – I nic więcej mnie nie obchodzi. Ani wy, ani wasze miasto, ani wasz sen, wasze jedzenie i wasz spokój!
– Co to jest pies? – przestraszył się Zielony.
– Duże, futrzaste, czarne, na czterech łapach, ma ogon, szczeka, warczy, biega…
– Och, nie mów więcej, to okropne, co mówisz! -jęknął Zielony. – Ty przecież mówisz o uru, a uru jest zielone albo niebieskie, ale nigdy czarne! Uru są niedobre, bo gryzą, a czarne uru musi być jeszcze paskudniejsze niż niebieskie czy żółte. Idź już sobie, nie chcę cię więcej słuchać…
Zdenerwowana Agata chwyciła Zielonego za ramię i potrząsnęła.
– Czy w tym strasznym mieście jest ktoś, z kim można sensownie rozmawiać?!
Zielony ziewnął przeciągle i z godnością poprawił tunikę, uwalniając się z rąk Agaty.
– Idź do Najstarszych…
– Gdzie ich szukać?!
– Tam gdzieś… Idź przed siebie… – wymamrotał jej rozmówca i zamknął oczy. Po chwili do uszu dziewczynki dobiegło ciche pochrapywanie. Zielony spał.
– Sytuacja staje się nie do wytrzymania! – krzyknęła głośno Agata i tupnęła ze złości nogą. Przechodzące obok drobne istotki zatrzymały na chwilę swój flegmatyczny marsz, ale zaraz ruszyły dalej, niespecjalnie zainteresowane tym, co się dzieje.
– Wszyscy w tym walącym się, umierającym mieście wiedzą, że jestem Ta! Wszyscy oprócz mnie! – krzyczała coraz głośniej, zirytowana i bezradna. – Nikt nie umie powiedzieć, po co mnie tu ściągnięto! I kto mnie ściągnął! Nikt nie chce ze mną rozmawiać, choć wszyscy oczekują, że zaraz zrobię coś złego! Nie zamierzam nikomu robić nic złego, przysięgam! I nie wiem, po co tu jestem! Niechże wreszcie ktoś mi to powie! Czego ode mnie oczekujecie?!
Przechodnie obojętnie mijali ją, rzucając spojrzenia nieufne i zafrasowane. Jednak jeden przystanął, patrząc z ciekawością na włosy dziewczynki.
– Gdy się zdenerwuję, to coś w końcu zrobię i może się okazać, że naprawdę będzie to coś złego! Potrzebuję waszej pomocy, nie rozumiecie tego?! – wołała coraz gniewniej Agata.
Wszyscy przechodzili bez słowa. Tylko ten jeden stał w bezpiecznej odległości i sprawiał wrażenie, że słucha.
– Nikt ci nie pomoże, więc nie krzycz tak – powiedział z niesmakiem. – To, co masz zrobić, musisz robić sama.
– Ale co mam zrobić?
– Nie wiem. Może to ci się samo jakoś nasunie. Myślałem, że skoro jesteś Ta…
– A skąd wiesz, że jestem Ta?
– Wszyscy wiedzą.
– Od kogo?
– Od Najstarszych.
– Kim są Najstarsi?
– Najstarszymi.
– Gdzie ich szukać?
– Tu gdzieś, w mieście… – powiedział apatycznie i odszedł bez pośpiechu.
Idąc w głąb miasta, Agata widziała coraz większe zniszczenia. Nie były one jednak najwyraźniej wynikiem jakiegoś kataklizmu czy wojny. Charakter zniszczeń kazał domyślać się, że jedynym wrogiem tego miasta był czas – i zdumiewająca wręcz nieporadność jego mieszkańców. Niektóre domy wyglądały tak, jakby się miały zawalić jeszcze tego dnia. Mimo to pod fragmentami dachów, jakimś cudem trzymających się na ostatnich filarach, spały spokojnym snem kolorowe istotki. Mijając kolejne kręte uliczki, Agata nie napotkała ani jednej osoby próbującej ratować ginące miasto. Nikt nie naprawiał rozpadających się dachów, nie podpierał skrzywionych niebezpiecznie ścian, nie próbował choćby osadzić w zawiasach nadwerężonych bram. Wszystkie koronkowe balkoniki wyglądały tak, jakby zaraz miały runąć na ulicę. Bruk na uliczkach ział wielkimi dziurami, a kamienne schody zarastała trawa.
Dlaczego tylu ich śpi, i to w biały dzień? – myślała dziewczynka. – Może chorują? A może są po prostu tak leniwi?
Co jakiś czas kręte uliczki wyprowadzały ją w ślepy zaułek, zakończony murem. Miasto było jeszcze mniejsze, niż sądziła. Mur również trzymał się resztkami dawnej zaprawy, łączącej potężne kamienie, i jego żywot najwyraźniej dobiegał końca.
– Jeśli grozi im jakieś niebezpieczeństwo z zewnątrz, to go nie unikną – szepnęła dziewczynka.
Idąc, co jakiś czas zagadywała mijanych po drodze przechodniów, pytając o Najstarszych. Kilka osób wzruszyło ramionami i bez słowa poszło swoją drogą. Inne nonszalancko machały drobnymi rączkami, mówiąc:
– Och, idź tam, w końcu kogoś spotkasz… Dopiero któryś z kolejnych przechodniów udzielił w miarę sensownej odpowiedzi:
– Oni mają srebrne włosy…
– Ależ jestem głupia… – westchnęła głośno Agata, wcale się nie krępując, bo już zdołała zauważyć, że jej monologi na nikim tutaj nie robią wrażenia. – Jestem głupia, bo od razu powinnam się domyślić, że Najstarsi, nawet w takiej zwariowanej krainie, muszą mieć siwe włosy i po prostu najprawdopodobniej będą wyglądać staro…
Ruszyła dalej, wpatrując się uporczywie w każdego przechodnia. Jej zainteresowanie wyraźnie ich peszyło, a nawet wywoływało lęk. Przyspieszali kroku i znikali możliwie szybko z zasięgu jej wzroku. Wreszcie Agata wypatrzyła kogoś wyraźnie starszego niż reszta przechodniów, z włosami w srebrzystym kolorze.
– Hej! Poczekaj! – krzyknęła i podbiegła do niego, a on aż skulił się ze strachu. – Czy nie jesteś przypadkiem Najstarszym?
– Kandydatem – odparł wystraszony osobnik, ukazując pomarszczoną, drobną twarzyczkę. – Jestem Kandydatem na Najstarszego. Zajmę miejsce po tym, który umrze. Ściśle rzecz biorąc, jestem Kandydatem numer osiem i będę czekać, aż umrze siedmiu Najstarszych, dopiero wtedy zajmę miejsce jednego z nich.
– Mógłbyś mi powiedzieć, po co tu przyszłam i dlaczego jestem Ta? I czego się po mnie spodziewacie?
– Och, mnóstwa kłopotów – westchnął Kandydat. – Chyba sama wiesz, że każda zmiana to kłopot, a ty jesteś Zmianą…
– Zmianą z czego na co…?
– Zmianą z tego na coś zupełnie innego.
– Ale na co?
– Tego nikt nie wie.
– A co wiedzą Najstarsi?
– Że musiałaś wreszcie przyjść. Zapowiadali twoje przyjście od wielu lat. Ci, co umarli, i ci, co jeszcze żyją. W każdym pokoleniu.